Tygrys

Redakcja
reaktywacja

reaktywacja

reaktywacja

Od tapicera do milionera, czyli jak Dariusz Michalczewski zaczynał, kończył i znów zaczynał...

To historia prawie jak z bajki, choć wiele w niej było potu, wyrzeczeń i - jak to w boksie - zwykłej brutalności. 13,5 roku walczył Dariusz Michalczewski o należne mu miejsce w historii. Teraz, gdy odchodzi z zawodowego ringu, niejeden powie, że "Tygrysa" o takim sercu jeszcze nie było.

   I będzie miał rację. Jeśli miarą sportowca jest godna porażka, to Michalczewski, po ostatnim (i jedynym w karierze) nokaucie z Francuzem Tiozzo, zasługuje na pełne uznanie. A jeśli miarą człowieka jest właściwe wyciąganie wniosków, to "Tygrys" z niemieckim paszportem po dwóch kolejnych porażkach potrafił wyczuć moment odejścia. - Myślę, że sam podjął taką decyzję, choć pewnie po konsultacji z najbliższymi. W sprawach, które bezpośrednio dotyczyły jego kariery, on zawsze sam decydował. Teraz, jak powiedział, będzie chciał zająć się promocją młodych "Tygrysów" - mówi Monika Plucińska, dziennikarka z Hamburga, która z bliska śledziła poczynania polskiego boksera.
   Hamburg - to miasto pojawia się nieprzypadkowo. W zasadzie nie wiadomo, czy to ono upodobało sobie Michalczewskiego, butnego chłopaka z wykształceniem tapicera, czy na odwrót. Fakt pozostaje faktem, że od nastu lat jest to miłość wzajemna. Trzeba było słyszeć tę nieprawdopodobną wrzawę 17 tysięcy widzów, gdy Polak przy dźwiękach "Eye of the tiger" wchodził na ring w hali Color Line Arena przed ostatnią walką. Taką pozycję buduje się przez lata. Długie lata.
   Miarą popularności "Tygrysa" niech będzie to, że ludzie pamiętają jeszcze początki jego kariery. - Miałem kilkanaście lat, gdy Michalczewski toczył swoją pierwszą zawodową walkę. Byłem na niej. To było właśnie w tym budynku - mówi Emir, często przesiadujący w znajdującej się tuż przy wejściu kafejce. Dzisiaj po hali, w której udziały miał promotor Michalczewskiego - Klaus-Peter Kohl, pozostały tylko wspomnienia. Najpierw stała zagracona i zdominowana przez półmrok, potem miała zostać zamieniona na klub fitness.
   Aż trudno uwierzyć, że to tam, w dawnym lokalu "Greens" na przedmieściach Hamburga, młody pięściarz z Gdańska zaczynał 12-letnie pasmo sukcesów. Po tym pamiętnym, pierwszym zawodowym zwycięstwie została też inna pamiątka - kilkaset stołków ogrodowych kupionych specjalnie na walkę. Podobno jeszcze stoją gdzieś w szopie firmy Universum, w barwach której walczył Michalczewski.
   Jest jeszcze inne miejsce, które niezmiennie kojarzy się z początkami kariery polskiego boksera. To lokal "Die Ritze" (Szpara) - w podwórzu Repperbahn, hamburskiej ulicy rozkoszy - gdzie Polak przez wiele miesięcy, dzień w dzień, oprócz niedziel ostro trenował kondycję i zadawanie ciosów. Nie tylko on. Przez to magiczne miejsce, mające - według słów Michalczewskiego - "coś z wolnej, swobodnej, dzikiej atmosfery lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych" przewinęli się wszyscy wielcy niemieccy bokserzy ostatnich dziesięcioleci. "Kto uważał się za dobrego, przynajmniej raz pocił się w 'Szparze'. Tylko Max Schmeling nie. Trzydzieste lata to było zbyt dawno temu" - pisze Michalczewski w swojej książce "Silniejszy niż strach". Co nie znaczy, że wielki mistrz nie znał tego miejsca. To on miał powiedzieć, że "za jego czasów trenowało się jeszcze w lesie, a teraz robią to w burdelu".
   "Szpara" niejednokrotnie stanowiła dla Darka drugi dom. Po pierwsze, dlatego, że w piwnicy zaadoptowanej na salę treningową mógł się porządnie wyżyć, tak jak wówczas wszyscy zawodnicy z grupy Universum, po drugie - w niewielkim pomieszczeniu przy barze, którędy przechodził za każdym razem idąc na albo z treningu znajdował ludzi odpowiadających jego temperamentowi. - Nie wypadało po prostu powiedzieć "cześć" - mówił po latach.
   "Szpara" rzeczywiście ma w sobie coś przyciągającego i nie chodzi tylko o szeroko rozłożone kobiece uda, namalowane na ścianie wejściowej. - Mieszanka kryminalnego trillera, romantyki dzielnic czerwonych latarni, czaru ekranu, seksu, pieniędzy i sukcesu w najtwardszym ze wszystkich klasycznych sportów sprawiła, że "Szpara" sama stała się gwiazdą - mówi sam Michalczewski. Setki zdjęć i rekwizytów, najczęściej z dedykacją dla Hanne (to Hans-Joachim Kleine - właściciel knajpy) rzeczywiście mogą robić wrażenie. Zdjęcia są przeróżne; jedno przedstawia nawet mecz piłkarski Polaków z Niemcami i walczącego o piłkę Kazimierza Deynę. Są też oczywiście rękawice "Tygrysa". - Darek był zawsze mile widzianym gościem - mówi Hanke, uprzejma, choć już zniszczona przez życie barmanka. - Był czas, że pojawiał się bardzo często. Wyglądało na to, że odpowiada mu panująca tu atmosfera. Szczególnie po wyczerpującym treningu.

   Patrząc na plakaty z walk najsłynniejszych bokserów, którymi jest obwieszona sala treningowa w piwnicach "Szpary", trudno się dziwić, że Michalczewski od początku chciał być mistrzem. Są tam zapowiedzi legendarnych walk Muhammada Alego, Mike'a Tysona czy Joe Freziera. W kącie stoi też posąg "żelaznego Mike'a". Centralnym punktem sali wielkości dwóch dużych garaży jest jednak ring otoczony dwoma stolikami do masażu, różnej wielkości workami treningowymi i hantlami do wyciskania. - 15 lat tutaj trenowałem w czasie 26-letniej kariery - mówi 49-letni dzisiaj Erwin Heiber, który w latach 80. dwukrotnie walczył o tytuł mistrza Europy. - Codziennie po 2-3 godziny. Potem, choć nie mieszkam w Hamburgu, często zaglądałem do "Szpary" i mimo że nie dane mi było trenować z Dariuszem, przychodzący tu ludzie zawsze pochlebnie się o nim wypowiadali.
   Jaka była (jest) "Szpara"? - To miejsce przeżyło kawał bokserskiej historii. Także dzięki Michalczewskiemu. Jego walki zawsze gromadziły tutaj tłumy - _tłumaczy Heiber.
   Choć "tłumy" w zestawieniu z pełną, ryczącą halą Color Line Arena podczas pożegnalnej walki Michalczewskiego - to pojęcie względne. W tym porównaniu dobrze jednak widać, jaką drogę przeszedł "Tygrys" przez prawie 14 lat zawodowej kariery. Nie tylko jako bokser, ale może przede wszystkim jako człowiek, który zaskarbił sobie przyjaźń słynnego malarza Bruno Bruniego, kreatora mody Otto Kerna, a także znajomość kanclerza Gerharda Schrödera czy zwykły podziw tysięcy mieszkańców Polski i Niemiec.
   W nowym życiu, które właśnie rozpoczyna - biznesmena i promotora młodych pięściarzy - doświadczenie zdobywane od "Green's" poprzez "Szparę" aż do Color Line Arena z pewnością mu się przyda. Bo walka się nie kończy. - _Będę zawsze walczyć, ponieważ taka jest moja natura, takie jest moje życie
- mówi Michalczewski.
REMIGIUSZ PółTORAK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie