Trup się ściele, keczup leje

Trup się ściele, keczup leje

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Trup ściele się gęsto, wylewany całymi litrami keczup nieładnie przybrudza wrzeszczące wniebogłosy marne aktoreczki - taki oto schemat horroru wyłania się z setek telewizyjnych nomen omen koszmarków pokazywanych najczęściej w kablówkach, późno w nocy. Strachu jest tam niewiele, za to sporo zabawy. Bo też dzisiaj, z perspektywy czasu, horrory przede wszystkim bawią.

(Na marginesie książki Andrzeja Pitrusa "100 filmów grozy")


     Proszę wybaczyć ten nieco lekceważący ton, ale do miłośników gatunku, poza wyjątkami, nie należę, w przeciwieństwie do Andrzeja Pitrusa, autora książki "100 filmów grozy". Okazuje się bowiem, że mamy w Krakowie prawdziwego znawcę i kompetentnego monografa twórczości tego typu.
Lektura jest jednak w tej samej mierze interesująca, co zagadkowa. Oto bowiem zamiast kilku wydawałoby się klasycznych pozycji, wśród omawianych horrorów znalazły się utwory o wiele mówiących tytułach: "Reanimator", "Pluję na twój grób", czy "Naga wampirzyca" (!). Wszystko to zostało jednak wliczone w koszta pewnego uogólnienia, jakim zawsze pozostaje leksykon. Pitrus tłumaczy to już we wstępie: "Zadaniem (książki) jest prezentacja najważniejszych filmów gatunku. Właśnie najważniejszych, choć często - co może wydawać się zaskakujące - nie najwybitniejszych. Nie mogło bowiem zabraknąć produkcji wytwórni TROMA czy wczesnych filmów grozy Herschella Gordona Lewisa".
     Do jednego worka wrzucony został zatem Stanley Kubrick i jakiś Joel M. Reed, a wszystkie tytuły potraktowane zostały jednakowo: najpierw dokładna stopka, potem streszczenie fabuły i krótkie, dobrze napisane omówienia. Ta część wydała mi się najciekawsza, bo dowiedziałem się z niej o rzeczach zgoła niezwykłych. Niejaki William Castle podczas pokazów swoich filmów aranżował rozmaite "krwiożercze" pomysły: nad głowami widzów unosił się monstrualny fosforyzujący szkielet, w kinie trzęsły się fotele, a sami widzowie w trakcie seansu decydowali, które zakończenie bardziej im odpowiada
- optymistyczne, czy... wręcz przeciwnie. Wzięcie miało podobno wyłącznie drugie rozwiązanie.
     "Leksykon filmów grozy" pokazuje również, w jaki sposób ewoluowały motywy i tematy stale wykorzystywane przez autorów gatunku. Serie o Doktorze Jekyll i Mr. Hyde czy Draculi, liczą po kilkaset pozycji, podobnie jak zaszyfrowywany w horrorach wyraźny erotyczny podtekst. Dla, powiedzmy, młodego widza niedawny "Wywiad z wampirem" Neila Jordana mógł być tylko trochę nudnawym, kolejnym filmem z Bradem Pittem i Tomem Cruisem, starsi odczytali zapewne, umieszczoną dosyć ostentacyjnie, jasną deklarację reżysera: liczy się tylko miłość homoseksualna, tylko taka. Bardzo udany, moim zdaniem, "Dracula" Francisa Forda Coppoli był w większym stopniu barokową, dekadencką operą o złowróżbnej chorobie (oczywiście AIDS) niż o losach karpackiego krwiopijcy. A mówimy przecież wyłącznie o filmach z tzw. pierwszej ligi, które są w mniejszości. Kino grozy klasy B, C, D i dalej nie bawi się już w żadne subtelności, wykładając kawę na ławę, że
- tak naprawdę - chodzi wyłącznie o wyposażone w odpowiednie kształty, odpowiednio przerażone blondynki. Brunetki
także.
     Jak w tej konfrontacji prezentuje się rodzime kino grozy, któremu autor leksykonu poświęcił osobny rozdział? Delikatnie rzecz nazywając, nie najlepiej. Bo horrorów po polsku na dobrą sprawę nie było nigdy. W stylowych próbach Janusza Majewskiego z lat 70. z "Lokisem" na czele, więcej było inteligentnej zabawy z formą niż strachu, a budzące niekiedy autentyczną grozę dawne filmy Andrzeja Żuławskiego ("Diabeł", "Trzecia część nocy") horrorami sensu stricto nie były na pewno. W połowie lat 80., nie bardzo wiadmo dlaczego, w kinach niemal hurtem pojawiło się kilka polskich filmów grozy. Wszystkie nieudane. W "Widziadle" Marka Nowickiego był jeszcze świetny jak zawsze Roman Wilhelmi, który jakoś ratował niesympatyczną sytuację, w "Medium" Jacka Koprowicza i "Lubię nietoperze" Grzegorza Warchoła zabrakło i tego. Andrzej Pitrus dorzuca jeszcze kilka tytułów: "Łzy księcia ciemności" Piestraka, "Tarnathriller" Dębińskiego, "Listopad" Karwowskiego. Ja z ostatnich lat zapamiętałem jeszcze "Twierdzę szczurów", a to dlatego, że był to jeden z najgorszych filmów, jakie widziałem w życiu.
     Dziwna sprawa z tymi horrorami: arcydzieła ("Gabinet doktora Caligari", "Dziecko Rosemary", "Egzorcysta") i filmowa konfekcja, znakomite nazwiska i anonimowe twarze. Przyszłość horrorów także wydaje się raczej niepewna. Bo z jednej strony od czasu do czasu filmy tego typu odnoszą duży kasowy sukces, ale też są to w większości horrory nietypowe: albo postmodernistycznie przerysowane, odwołujące się do innych tytułów ("Krzyk" i "Krzyk 2" Wesa Cravena, "Od zmierzchu do świtu" Rodrigueza), albo zamieniające się w strywializowaną familijną opowieść dla dzieci (nowa "Mumia"). Wprawdzie trup nadal ściele się gęsto, ale już w innych filmach. Takie czasy.
     ŁUKASZ MACIEJEWSKI
     Andrzej Pitrus, "100 filmów grozy", Rabid, Kraków, 1999

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo