Tydzień w Krakowskiej Polityce. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom

Grzegorz Skowron
Wokół podwyżki cen biletów na komunikację miejską mamy coraz większe zamieszanie. Kolejne propozycje nowej taryfy budzą nie mniejsze kontrowersje niż pierwotna wersja przedstawiona przez prezydenta. A argumentowanie przez urzędników, że to „wyjście naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców i radnych miejskich” to coś w rodzaju kiepskiego żartu. Bo jak inaczej potraktować choćby pomysł, by bilet 20-minutowy kosztował 3,4 zł, przy obecnej stawce 2,8 zł? To przecież podwyżka o ponad 20 proc.

Prawda jest taka, że nowe propozycje wcale nie wychodzą naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców. Przyznaje to nawet sam magistrat, w tym samym komunikacie, w którym informuje o wyjściu naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców i radnych! „Jeśli ceny biletów nie ulegną zmianie, istniałaby konieczność zmniejszenia liczby kursów tramwajów i autobusów” - twierdzą urzędnicy. Co to oznacza? Podstawą do ustalenia nowych cen jest kwota potrzebna do załatania dziury w budżecie MPK. Wygląda na to, że w zmienionej wersji nowej taryfy biletowej jako podstawę do wyliczeń wzięto właśnie taką kwotę, a resztę kombinowano tak, by rachunki się zgadzały.

I do tego urzędnicy przyznają jeszcze, że chcą nowe taryfy testować na krakowianach. „To pasażerowie kupując regularnie bilety, niejako »głosują« w ten sposób, ile pieniędzy chcą przeznaczyć na utrzymanie transportu. Jeśli przybędzie nowych pasażerów jeżdżących na podstawie biletów, będzie to jednoznaczny dowód, że cenią sobie krakowski transport”. A co jeśli ten test wypadnie negatywnie dla MPK? Takie prezentowanie sprawy to postawienie mieszkańców pod ścianą - wielu nie ma wyboru, musi jeździć tramwajami i autobusami, a kupowanie przez nich droższych biletów wcale nie będzie głosowaniem na komunikację miejską. To będzie raczej wyjście naprzeciw żądaniom monopolisty.

O tym, jak można wychodzić naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców, świadczy też inny przykład z tego tygodnia. Chodzi o zagospodarowanie terenów w rejonie ulic Kopernika i Grzegórzeckiej, które ma opuścić Szpital Uniwersytecki. Krakowianie chcą, by ten obszar nie został przejęty przez deweloperów, miasto więc słusznie zamierza go odkupić i zagospodarować (ciekawe, czy rzeczywiście zgodnie z oczekiwaniami mieszkańców). I w tym celu powołało specjalną spółkę. I tu rodzi się pytanie, kto jej oczekiwał. Bo od kilku miesięcy spekulowano w mieście, że posadę u prezydenta dostanie Jan Pamuła, były prezes Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Zrezygnował z posady w MARR, gdy nadzór na agencją przejęło PiS. Tajemnicą poliszynela jest to, że wiele tygodni trwał bój o to, czy Agencja Rozwoju Miasta, zarządzana przez Małgorzatę Marcińską, związaną od wielu lat z prezydentem Jackiem Majchrowskim i wiceprezydentem Andrzejem Kuligiem, w całości trafi w ręce Jana Pamuły. Ostatecznie powstała spółka córka ARM. Pytanie - czyje oczekiwania zostały spełnione?

POLECAMY - KONIECZNIE SPRAWDŹ:

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie