Trzeba mieszkać na pograniczu

Redakcja
Wybitny dramaturg, eseista, ceniony satyryk po publikacji korespondencji ze swoimi przyjaciółmi, tym razem decyduje się odsłonić po raz kolejny. Lektura wydanych świeżo zapisków osobistych nie tylko pokazuje intymną twarz Mrożka, ale również może stać się pretekstem do dyskusji na przykład na temat polskości.

Ciekawy jest czas w życiu Mrożka pomiędzy rokiem 1962 a 1969, czyli okres opisany w pierwszym tomie "Dziennika". W roku 1962, 32-letni wówczas artysta podróżuje po Europie. Przez kilka kolejnych lat ten stan się zresztą nie zmieni. Pisarz będzie zatrzymywał się na kilka miesięcy w różnych miastach - najpierw z wyboru, potem - z konieczności. Stanie się tak na skutek publikacji przez Mrożka w 1968 roku listu protestacyjnego przeciwko udziałowi Wojska Polskiego w inwazji na Czechosłowację. Władze PRL nie tylko zakazują publikacji jego sztuk, ale również ściągają je z afiszy. Dokładnie w momencie, gdy cały świat zaczyna odkrywać jego "Tango", którego polska premiera odbywa się zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w 1967 roku. Mrożek zanotuje: "Władze polskie odmówiły mi przedłużenia ważności paszportów. Władze polskie o mnie każą wypisywać, że jestem zdrajcą. A ja władze polskie mam w dupie".

W "Dzienniku" Mrożek bywa bardzo ostry - zwłaszcza dla siebie. "Całe moje życie utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem gnojkiem" - pisze w 1963 roku. Pod rokiem 1965 odnajdziemy natomiast zdanie: "Czuję się nijaki, zagubiony, odsłonięty, zmęczony tym stanem". I tak dalej, i tak dalej.

Mrożek w swojej czwartej dekadzie, po przekroczeniu trzydziestego drugiego roku życia, nie jest zadowolony z siebie. Kłopocze go własna osoba, powoli doskwiera przemijanie, nawet głupi ząb potrafi go wyprowadzić z równowagi. Skupiony na sobie w gruncie rzeczy dokonuje głębokich psychoanaliz. Często jednak przegrywa. Wtedy pojawia się ponura aura. Bywa, że przerywa pisanie. Potem błyska gdzieś światło. Wtedy pisze: "Przede wszystkim zniknęły nastroje apatii i stagnacji".

Ukojenia - ale czasem też potwierdzenia swoich strachów - będzie szukał w lekturach. Czytuje je obficie w oryginale. Junga, Freuda, Fromma czy Prousta. Równolegle dokonuje obszernych interpretacji i omówień - na przykład Szekspira czy uwielbianego Manna. Nierzadko, w charakterystyczny dla siebie sposób, dziwi się: "Same kłopoty są z tym Nietzschem. Dlaczego on mi się tak podoba, kiedy powinien mi się tak nie podobać?".

Na polskich twórców powołuje się rzadziej. Pisze zresztą: "Poeci polscy za dużo palą złych papierosów, patrząc w dal i wódkę pijąc. Nie mam zaufania".

Wyjątkiem na tle dystansu do polskiej literatury jest Witold Gombrowicz. Spotykają się, czego świadectwo znajdziemy w "Dzienniku", jako sąsiedzi we Włoszech, w 1965 roku. Mrożek ma wówczas lat 35 i uważa Gombrowicza (61-latka) za absolutne guru. Mrożek mu zazdrości, Mrożek się nim zachwyca, Mrożek nazywa go "padre" lub "szefem". I znów obszernie, przez kilka stron "Dziennika", komentuje zarówno postać, jak i dzieło autora "Ferdydurke".

O ludziach Mrożek nie pisze jednak wiele. Przyjaciół - tak jak Lema - dobiera ostrożnie, o miłościach prawi powściągliwie. Chociaż z drugiej strony, gdy na raka umiera jego żona, Maria Obremba, temat jej odejścia i wewnętrznego bólu ciągnie się przez kilka dziennikowych zapisków.
Rozczarują się raczej ci, którzy po "Dziennik" sięgną, by studiować polityczne poglądy Mrożka. Raz na jakiś czas, oczywiście, zauważa on dziejącą się wokół historię. Na przykład podczas protestów studentów w 1968 roku w Paryżu pod pomnikiem Mickiewicza. Na ogół jednak autor "Tanga" zdaje się być zainteresowany nade wszystko sobą i swoją sytuacją życiową czy twórczą.

O wiele więcej uwag znajdziemy na temat Polski, a zwłaszcza polskości. Tu oceny padają jednoznaczne. "Polacy (...) są zamieszani, zbełtani, i tacy, i tacy, czyli nijacy" - notuje w 1963 roku. Ta nieprzychylna ocena pojawiać się będzie potem wielokrotnie, podrywając Mrożka do rozległej argumentacji. Szczególnie nie podoba mu się "miękkość polska", przez którą "Polacy za granicą w gruncie rzeczy nigdy nie dochodzą do niczego wielkiego ani nie odgrywają wielkiej roli, nie wychodzą ponad poziom średnio zarabiających mieszczan, drobnych, średnich biznesmenów". Co istotne, wobec tak zdefiniowanej polskości Mrożek już się nie dystansował. Traktował ją wręcz jako nierozerwalną część swojego charakteru.

O wiele cieplej pisze o naszym mieście. Szczególna nostalgia odzywa się w nim po lekturze tomu Boya "O Krakowie". W grudniu 1968 roku zapisuje: "Wystarcza mi pokazać narożnik Starego Teatru sprzed pięćdziesięciu laty, żeby się zaczęło. Ileż taki narożnik mi uruchamia". Nic dziwnego - my możemy dopisać na marginesie tych zapisków - bo to z tym miastem przecież dramaturg związał dzieciństwo i młodość, a także początki swojej kariery pisarskiej. Potem, jak wiemy, bywało już różnie. W Mrożku jednak już chyba wtedy była na to zgoda. Pisał wszak: "Tak więc trzeba mieszkać na pograniczu, ze wszystkimi uciążliwościami takiego mieszkania". To zdanie doskonale streszcza zresztą - nie tylko dosłownie - przesłanie "Dziennika".

Marcin Wilk

Sławomir Mrożek, "Dziennik. 1962-1969", tom I, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Mrożek będzie podpisywać "Dziennik" jutro, w niedzielę, od godz. 13 w Empiku w Krakowie przy Rynku Głównym 5.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie