Tykające chroboty

Redakcja
W "Antygonie w Nowym Jorku" Janusza Głowackiego gardło marzy o małej łyżce zmrożonej stolicznej, a kieszeń stać tylko na plastikową butelczynę ciepłego Pershinga - mętnego kontredansu politury z denaturatem. I żebyż jeszcze ten drink, ten upadlający pląs trującego syfu z trującym syfem mógł się w czarnych jamach sponiewieranego cielska kloszardziego dziać codziennie! Toż to dobre niebo na obojętnej ziemi by było. Ale gdzie tam! Bywają dni, co gorsza, bywają mordercze, długie serie dni bez końca, kiedy kieszeń stać tylko na powietrze.

Wyznania szczerego entuzjasty teatru

   Wtedy łapy tańcują jak opętane - i nic z tym nie da się zrobić. Wtedy serce jest wcieleniem krzesanego - i nie ma nadziei na uspokojenie. Wtedy gnijące ciało tęskni za ostatnią ciemnością bez dna - ale ostatnia ciemność bez dna kolejny raz nie jest łaskawa. Kolejny raz jest tylko dzień, jakby wciąż ten sam. To samo sine miasto. Ten sam schnący park. I na tej samej ławce, pod tym samym niebem, rytualnie dalekim i obojętnym - ten sam mysi strach bez twarzy, bez barwy, bez temperatury. Strach beznadziejny. Przed czym?
   To coś można poczuć w "Antygonie..." wyreżyserowanej przez Piotra Szalszę. Właśnie poczuć, nie usłyszeć. Jeśli kto woli - u Szalszy można usłyszeć niesłyszalne. Na nowej scenie Teatru Ludowego, między betonowymi ścianami nory zwanej "Stolarnią", można poczuć doskonały brak litości zegarów. Dla bezdomnych rezydentów ławki w schnącym parku - dla Saszy (Andrzej Franczyk), co jest Żydem i przywędrował z Petersburga, dla cwaniaczka z Polski, z racji swej towarzyskiej upierdliwości zwanego Pchełką (Jacek Wojciechowski), no i dla tej papuziej Antygony rodem z Puerto Rico (Beata Schimscheiner) - każdy dzień jest niepojęcie potężną garścią powietrza zaludnionego mysimi pazurkami sekundników. Gdy jest nie do zniesienia, Sasza chce własne pięści wcisnąć we własną czaszkę. A jest nie do zniesienia, bo tam w środku zbyt wyraźnie słychać regularnie tykający chrobot.
   W sumie - dziwne to wszystko, nawet paradoksalne. Dziwne, bo przecież z przedstawieniem Szalszy jest tak, że jakby go nie mierzyć i jakby go nie ważyć, z jaką by wyrozumiałością do niego podchodzić, albo i nie podchodzić - wciąż na ten sam smętny wynik trafiamy. Że mianowicie w 3/4 jest to, mówiąc delikatnie, klasyczne fiasko najcudaczniejszych i dalece tandetnych koncepcików, a nawet tylko koncepciczków inscenizacyjnych. Gdy Szalszy się zdaje, że jakaś fraza Głowackiego ważna jest - okrasza ją stosowną muzyczką. I tak dzieje się dziesięć albo i piętnaście razy. Na przykład: gdy Sasza wspomina mateczkę Rosję - słyszymy bodaj bałałajkę, czułą i smętnie zawodzącą. A gdy za moment akurat papuzią Antygoną zawładnie nostalgia za starymi kątami - Szalsza nie dość, że raczy nas gorącymi rytmami południowoamerykańskimi, to dorzuca jeszcze uroczo migające światełka dyskotekowe. I tak oto otrzymujemy perłę pensjonarskiego wzruszenia. Co jeszcze jest?
   Gdy Szalsza zlęknie się zbyt długo trwającego na scenie spokoju - nakazuje aktorom ruszać do boju dynamicznego. Ruszają więc. Oręż to wycia, ryki, kicanie, miotanie łapami i ganianie wokół sceny, ganianie, jakby rzekł poeta, aż do zdechu i aż do upaści. A poza tym? Poza tym jest wygląd erotycznej sekwencji między Saszą a papuzią Antygoną, którym przed chwilą udało się pochować pod ławką wykradzionego trupa innego bezdomnego - wygląd stanowczo ponad moje opisowe siły. Tak jak i się bez bicia poddaję, gdy wspomnę finałowy sznureczek, za którym czołga się Franczyk, czołga, a łza mu cieknie po policzku. No i jest jeszcze klamra.
   Otóż, prologiem i epilogiem opowieści Szalszy jest wyświetlany na betonie film, na którym widać Nowy Jork i Tompkins Square Park z bliska. Wychodzi na to, że miejsce akcji jest tu ważne. Niestety, właśnie przypomniałem sobie słowa Jana Kotta. "Pytał mnie wielki amerykański socjolog, jacy są w tej sztuce u Głowackiego homlesi? Stryjkowski, kiedy go pytano, ile sobie liczy lat, odpowiadał: tyle co wszyscy. Jacy są homlesi u Głowackiego? Tacy, jak my wszyscy". Nie zatem - miejsce akcji nie jest tu ważne.
   U Głowackiego, tak jak u oczywistych antenatów jego sztuki - u Sofoklesa, Becketta i Mrożka - każdy jest, jak my wszyscy, a miejsce akcji jest tam, gdzie teraz każdy z nas tkwi. Dlatego też u Szalszy tak kojące są chwile, gdy cały ten Szalszy inscenizacyjny cyrk wszelakiej maści kolorytów lokalnych, wreszcie męczy się, uspokaja i - wraca do ciszy. Wtedy nagła martwota trojga gnijących ciał zaczyna przerażać. Zaczyna przerażać oczywistość, że tutaj ani nowy dom, ani świeża praca, ani nowa rodzina, ani nawet skrzynka zmrożonej stolicznej - nic nie pomogą. Są bezradne, gdyż tutaj, jak wszędzie, chodzi o brak litości zegarów, o to muliste czekanie na koniec własnego tykania. Taka jest ta spokojna, dobra 1/4 opowieści Szalszy. Dotyka pestki, dotyka sedna mechanizmu, który obraca zdaniami Głowackiego. Czy 1/4 to dużo, czy mało? I czy ta część to tylko przypadek?
   Nie wiem. Dla mnie to obojętne. Grunt, że chyba pierwszy raz tak intensywnie poczułem prawdziwą realność "Antygony w Nowym Jorku". Usłyszałem niesłyszalną potworność banalnego czasu.
PaweŁ GŁowacki
   
    Teatr Ludowy, scena "Stolarnia". Janusz Głowacki "Antygona w Nowym Jorku". Reżyseria Piotr Szalsza. Scenografia Elżbieta Krywsza.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie