Uczniowie i reszta

Redakcja
Dostałem zaproszenie na jubileusz jednego z uczniów, dzisiaj profesora tytularnego i zwyczajnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, notabene pierwszego z mych wypromowanych doktorów, świetnego historyka, dobrze znanego w kręgu specjalistów zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Mój Boże! Jak ten czas leci! Tak jeszcze - wydaje się - niedawno Pan Erhard bronił się przed uniwersyteckimi znakomitościami, wśród których znalazł się także orędownik naukowej rzetelności, prof. Henryk Batowski. Po wymianie zdań między doktorantem a jego recenzentem, gdy nadeszła chwila, by na zamkniętym posiedzeniu Rady Wydziału ocenić młodego bohatera przewodu doktorskiego, prof. Batowski zwrócił się do mnie i powiedział: "Ma pan bardzo zdolnego ucznia, panie profesorze!".

Władysław A. Serczyk: Znad granicy

Miałem szczęście. Następny z tych, którzy "dosłużyli się" doktoratu, to obecny wiceprezydent Krakowa. Swoją karierę zawodową zaczynał jako nauczyciel, a potem szef szkoły dla dzieci, które ze względu na najprzeróżniejsze choroby znalazły się w klinice pediatrycznej w Prokocimiu. To człowiek gołębiego serca, cudownego poczucia humoru i nieposzlakowanej uczciwości, czemu dał wyraz w czasie swoich rządów w Podgórzu, gdy powierzono mu resort bodaj najtrudniejszy, a mianowicie - sprawy mieszkaniowe.
Uzbierała się tych moich doktorów spora, kilkunastoosobowa gromadka. Niektórzy z nich, jak jeden z najbardziej w Polsce znanych popularyzatorów historii, Leszek Podhorodecki, demonstrują już swoje zalety Panu Bogu, który widać uznał, że czas im się bliżej przyjrzeć i posłuchać, co też mają do powiedzenia. Inni wraz ze mną posuwają się w latach, na szczęście nie tak szybko jak ja, więc są tymi, którzy po mnie zostaną i dzięki czemu - być może - będę przez chociażby paru rodaków życzliwie wspominany. To dla mnie najważniejsze.
Dzisiaj, gdy tyle złości, niechęci i agresji unosi się nad Polską, tworząc przedziwny, cuchnący i nieporządny mikroklimat, znalezienie się wśród ludzi, jakże od tego rodzaju codzienności dalekich, pozwala na jeszcze jedną próbę uwierzenia w dobroć, jaka właściwa być powinna każdemu człowiekowi. Ujawniają ją - niestety - nieliczni. Tak się jednak doskonale złożyło, że między nimi znaleźć można wszystkich moich uczniów.
Każdy z nich przeszedł trudną drogę, obfitującą w kolejne bariery, które przecież pokonał, radując siebie (i mnie) z kolejnych awansów, na które z pewnością zasłużył.
Tymczasem czytam wśród codziennych nowinek, że oto wielce mądrzy panowie rektorzy, chcąc przyspieszyć rodzenie się naukowych wielkości, czemu obecnie przeszkadzają różnego rodzaju podobno zbędne progi akademickie, zaproponowali zniesienie prac licencjackich, magisterskich, a także likwidację procedur habilitacyjnych. Zadziwiło mnie, że "nie poszli na całość" i radząc o tych sprawach - zdaje się - w Białowieży, a przy okazji nurzając w rozkoszach puszczańskich, zapomnieli o także przecież niepotrzebnych doktoratach i profesurach tytularnych. W pewnej mierze uprzedził ich prezydent Rzeczypospolitej, który od chwili objęcia urzędu aż do końca marca nie znalazł chwili czasu na wręczenie nominacji około dwustu profesorom, którzy przeszli wielostopniową weryfikację we własnych radach wydziału oraz w Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. Chwała Bogu, minister Seweryński na czas przekazuje nominacje nowo mianowanym profesorom zwyczajnym, dzięki czemu znowu jeden z moich uczniów dołączył do tego szacownego grona.
Czy jednak rzeczywiście zamiana dotychczas istniejących procedur awansowych na jakieś egzaminy (może testowe? - będzie szybciej) pomnoży szeregi polskich uczonych? Rzecz jasna, nie. Będzie tylko więcej magistrów i profesorów mianowanych. O ich jakości wolę nie mówić, przypominając los profesorów "marcowych". Zresztą za podobnym przyspieszeniem najbardziej gardłują nie ci, których publikacje błyszczą w czasopismach zagranicznych, lecz ci zapełniający swymi wypracowaniami uczelniane zeszyty naukowe.
Tymczasem przysłowiowego psa pogrzebano gdzie indziej. Gdyby w Polsce na naukę dawano tyle pieniędzy, ile średnio przeznacza się na nią w krajach Unii Europejskiej, zmniejszyłby się odpływ talentów z Polski za granicę, a i pomnożyła liczba utalentowanych badaczy pracujących w kraju. Co mam powiedzieć, gdy ze swojej uczelni nie dostanę nawet grosza na tusz do komputerowej drukarki, bo pieniądze przeznaczone na badania wykorzystałem rozrzutnie na wyjazd na konferencję naukową, do którego zresztą i tak musiałem dopłacić z własnej kieszeni. Żeby było weselej, pani wicepremier i minister zapowiedziała, że już w najbliższym roku trzepnie po kieszeni twórców i pracowników nauki, odbierając im możliwość odliczania od dochodu pięćdziesięcioprocentowych "kosztów uzysku".
Dobrze, że jeszcze nikt nie próbował pozbawić nas uczniów. Chociaż, kto wie? Jeśli wprowadzi się awanse naukowe bez obowiązku pisania prac, mistrzowie nie będą potrzebni.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3