Trzeba mieć charakter

Redakcja
Wyprostowany, uśmiechnięty, wysportowany. Otwiera drzwi z energią, jakiej pozazdrościłby mu niejeden pięćdziesięciolatek. Czas obszedł się z nim łaskawie - a to dzięki codziennym ćwiczeniom fizycznym i... zamiłowaniu do narciarstwa.

SYLWETKI. Seweryn Pozowski mimo ukończonych 80 lat nadal żegluje, chodzi po górach, a zimą szusuje na nartach

- Pochodzę z bardzo usportowionej rodziny. Mój ojciec był gimnastykiem w Sokole i tam prowadził działalność sportową. Ciocia skończyła CIF - Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, pierwszą uczelnię wychowania fizycznego. Utworzył ją marszałek Piłsudski - rozpoczyna opowieść pan Seweryn Pozowski. Trudno się zatem dziwić, iż pomimo ukończonych 80 lat nadal żegluje, chodzi po górach i spędza zimę szusując na nartach.
- Jazdy na nartach uczyłem się od małego dziecka, jeszcze przed wojną. Pochodziliśmy z kresów, rodzina mieszkała w Stanisławowie. Po przeniesieniu się do Wielkopolski, przyjeżdżaliśmy do rodziny i spędzaliśmy urlopy letnie i zimowe w Karpatach Wschodnich Pierwsze narty dostaliśmy właśnie od cioci Jadwigi - Wisi, tej, która studiowała na CIF-ie.
Później - na dwa, trzy lata przed wojną - przenieśliśmy się do Kalisza. W mieście mieliśmy narty jako jedni z pierwszych. Pamiętam, że gdy zjeżdżaliśmy z okolicznych górek, ludzie dziwili się: co oni robią? - wspomina.
Narciarstwa nie zaprzestał także, kiedy został studentem prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jak sam przyznaje, był już wtedy zaawansowanym narciarzem.
- Zapisałem się do Klubu Sportowego "Kolejarz" - mówi. - Był w nim wówczas cały kwiat inteligencji, bo przecież jako studenci nie mieliśmy pieniędzy, a tak mogliśmy za darmo jeździć do Zakopanego. Wsiadało się o godz. 23 do pociągu i już o 6 rano było się w Tatrach. A potem piechotą, bo nie było komunikacji, pędziło się do Kuźnic. Przez Boczań na Halę Gąsienicową i na Kasprowy - _uśmiecha się do wspomnień. - Niech pani powie, czy teraz ktoś tak by się wysilał? My dorastaliśmy w zupełnie innym czasie, dochodziliśmy do sportu z zupełnie innych podstaw. Proszę zwrócić uwagę, że były to czasy komuny. Sport był jednym z niewielu przejawów niezależności od reżimu. Uciekaliśmy w sport, w swoje towarzystwa.
Przez lata jego miłość do nart narastała. Stała się tak silna, że nawet poważne wypadki nie były w stanie odciągnąć go od desek.
- _Starałem się być na każdym rajdzie tatrzańskim. Podczas jednego porwała mnie lawina. To niesamowite uczucie być wówczas całkowicie świadomym. Złamała mi obojczyk. Ale to nieważne
- śmieje się z takim przekonaniem, że można dać się nabrać. - Taki już byłem, że jeździłem po nieprawdopodobnych przełęczach i to jeszcze z plecakiem. A trasy przecież nie były wyratrakowane, tak jak teraz.
Podczas innego rajdu doznał urazu, który na wiele lat potrafi zniechęcić do uprawiania sportów zimowych. Nie jego. - Pewnej zimy, wyposażony w narty zjazdowe, stanąłem na Beskidzie. Wie pani, gdzie jest Beskid? Nie? Co ja z panią mam... Był ustawiony slalom. Co to dla mnie, myślałem, nie po takich żlebach się jeździło. W pewnym momencie, a miałem narty twarde, na lód, podczas gdy śnieg był kopny, mokry, narta utknęła. Złamałem wtedy lewą nogę. Usłyszałem trzask, jak łamanej gałęzi. Wtedy jeszcze nie było wyciągu krzesełkowego tylko sanie, tak ustawione, że ławki były proste, a płozy skośne. Do tego przyczepiona była lina. Wyciągali mnie właśnie tymi saniami. Przyczepili do nich topogan, a za nim szedł ratownik. A że nie nadążał to trzymał się tej mojej złamanej nogi - opowiada z uśmiechem. - Mdlałem co chwilę z bólu. W szpitalu w Zakopanem siedem razy składali mi nogę i nie złożyli. Dopiero w Krakowie się udało, operacyjnie. Cztery miesiące leżałem na wyciągu. Ale byłem zadowolony. Tak jak mną się tam opiekowali... ja byłem wtedy młody, opalony... - dodaje łobuzersko. Zaledwie trzy miesiące po zdjęciu gipsu już szusował w rejonie Lasku Wolskiego i kopca Kościuszki. - Teraz już wiem, że to była głupota. Lekkomyślność młodego wieku. Ale tak ciągnęło do tych nart...
Sezon odpuścił tylko raz, za to od razu na dwa lata, kiedy w wyniku nieszczęśliwego wypadku sparaliżowało mu rękę. Mimo żmudnej rehabilitacji już nigdy nie odzyskał w niej władzy. Musiał nauczyć się radzić sobie bez niej, także na stoku. - Pyta pani jak to możliwe? Dla mnie to jest normalne. Tak po prostu żyję - tłumaczy.
Od jedenastu lat jego stałym miejscem narciarskich wypadów są Alpy. W wyprawach towarzyszy mu nie tylko małżonka Anna (notabene utytułowana pływaczka i narciarka), ale również kilkudziesięcioosobowa grupa, zrzeszona w Ognisku Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej "Radość". Pan Seweryn od 50 lat jest jego prezesem. - Jeździmy w grupie, starzejemy się w grupie, bawimy się w grupie. Trzymamy się razem od ponad 40 lat - mówi i zaraz zaczyna opowiadać o najnowszym wyjeździe, który szykuje się już w marcu. Oczywiście w Alpy.
- Dlaczego tam? Bo te góry są przygotowane narciarsko. Mają fantastyczne trasy, nie czeka się w kolejkach pod wyciągami. I nawet jest taniej niż u nas. A trasami narciarskimi można przejechać nawet 120 km w ciągu jednego dnia. Na Kasprowym głównie bym stał w kolejkach. Poza tym, tam jest zupełnie inna kultura. U nas ludzie nie znają zasad bezpiecznej jazdy. Powinny być spisane jak kodeks drogowy. Bo jeździć trzeba umieć. A tu brawura - pędzi, a nie umie skręcić - tłumaczy swoje coroczne wyjazdy do Włoch, Austrii lub Francji. - Przepracowałem prawie czterdzieści lat, dlatego uważam, że teraz należy mi się większy komfort.
Choć jazdę zaczynał na dwóch drewnianych deskach, do których śrubką przykręcało się miedziane okrawędziowanie, dziś lubi najlepszy sprzęt. Podąża za narciarskimi trendami - od dwóch sezonów testuje carvingi. - Kiedyś, jak sobie przypomnę te łupy... Teraz nawet moje kijki zrobione są z włókna węglowego, wykorzystywanego w przemyśle kosmicznym.
Nie może przekonać się jedynie do snowboardu. - Nie przesadzajmy - uśmiecha się. - Poza tym lekarze odradzają deskę przez wzgląd na złe ustawienie kręgosłupa. Skończę życie na dwóch nartach - zapowiada.
Przez wiele lat propagował kulturę fizyczną. Dyplomy i listy gratulacyjne za tę działalność, już prawie nie mieszczą się w szafach. Za działalność na tym polu otrzymał wiele odznaczeń, państwowych i resortowych, z Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski. Ale nie robi tego dla poklasku. Po prostu taki jest, zakochany w sporcie. - Dlaczego właśnie ja? - zastanawia się. - To tak jak w cieście biszkoptowym są rodzynki. Wyjątki, a dookoła samo ciasto. Trzeba mieć powołanie, taki charakter - _kończy._

\\\*

- To kiedy przyniesie pani ten artykuł - pyta przy drzwiach. - Bo rano wychodzę na basen, a w środę jedziemy z żoną na narty do Kasinki. Podobno zbudowali nowy wyciąg. No przecież muszę go zobaczyć.
MARIA WŁODKOWSKA-BANAŚ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie