Trzy stocznie w sierpniu 1980 roku: Gdańsk, Szczecin, Gdynia

Daniel Wicenty, IPN Gdańsk, Uniwersytet Gdański
Strajk w Stoczni Gdańskiej, mieszkańcy Gdańska i strajkujący przy stoczniowym murze
Strajk w Stoczni Gdańskiej, mieszkańcy Gdańska i strajkujący przy stoczniowym murze B. Nieznalski
Pod koniec sierpnia 1980 r., po wielu dniach strajków w setkach zakładów pracy i pełnych napięcia negocjacjach politycznych, władze komunistyczne ostatecznie zgodziły się na powstanie niezależnych związków zawodowych. Otworzyło to drogę do utworzenia „Solidarności”.

W społecznej wyobraźni ten splot wydarzeń zazwyczaj łączy się ze Stocznią Gdańską i podpisanymi tam 31 sierpnia porozumieniami. Na ikonicznych zdjęciach ze stoczniowej Sali BHP za stołem prezydialnym Lech Wałęsa podpisuje porozumienie groteskowo wielkim długopisem, siedząc między I sekretarzem KW PZPR w Gdańsku Tadeuszem Fiszbachem a wicepremierem Mieczysławem Jagielskim. U końcu stołu widać makietę projektu Pomnika Poległych Stoczniowców 1970. W kącie sali stoi także spore popiersie Włodzimierza Lenina, co dodaje tej sytuacji nieco surrealistycznej powagi.

Podpisanych w tamtym czasie porozumień między strajkującymi a władzami komunistycznymi było jednak więcej. Dzień przed Gdańskiem porozumienie podpisali strajkujący robotnicy w Szczecinie, 2 września w Wałbrzychu, 3 września w Jastrzębiu-Zdroju, a 11 września w Dąbrowie Górniczej. Ich polityczne znaczenie było różne, tu jednak skupię się na dwóch pierwszych porozumieniach. Strajkowe centrum w Szczecinie i Gdańsku znalazło swoje miejsce w stoczniach. Nieco w cieniu Stoczni Gdańskiej im. Lenina pozostał inny ważny dla Sierpnia ՚80 zakład pracy: gdyńska Stocznia im. Komuny Paryskiej. Przyjrzyjmy się zatem tym trzem stoczniom, szukając w kontekście historii „Solidarności” zarówno punktów wspólnych, jak i różnic.

Peerelowski zakład pracy: miasto w mieście

Zacznijmy od ustalenia, czym był duży zakład pracy w PRL, jest to bowiem fenomen minionego świata pozbawiony prostych analogii do dzisiejszych zakładów przemysłowych. Jego pierwszą rzucającą się w oczy cechą był rozmiar zatrudnienia. Na przełomie lat 70. i 80. w stoczniach w Gdyni i Szczecinie pracowało ok. 10 tys. pracowników, w Gdańsku mniej więcej 15 tys. Dla porównania - w tym czasie bodaj największa pod tym względem Huta im. Lenina w Krakowie zatrudniała niemal 39 tys. pracowników. Liczby te odpowiadają populacji miasta powiatowego. Tego rodzaju skojarzenia są jak najbardziej uprawnione, peerelowskie zakłady pracy tworzyły bowiem odrębny mikroświat, skomplikowany i dalece wykraczający poza relacje pracownik-pracodawca.

W zakładzie pracy toczyło się życie polityczne, społeczne i kulturalne. Zakładowe podstawowe organizacje partyjne próbowały codziennie indoktrynować masy robotnicze, honorowały przodowników pracy, były też swoistym kanałem życzeń, zażaleń i donosów. Stocznie karmiły swoich pracowników nie tylko ideologią: funkcjonowały tam także wielkie śniadalnie, stołówki, sklepy i bufety. Na ich terenie działały także zakładowa służba zdrowia, szpitale i straż pożarna. Przy stoczniach tworzono żłobki, przedszkola, kluby hobbystyczne i sportowe oraz orkiestry dęte. Zakłady pracy poprzez własne ośrodki i biura turystyczne organizowały wypoczynek i wycieczki. Do stoczniowych domów kultury zapraszano artystów. W 1966 r. w gdańskiej hali Stoczni Gdańskiej wystąpiła Marlena Dietrich. W szczecińskim Stoczniowym Domu Kultury „Korab” koncertowali Irena Santor, Zbigniew Wodecki czy zespół TSA. Również pożądane społecznie dobra (w tym mieszkania i talony na samochód) były dystrybuowane przez zakład pracy. Stocznie poprzez więzy rodzinne i towarzyskie tworzyły także specyficzne środowiska społeczne: osobne robotników, osobne inżynierów.

Przemysł stoczniowy stanowił ważny element socjalistycznej gospodarki nie tylko w sensie strukturalnym (produkcja oraz powiązania z innymi kluczowymi ogniwami gospodarki), ale też propagandowym. Władze komunistyczne szczyciły się rankingami światowymi (m.in. trzecie miejsce w produkcji okrętowej przeznaczonej na eksport w 1978 r.), a wodowanie większych jednostek zazwyczaj przeradzało się w polityczną celebrę z określonymi rytuałami, przemowami i udziałem kamerzystów Polskiej Kroniki Filmowej. Te sukcesy peerelowskiej gospodarki okupione były jednak niszczącymi zdrowie nadgodzinami, złymi warunkami pracy i wypadkami śmiertelnymi. Robotniczy etos, ważny dla stoczni, podkopywała też chronicznie zła organizacja pracy.

Strajki sierpniowe

14 sierpnia zaczął Gdańsk, a dzień później strajk zainicjowali też gdyńscy komunardzi. Szczecińska Stocznia Warskiego do strajku przystąpiła 18 sierpnia, choć to nie od niej ruszyła tamtejsza strajkowa lawina. Strajki w Szczecinie rozpoczęli robotnicy niewielkiej Stoczni Remontowej „Parnica”. W Gdańsku i Szczecinie powstały międzyzakładowe komitety strajkowe ‒ Stocznia im. Komuny Paryskiej była częścią gdańskiego MKS. W obu MKS-ach powstały listy postulatów. Mimo różnic (w Gdańsku było to 21 postulatów, w Szczecinie 36) obie listy otwierało fundamentalne żądanie powołania niezależnych związków zawodowych.

Zarówno w Gdańsku, jak i Szczecinie władze i strajkujący prowadzili intensywne negocjacje, ostatecznie jednak porozumienie 30 sierpnia jako pierwsi podpisali członkowie szczecińskiego MKS. Gdańsk zrobił to dzień później. Spór badaczy o to, dlaczego Szczecin „nie poczekał” na Gdańsk, jest nadal otwarty. Wskazuje się zarówno kontekst emocjonalny (narastające zniecierpliwienie robotników w Szczecinie), jak i ambicje strajkowych liderów. Gdynia pozostaje tu wyraźnie w cieniu Gdańska, choć niesprawiedliwie. To tam działała Wolna Drukarnia Stoczni Gdynia, dzięki czemu mieszkańcy Trójmiasta byli na bieżąco informowani o przebiegu strajku.

Na czele komitetów strajkowych stanęli Lech Wałęsa (Gdańsk), Marian Jurczyk (Szczecin) oraz Andrzej Kołodziej (Gdynia). Choć reprezentowali oni w zasadzie trzy różne pokolenia robotnicze, wchodząc w dorosłe życie zawodowe w trzech różnych epokach: ‒ Jurczyk (rocznik 1935) jeszcze w okresie stalinowskim, Wałęsa (rocznik 1943) za Gomułki, a Kołodziej (rocznik 1959) za schyłkowego Gierka, ‒ to łączą ich oczywiste podobieństwa.

Wszyscy urodzili się w niewielkich miejscowościach: Jurczyk we wsi Karczewice pod Częstochową, Wałęsa we wsi Popowo niedaleko Włocławka, a Kołodziej w Wielopolu, dziś części podkarpackiego Zagórza). Wszyscy w młodym wieku wyemigrowali do dużego miasta za pracą i lepszym życiem. Zarówno Jurczyk, jak i Wałęsa doświadczyli dramatu Grudnia ’70 jako uczestnicy stoczniowych strajków. Nie mieli większej styczności z działalnością opozycyjną, choć Wałęsa zdobył pod koniec lat 70. pewne szlify jako członek Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (podobnie Kołodziej). W zasadzie w przypadku całej trójki rola przywódców strajkowych w sierpniu 1980 r. pisała się in statu nascendi. Najbardziej znamienne wydaje się to w przypadku Kołodzieja. 15 sierpnia 1980 r. był jego pierwszym dniem pracy u gdyńskich komunardów. Tego samego dnia zaczął się tam strajk, który Kołodziej współorganizował i któremu jako przewodniczący komitetu strajkowego przewodził.

Losy przywódców stoczniowych strajków potoczyły się w latach 80. wyraźnie odmiennie. Wszyscy, co prawda, zaangażowali się w podziemną „Solidarność”, ale wewnętrzne podziały w tych środowiskach oraz różne okoliczności życiowe (Kołodziej „zaliczył” 9 miesięcy odsiadki w czechosłowackim więzieniu) sprawiły, że znaleźli się w innych miejscach czy wręcz po różnych stronach barykady. Jurczyk stracił swoją pozycję jednoznacznego lidera w szczecińskiej „Solidarności” na rzecz Andrzeja Milczanowskiego, a pod koniec lat 80. jako członek Grupy Roboczej Komisji Krajowej „S” sprzeciwiał się Okrągłemu Stołowi. Przeciwnikiem tej formuły politycznej był także Kołodziej jako członek Solidarności Walczącej. Wałęsa stał się zaś niewątpliwie beneficjentem pewnej subtelnej, ale znaczącej zmiany, której w drugiej połowie lat 80. uległy elity opozycyjne. Miały one odtąd coraz bardziej inteligencki i coraz mniej robotniczy charakter. Wałęsa jako symbol oporu (uhonorowany pokojowym Noblem przywódca strajku) pozostał jednak ikoniczną wręcz postacią integracji i agendy tej już wyraźnie inteligenckiej opozycji. To kierowany przez niego Komitet Obywatelski rozdawał polityczne karty, prowadząc rozmowy z częścią elit komunistycznych, czego skutkiem stały się najpierw wybory czerwcowe w 1989 r., a następnie dość nieoczekiwanie zmiana ustrojowa.

Topografia: cień Grudnia i gdański stoczniowy genius loci

Słabo dotąd dostrzeganą wagę dla dynamiki zdarzeń w sierpniu 1980 r. ma także czynnik topograficzny. Stocznie stanowiły integralną część miast, ‒ niekoniecznie ścisłego centrum, ale i nie przedmieść. Po części było to echo jeszcze XIX-wiecznych koncepcji urbanistycznych (stocznie Szczecina i Gdańska reprezentują tradycje pruskie tamtego okresu, a stocznia gdyńska to już dziecko dwudziestolecia międzywojennego). Zajmowały konkretną przestrzeń, sąsiadując z różnymi zakładami przemysłowymi (w tym innymi stoczniami i portami). Oznaczało to, że codziennie na stosunkowo niewielkiej (w skali obszaru miejskiego) przestrzeni gromadziło się kilkadziesiąt tysięcy osób; mniej więcej połowę z nich stanowili robotnicy.

W grudniu 1970 r. władze komunistyczne przekonały się o niebezpieczeństwie politycznego potencjału takiego skupiska ludzi: w pewnych warunkach może się stać ono miejską „armią” demonstrantów, która dość szybko może przejść do centrum, zablokować ruch samochodowy czy zbudować barykady uliczne i walczyć z oddziałami ZOMO.

W grudniu 1970 r. demonstranci podpalili budynki KW PZPR w Gdańsku i Szczecinie. To dlatego po roku 1970 Służba Bezpieczeństwa wyraźnie zintensyfikowała infiltrację wielkich zakładów pracy, a resortowi analitycy z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych interesowali się teoriami na temat zachowań tłumu.

W każdej z trzech opisywanych tu stoczni w grudniu 1970 r. zawiązały się komitety strajkowe, a robotnicy każdej z nich ostatecznie wyszli także demonstrować na ulice Gdańska, Szczecina i Gdyni. Nie ma sensu przypominać tu dobrze znanych faktów wiążących się z masakrą robotników w 1970 r. Warto jednak przypomnieć, że to w Gdyni odnotowano najwięcej ofiar śmiertelnych, choć robotnicy i cała społeczność gdyńska aż do feralnego Czarnego Czwartku zachowywała się bardzo spokojnie. W zgodnej opinii uczestników strajków sierpniowych oraz historyków lekcja grudnia podpowiedziała strajkującym formę strajku okupacyjnego, bez wychodzenia na ulicę. Jan Nowak, jeden z organizatorów strajku komunikacji miejskiej w Szczecinie, wspominał: „Tarczy, pałek nie baliśmy się, tylko kul. Myślałem o odpowiedzialności swojej i mówiłem wszystkim - tylko na ochotnika! Mówiłem, może się powtórzyć rok siedemdziesiąty”.

Lokalizacja stoczni w kontekście strajków sierpniowych ważna jest ze względu na ich dostępność komunikacyjną. Choć wszystkie one leżały niedaleko centrów, w ich lokalizacji występowały jednak pewne różnice. W Szczecinie odległość między bramą a dworcem PKP to mniej więcej 3 km, w Gdyni ok. 2 km, a w Gdańsku zaledwie kilometr. Równie blisko Stoczni im. Lenina położony był budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

Te stosunkowo niewielkie różnice mogły mieć niebagatelne konsekwencje nie tyle dla strajkujących (ci pozostali w Sierpniu na terenie stoczni), co dla dziennikarzy, zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

W kontekście trudności komunikacyjnych (nie funkcjonowała komunikacja miejska, w zasadzie nie działały telefony i teleksy) położenie Stoczni Gdańskiej stało się wielkim atutem - przejście trasy między stoczniową bramą nr 2 a dworcem lub komitetem partyjnym zabierało dosłownie kilka minut. Stosunkowo blisko bramy nr 2 położony był także budynek stoczniowej dyrekcji. Tak więc strajkujący w Gdańsku byli na wyciągnięcie ręki - i dla dziennikarzy, i dla decydentów politycznych, i dla zewnętrznych obserwatorów. Ta pierwsza grupa była o tyle ważna, że pomimo barier wiążących się z polityczną cenzurą mediów to właśnie dziennikarze, publicyści i pisarze upowszechniali później narrację o przełomowych i bezprecedensowych wydarzeniach dziejących się w Gdańsku. Obecny w Stoczni Gdańskiej Ryszard Kapuściński wspominał: „Wszyscy wróciliśmy stamtąd inni, niż pojechaliśmy. To był wyjazd nie tylko zawodowy. Ważne były przemiany, jakie się dokonały w naszej świadomości, w naszej ocenie kraju, w naszym widzeniu Polski. Myśmy tam w większości nie pracowali. Nie chodziło o to, żeby pisać. Pisanie było bezcelowe, bo i tak wiadomo, że nic się nie ukaże. To wszystko polegało raczej na dzieleniu w tych godzinach wspólnego losu”. W 1981 r. obszerny reportaż Gdańsk. Sierpień 80 opublikowali Wojciech Giełżyński i Lech Stefański. Relacje i reportaże dotyczące gdańskiego Sierpnia ’80 tworzyli także dziennikarze z zagranicy. Od 19 sierpnia do podpisania porozumień gdański strajk obserwował Timothy Garton Ash, wtedy student historii, później autor ważnej książki Polska rewolucja. „Solidarność” 1980-1982.

Podczas sierpniowego strajku w gdańskiej stoczni znaleźli się także socjolodzy, artyści i zaproszeni zewnętrzni eksperci. Ówczesne elity opiniotwórcze widziały zatem strajk i rodzącą się „Solidarność” na własne oczy.

Strajkujących w Szczecinie odwiedziła garstka. Tamtejszy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zablokował w zasadzie dostęp do Stoczni Warskiego osobom z zewnątrz. Jedynie Małgorzacie Szejnert i Tomaszowi Zalewskiemu udało się pozostać na terenie szczecińskiej stoczni, ale ich reportaż Szczecin: Grudzień - Sierpień - Grudzień ukazał się w druku dopiero w 1986 r., a i to dzięki londyńskiemu Aneksowi.

Stocznie jako miejsce pamięci?

Te różne czynniki - w tym symboliczna otwartość Stoczni Gdańskiej, jej położenie w ścisłym centrum miasta oraz specyficzna aura miasta portowego ‒ sprawiły, że współczesna pamięć o Sierpniu ’80 wywołuje oczywiste skojarzenia z Gdańskiem. Niestety dziś żadna ze stoczni nie funkcjonuje w formie choćby zbliżonej do sytuacji z 1980 r. Nie chodzi przy tym o skomplikowane zmiany własnościowe czy o współczesną kondycję przemysłu okrętowego w Polsce.

Problem w tym, że stocznie w zasadzie zniknęły jako miejsce o znaczeniu symbolicznym i historycznym. Fizycznych śladów historycznych miejsc i obiektów ubywa. Tereny postoczniowe w Gdańsku są dziś raczej znakiem chaosu zmian urbanizacyjnych, ciągnącego się dekadami konfliktu interesów między mieszkańcami, inwestorami i władzami miejskimi oraz banalnych (bądź wręcz brzydkich) koncepcji deweloperskich.

Być może obszar ten uda się wpisać na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Być może historyczne pozostałości stoczni - brama nr 2, sala BHP, budynek dyrekcji, pojedyncze dźwigi - zostaną w udany sposób wkomponowane w nową przestrzeń miejską.

Niemniej pamięć o Stoczni Gdańskiej, symbolu „Solidarności”, ale pewnie też o Stoczni Warskiego i Stoczni Komuny Paryskiej, może przetrwać chyba jedynie przez utrwalone słowo i obraz. Zatem - pamiętajmy.

W sierpniu 1980 r. w tych trzech stoczniach działy się wielkie rzeczy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wysokie dopłaty do węgla – kończy się termin składania wniosków

Materiał oryginalny: Trzy stocznie w sierpniu 1980 roku: Gdańsk, Szczecin, Gdynia - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie