To się nadaje do prasy

Redakcja
"Ze wszystkich stron napływają do naszej redakcji prośby o przyspieszenie wydawania drobnych banknotów, których brak hamuje normalne życie miasta. Prośba została przekazana Dyrekcji Banku Polskiego" - pisaliśmy w 1945 r. Była to pierwsza interwencja, podjęta przez "Dziennik Polski" w jego 60-letniej historii. Załatwiona pomyślnie.

Konflikt w piekarni, czyli fałszywy inspektor

Konflikt w piekarni,

czyli fałszywy inspektor

   W 1948 r. "Dziennik" opisywał konflikt między "mistrzem P. Janem" a "członkiem T. Franciszkiem". Chodziło o, jak to powiedzielibyśmy dzisiaj, mobbing, nieewidencjonowanie czasu pracy i korumpowanie urzędnika państwowego. Jednak po kolei...
   Związek Zawodowy Piekarzy, oddział w Nowym Sączu, w liście do "Dziennika" opisał, jak to rzeczony "członek T. Franciszek" został zelżony, a nawet szturchnięty przez kierownika piekarni w Poroninie. Zaczęło się od tego, że mistrz piekarski P. Jan chciał go zmusić do pracy w Wielkanoc. T. Franciszek zdecydowanie odmówił, twierdząc, że "dość żem się już napracował". Srogi mistrz P. Jan nie tylko, że nie wykazał zrozumienia dla przemęczonego pracownika, to jeszcze potraktował go grubym słowem ("idź w pierony, niech cię szlag trafi") i natarł na podwładnego. Na co ten odpowiedział, że "bić to może swoje dzieci" i definitywnie odmówił pracy w piekarni.
   Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że o skandalicznym zachowaniu mistrza była informowana Inspekcja Pracy w Nowym Sączu, która nawet złożyła wizytę kontrolną piekarzowi. Czynności urzędowe były na tyle głośne, że odgłosy biesiadowania niosły się po całym Poroninie.
   Zupełnie nieoczekiwany okazał się finał sprawy. Po publikacji w "Dzienniku", "w sprawie domysłów o ucztowaniu przez inspektora pracy", głos zabrał szef oddziału nowosądeckiego inspekcji, prostując, że "do piekarni ob. P. w Poroninie zgłosili się swego czasu jacyś dwaj nieznani osobnicy i podali się fałszywie za inspektorów pracy, przeprowadzając kontrolę tej piekarni". Gogol by się uśmiał...

Niedostateczny asortyment

potraw

   Bodaj najczęściej "Dziennik" interweniował w sprawach dotyczących zbiorowego żywienia. Piętnował brud i niechlujstwo w barach szybkiej obsługi, wytykał drobne oszustwa personelu i domagał się od "czynników nadrzędnych" ukarania winnych i dopilnowania, żeby już nigdy więcej...
   "Czy je pan, panie kierowniku, kanapki po 2,10 zł przyrządzane w pana restauracji z jajkiem i bryndzą? Nie? To niech się pan cieszy" - pisał "Dziennik" w 1965 r. Kierownictwo baru "Obywatelskiego" nie zareagowało na tę zaczepkę, inaczej niż szefostwo baru "Krakowskiego", do którego konsumenci też mieli sporo pretensji. "Zarzuty ob. Mieczysława B. odnośnie złej produkcji itd. (klient pytał w liście do "Dziennika", dlaczego bar "Zakopiański" karmi smacznie, a "Krakowski" podaje zepsute jedzenie - przyp. ET) są zupełnie sprzeczne z wypowiedziami całego szeregu stałych konsumentów wyż. wym. lokalu" - czytamy w wyjaśnieniu przysłanym do gazety.
   Dziennikarz zajrzał jednak do książki skarg i zażaleń i śledztwo reporterskie wykazało, że w całym 1953 r. trzy osoby, w tym jeden profesor, skarżyły się, że bar oszukuje na wadze, a mięso jest nieświeże.
   Łatwego życia z "Dziennikiem" nie miał personel restauracji "Turystycznej" przy Dworcu Głównym. Z powodu brudnych stołów, brudnej podłogi, takich też kitli obsługi, a także dlatego, że "noże podawane są tutaj konsumentom wprost z kieszeni spodni kelnerów".
   Fatalnie było w "Polonii", w której nie dość, że brudno, to jeszcze klientela na całego handlowała lewą wódką. "Dziennik" apelował, że czas najwyższy, aby lokalem "i jego osobliwymi gośćmi zainteresowały się władze nadrzędne i MO". Zwłaszcza, dodajmy, że zbliżało się święto 1 Maja 1950 r.
   Pomimo częstych interwencji prasy sytuacja w zbiorowym żywieniu niewiele się zmieniała. Brudne naczynia, niesprzątane podłogi, "niedostateczny asortyment potraw" to problemy stale zajmujące rubryki "Listy od czytelników". Mimo wszystko "Dziennik" pisał pod koniec lat 60.: "Niech żywi(eni) nie tracą nadziei", bo jest szansa na poprawę zaopatrzenia, a w mieście być może zostanie otwarty bar czynny w nocy.
   Nadziei można było nie tracić, ale ochotę do jedzenia na pewno. "Tylko dlatego, aby nie psuć apetytu naszych Czytelników, nie nazwiemy robaków, jakie znalazły się w chlebie upieczonym w piekarni nr 17". To nie jedyny przypadek, kiedy zdesperowany konsument przynosił do redakcji dopiero co kupiony w sklepie towar, wzbogacony w białko zwierzęce.
   Nic dziwnego, że drobna fauna garnęła się w pobliże punktów żywienia, skoro, jak donosili "Dziennikowi" pod koniec lat 70. czytelnicy, żywność, jak w barze "Pionier", przechowywano pod gołym niebem, na dziedzińcu lokalu. Po interwencji gazety, kierownictwo wyjaśniało, że po zbadaniu sprawy, zarzuty okazały się niesłuszne. Przyznało jedynie, że "zdarzył się sporadyczny wypadek pozostawienia na podwórku pierożków leniwych, stanowiących tzw. odpady pokonsumpcyjne".

Śledzik po japońsku

i sześć piw

   Od baru mlecznego niedaleko do budki z piwem. Pijaństwo to druga obok punktów gastronomicznych bolączka społeczna, której "Dziennik" poświęcał sporo miejsca na swoich łamach. "Czytelnicy skarżą się, że późną nocą panowie pijacy wracają po pracowitym wieczorze w domowe pielesze i urządzają głośne koncerty wokalne" - pisała gazeta pod koniec lat 40.
   Przy okazji warto zauważyć, że społeczeństwo było wówczas znacznie bardziej wyczulone na problem zakłócania ciszy nocnej niż dzisiaj. "My, urzędnicy pracujący ciężko po 8 godzin dziennie (i więcej),__co wyczerpuje umysł (szczególnie przy rachunkach) - czytamy w liście nadesłanym do redakcji w lipcu 1950 r. - prosimy usilnie o zrealizowanie projektu lotnej kontroli nocnej milicjantów na rowerach, które doraźnie karałyby strzelające motocykle i huczące auta". Autorzy listu domagali się przesunięcia początku ciszy nocnej z godz. 22 na 21, co jednak redakcja uznała za propozycję nieco zbyt daleko idącą. Nie znaczy to, że "Dziennik" bagatelizował problem, o nie. Świadczy o tym pomysł letniej akcji "O kulturalny niedzielny wypoczynek" (rok 1965), która miała na celu walkę z "moto-, tele- i radiochamstwem".
   Wróćmy jednak do problemów alkoholowych. Chociaż zwalczanie pijaństwa przypominało walkę z wiatrakami, jednak to i owo udało się załatwić. W 1961 r. gazeta stanęła murem za mieszkańcami os. Słonecznego, gdy tamtejsza świetlica zmieniła się w przybytek pijaństwa i hazardu. W rubryce "Po interwencji Dziennika" czytamy, że MO postawiła tam wreszcie specjalny posterunek i od tego momentu krzyki i burdy ustały jak ręką odjął.
   Zaangażowanie "Dziennika" w krzewienie trzeźwości nie kończyło się na interwencjach w sprawach nocnych awantur - gazeta prowadziła na swoich łamach również szeroką działalność uświadamiającą. "Za zamieszczenie artykułu o skutkach pijaństwa składamy tysiąckrotne Bóg zapłać z prośbą, aby "Dziennik Polski" szedł nadal nam z pomocą i spowodował wreszcie to przymusowe leczenie, przez co ileż się ludzi uratuje od nieszczęść i nędzy" - pisała żona alkoholika "inteligentnego, ale wódka nim zawładnęła".
   W 1970 r. zdesperowani mieszkańcy ul. Rakowickiej interweniowali w "Dzienniku" "w sprawie bardzo dla nas istotnej". Chodziło o lokalny bar okupowany przez pijaków, którzy zanieczyszczają okolice, a na dodatek "wraz z towarzyszącymi im prostytutkami" zaczepiają mieszkańców pobliskich budynków.
   Na marginesie, z listów czytelników wynika, że panie lekkiego prowadzenia się bywały rzeczywiście bardzo natarczywe. Oburzony czytelnik pisze - w 1978 r. - że kiedy o godz. 21.30 spacerował ul. Floriańską z zagranicznymi gośćmi, którym chciał pokazać miasto nocą "bez przerwy zaczepiały nas wyzywające kobiety najstarszej profesji, które na dodatek przezywały się nawzajem i awanturowały".
   "Wszystkiemu winna wódka" - pisał czytelnik oburzony zdziczeniem obyczajów. W 1975 r. "Dziennik" postulował: "sprzedaż piwa w barach szybkiej obsługi powinna być generalnie uregulowana". Apel nie na wiele się zdał, bo pod koniec lat 70. reporter gazety odnotował taki oto obrazek...
   Godz. 8 rano, bar "Prądnicki". Przed lokal zajeżdża samochód ciężarowy, z którego wysiada kilku robotników w gumofilcach. Robociarze wchodzą do baru i zamawiają "śledzika po japońsku i sześć piw". Dalsze śledztwo wykazało, że towarzystwo codziennie zaczyna w ten sposób dzień pracy. "Kupią pół litra, do tego kawałek kurczaka, no i mają śniadanie" - tłumaczyła ekspedientka z "Prądnickiego".
   Problem częściowo udało się rozwiązać, kiedy zabrały się za niego czynniki najwyższe. "Rząd zaostrza walkę z alkoholizmem i narkomanią" - tak "Dziennik" zatytułował informację o zakazie sprzedaży alkoholu przed godz. 13.

Wyroby złej jakości zmorą

handlowców i klientów

   Stałym przedmiotem prasowych interwencji były służby użyteczności publicznej. Pod koniec lat 40. gazeta zajęła się sprawą braku gazu na os. Oficerskim. Odkręcasz rano kurek i - oddajmy głos reporterowi - "Niech cię wciórności! Walisz w gazomierz, klniesz, mruczysz, wypalasz pół pudełka zapałek, próbujesz jeszcze raz, wreszcie rezygnujesz". A to dopiero początek, bo prawdziwe problemy zaczynały się wieczorem, po powrocie lokatorów z pracy do domu, kiedy nie było na czym przygotować jedzenia. Wtedy, jak pisał obrazowo reporter, "to po prostu ludzi cholera ciska od nieba do ziemi".
   Nerwy puszczały też obywatelom w środkach transportu publicznego, bo i trudno zachować spokój, kiedy np. kierowca autobusu linii 118 - jak donosili czytelnicy - na prośby pasażerów o zatrzymanie się na przystanku (na żądanie) odpowiadał "jak mi się zechce, to będę stawał". Wiele do życzenia pozostawiała też kultura osobista konduktorów tramwajowych, którzy, jak zwraca uwagę reporter "Dziennika", mają zwyczaj "odrywania biletów obślinionym paluszkiem. Tym samym paluszkiem, którym przed chwilą wydawali pieniądze, a w momentach postoju dłubali w nosie".
   Morze atramentu dziennikarze "Dziennika Polskiego" wylali w sprawie szwankującego zaopatrzenia, bubli, niedoróbek i braku towarów w sklepach. Toczyli boje z Ministerstwem Handlu Wewnętrznego o wprowadzenie na rynek ubrań i obuwia o niestandardowej numeracji dla klientów nieco wyższych niż wynosi przeciętna, a także dla tych, którzy nie grzeszą wysokim wzrostem. Resort zapewnił, że "po analizie rynku" zajmie się problemem - i dotrzymał słowa. "Obszedłem 15 (słownie piętnaście) sklepów w Krakowie i Nowej Hucie i dopiero w ostatnim znalazłem sandały numer 41. Wszędzie indziej były rozmiary 44" - zanotował dziennikarz w 1957 r.
   "Wyroby złej jakości zmorą handlowców i klientów" - alarmowała gazeta w 1965 r. Reporter obszedł cały Kraków w poszukiwaniu rękawic futrzanych. Wszystko, co udało mu się znaleźć, było albo krzywo uszyte, albo za ciasne. "Co się pan dziwisz - to z barana" - tłumaczyła ekspedientka.
   Wszystko to było zaledwie przygrywką do prawdziwych problemów, jakie objawiły się kilkanaście lat później. Już w połowie lat 70. zaczęły się pierwsze poważne braki w zaopatrzeniu. "Co się dzieje z naszym handlem? Jak nie ma zapałek i papieru toaletowego, to jest woda toaletowa do włosów. Jak jest papier, to brakuje wody. Obecnie nie ma ani jednego, ani drugiego" - pisał "Dziennik".
   Jak się okazało, towar często był, ale schowany na zapleczu. W 1978 r. tylko w jednym Spółdzielczym Domu Handlowym "Azory" "ukryto przed klientami 48 pozycji asortymentowych". Nic dziwnego, że narastała wrogość między konsumentami a personelem. W sierpniu tego roku została pobita kierowniczka apteki, gdyż za wolno sprzedawała leki, a w grudniu doszło do generalnego szturmu na sklepy. "Na stoisku z bakaliami awaria - klienci przewrócili ladę" - odnotował "Dziennik".
   Ukryty towar trafiał coraz częściej na czarny rynek. Zaczęły mnożyć się przypadki spekulanctwa. Oto jeden z wielu jego przykładów.
   Sklep WPHW "Sylwetka" (róg ulic Floriańskiej i Solskiego), zaopatrzony w modnie uszytą i niedrogą konfekcję. "Warto stanąć nawet półtorej godziny w kolejce, by sprawić sobie gustowny ciuszek" - pisała reporterka "Dziennika". Niestety, tydzień w tydzień do sklepu przychodzi grupa starszych pań, legitymujących się dokumentami uprawniającymi do kupna bez kolejki, które biorą po kilka sukienek po to, żeby je potem sprzedać z zyskiem.
   Oddajmy głos reporterce: "W ubiegły piątek (ok. godz. 13) po dokonaniu zakupów odeszła od lady zażywna jejmość, dzierżąca w bogato upierścienionych palcach aż trzy sukienki" i następnie sprzedała je (sukienki, nie palce) kolejkowiczkom po 500 zł od sztuki.
   "Coraz to odbieram telefony od Czytelników, gdzie kupić to i owo. Raz chodzi o płaskie baterie, kiedy indziej o masło roślinne, żarówki. Najgorzej, gdy pytają nie gdzie, ale dlaczego czegoś nie ma" - pisał "Dziennik" w 1984 r.
   Minęło sześć lat i znaleźliśmy się w zupełnie innej rzeczywistości. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki towary, za którymi trzeba było stać godzinami w kolejkach, znalazły się w zasięgu ręki. W 1990 r. dziennikarka "Dziennika" pisała, że w sklepach pustki, ale na placach targowych wszystkiego jest w bród. Samochody chłodnie dowożą ryby, masło, konserwy mięsne. Trochę zaskoczona tempem zmian autorka minireportażu napisała w podsumowaniu: "obyśmy za to wszystko zbyt drogo nie zapłacili". Teraz wiemy, że zmiany kosztowały nas niemało, ale z drugiej strony warto było zapłacić taką cenę. W przeciwnym razie "Dziennik", jak gazety na Białorusi, interweniowałby w Ministerstwie Reglamentacji w sprawie galopujących cen słoniny.
EUGENIUSZ TWARÓG

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie