Ujawnię tajne konta...

Redakcja
Rys. Andrzej Mleczko
Rys. Andrzej Mleczko
Nie usłyszeli pukania do drzwi. Funkcjonariusze wcale nie chcieli być uprzejmi. Drzwi po prostu wyważyli. Wojciech K. i jego żona, zanim zdążyli się zorientować, byli już skuci kajdankami, a kilkunastu ludzi przeczesywało ich rezydencję w podwarszawskiej miejscowości.

Rys. Andrzej Mleczko

Telefon mecenasa L. milczał. Funkcjonariusze weszli do jego biura i kancelarii kilka minut wcześniej. Brygady zamaskowanych policjantów, urzędników kontroli skarbowej i śledczych pojawiły się rankiem w domach ludzi z pierwszych stron gazet: polityków, biznesmenów, celebrytów, adwokatów i doradców podatkowych.

W celach aresztów śledczych zrobiło się ciasno. Aresztowani, choć przeżyli chwile grozy, nie tracili jednak dobrego humoru. W końcu byli niewinni. A od długiego aresztu mogła ich przecież uratować kaucja. Zapewne wysoka, ale trudno. Jeszcze nie wiedzieli, że ich konta zostały zablokowane.

Dobre samopoczucie nie trwało długo - dokładnie do momentu, gdy stanęli przed prokuratorami. Zarzuty: ukrywanie dochodów, wyprowadzanie ich za granicę i unikanie podatków. Unikanie na dużą skalę - w ciągu ostatnich kilkunastu lat niektórym uzbierało się kilka, a nawet kilkanaście milionów złotych. Plus odsetki. Lokaty w szwajcarskich bankach okazały się mniej bezpieczne, niż można było przypuszczać.

Berlin, styczeń 2010

W gabinecie niemieckiego ministra finansów dzwoni telefon. To szef departamentu podatkowego. Władze otrzymały niecodzienną propozycję: haker na płycie CD zgromadził dane około 1500 niemieckich obywateli, którzy swoje dochody lokowali w Szwajcarii i nie płacili podatków. Teraz chce je sprzedać. Cena nie może być niska - w końcu ryzykował, a kradzież danych klientów to poważne przestępstwo. Cena: 2 i pól miliona euro. W niemieckich gabinetach zaczynają się gorące dyskusje. W końcu do odzyskania może być nawet 100 milionów euro niezapłaconych podatków. W czasach kryzysu - niemało.

Zwolennicy transakcji mają w rękach jeszcze jeden argument: jakość informacji, które z genewskiego oddziału HSBC wykradł szwajcarski informatyk Herve Falciani, sprawdził dwa lata wcześniej francuski fiskus. W gąszczu zapisanych danych wyłowił dane kilkuset francuskich obywateli i wykazy transakcji. Wszyscy w Szwajcarii próbowali ukryć swój majątek. - Rozpętała się prawdziwa polityczna burza. - mówi Magdalena Karpińska, korespondentka TVP w Berlinie. - Przeciwko zakupowi była nawet część chadeków, a to w końcu ich rząd rozważał zakup danych. Ostro zareagowali liberałowie. Jednak przeciętni Niemcy się cieszyli, bo jeśli oni uczciwie płacą podatki, choć nie zarabiają fortun, dlaczego nie mieliby ich płacić biznesmeni i bankierzy.

Szwajcarzy transakcję niemieckiego rządu z hakerem nazwali paserstwem. Wolfgang Schäuble, niemiecki minister finansów, po kilkudniowych wahaniach zdecydował się kupić cenne dane. W końcu niemiecki budżet co roku z powodu ukrywania dochodów traci około 30 miliardów euro. A informacjami z płyty zainteresowali się już austriaccy sąsiedzi.

Monachium, luty 2010

W bawarskim urzędzie skarbowym faks nie przestaje wypluwać kartek. To kolejne zgłoszenie od nieuczciwego podatnika. Jego pieniądze od kilku lat bezpiecznie pracowały na szwajcarskim koncie, dziś szwajcarskiej dyskrecji tak pewny już nie jest. I ta płyta. Skąd ma wiedzieć, czy zawiera jego nazwisko? Doradca biznesowy powiedział mu wprost: może lepiej się przyznać. Zapłaci zaległe podatki i odsetki, ale uniknie wielomilionowej kary. Myślał kilka dni. W końcu nie wytrzymał.
Tylko w lutym do władz podatkowych Bawarii zgłosiło się ponad 300 skruszonych podatników. Podobnie jest w innych landach, a lista z każdym dniem się wydłuża. Władze Hamburga oszacowały, że do kasy może wpłynąć nawet 20 milionów euro zaległych podatków. Niemieckie władze dały oszustom podatkowym szansę: jeśli zgłoszą się do urzędu, zanim na ich trop wpadnie policja, unikną wysokiej grzywny. Ale muszą wykazać dochody do 10 lat wstecz.

Warszawa, wrzesień 2010

Na biurku w departamencie kontroli skarbowej Ministerstwa Finansów dzwoni telefon. Po drugiej stronie słuchawki odzywa się mężczyzna. Mówi głosem zmienionym przez komputerowy przetwornik. Oferta jest krótka i konkretna: 2 miliony euro za listę tajnych kont biznesmenów i polityków. "To poważna propozycja. Równie poważna jak ta, z której skorzystali niemieccy politycy" - dowodzi tajemniczy rozmówca. Prosi urzędnika, by porozmawiał z przełożonymi. Jeszcze zadzwoni.

Znalezienie 15 minut w grafiku ministra okazuje się trudnym zadaniem, ale w końcu się udaje. Rozmowa jest krótka. Do akcji wkraczają funkcjonariusze urzędu kontroli skarbowej. Kolejne rozmowy z hakerem są już podsłuchiwane i nagrywane, a w gabinecie ministra trwa nerwowa narada na temat tego, czy kupić skradzione dane. W końcu polski budżet jest nie mniej dziurawy niż niemiecki. Zaległe podatki mogłyby załatać choć część tych dziur. Ale ta cena! Dla naszego resortu jednak sporo. Może coś się uda utargować?

- Takiej oferty nie dałoby się długo utrzymać w tajemnicy - mówi politolog Jarosław Flis. - To dobry i ciekawy temat, który znakomicie nadaje się na pierwsze strony gazet. I błyskawicznie by się na nich znalazł. Nie wyobrażam sobie, aby udało się w tym wypadku utrzymać dyskrecję, dyskutować jedynie w zaciszu gabinetów i w zaciszu gabinetów podjąć decyzję. Tym bardziej że minister finansów odpowiada przed premierem i jego pozycja jest znacznie słabsza niż niemieckiego kolegi. Sprawa zakupu takich informacji szybko stałaby się tematem politycznym. Scenariusz, gdy policja znienacka wkracza do domów biznesmenów i polityków, to po prostu political fiction.

Warszawa, dwa tygodnie później

CD z danymi oszustów podatkowych to główny temat na sejmowych korytarzach i w polskich mediach. Kupić czy nie? A jeśli tak, to za ile? I czy właściwie się opłaca? Czołowi dziennikarze śledczy próbują dotrzeć do hakera i choć liznąć tajemnicy: czyje dane są na tajemniczej płycie? W dziennikach telewizyjnych mnoży się od wyznań inspektorów skarbowych, oczywiście anonimowych, którzy przyznają: tak, kupujemy dane. Od dawna. Urzędy kontroli skarbowej mają na ten cel nawet specjalny fundusz. Skromny, co prawda, ale jednak. Na zakup płyty od hakera znacznie za mały, bo to duża i droga baza danych. A poza tym, jeśli dane kupują, to robią to bez rozgłosu, bo rozgłos ich pracy nie służy.

Przy okazji statystyczny Polak dowiaduje się też, że i on może być na celowniku inspektorów skarbowych. To przecież dobrze zorganizowana służba: 500 analityków, ponad 2 tysiące inspektorów kontroli skarbowej, agenci wywiadu i grupy mobilne. W swoich rękach mają całkiem spore uprawnienia, nie mniejsze niż policja czy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Kupują informacje, podsłuchują, podglądają, przeszukują - wszystko, by odzyskać dla budżetu pieniądze ukrywane przez nieuczciwych podatników.
Oszukiwanie fiskusa to w końcu nasz sport narodowy. Dziennikarze w internetowych przeglądarkach szybko odnajdują raport, który dla Business Centre Club przygotował ekspert organizacji Mirosław Barszcz, kiedyś wiceminister finansów. Zestawione dane bardzo przypominają te z ogarniętej głębokim kryzysem Grecji: szara strefa to jedna czwarta polskiej gospodarki, w całej Unii Europejskiej statystycznie 15 procent. A to oznacza kilkadziesiąt miliardów złotych straty dla budżetu. Budżet oszukują zorganizowane grupy przestępców, oszukują drobni przedsiębiorcy. Oszukują na znacznie mniejsze kwoty, za to systematycznie: pracowników zatrudniają na czarno, "zapominają" nabić transakcję na kasę fiskalną, zakupiony towar czy materiały kupują na zwykły rachunek, zamiast na fakturę VAT, bo mniejsze zakupy to mniejszy obrót i niższe przychody.

- W świadomości Polaków cały czas widać ostatnie 200 lat naszej historii - mówi politolog Paweł Koryś. - Państwo było dla Polaka wrogiem, nie licząc okresu Polski międzywojennej i okresu po 89 roku. My w oszukiwaniu państwa nie widzimy nic złego. Wprost przeciwnie - tym bardziej że widzimy, jak nieefektywnie wydawane są nasze pieniądze, gdy musimy zmierzyć się z państwową służbą zdrowia czy poziomem polskiej edukacji. Często nie mamy świadomości, że oszukujemy samych siebie.

Warszawa, październik 2010

Temperatura politycznej dyskusji, którą media już ochrzciły mianem "afery CD", z każdym dniem rośnie. - Polskim politykom bardzo trudno byłoby znaleźć przekonujące argumenty przeciwko zakupowi takich danych - mówi Jarosław Flis. - Wystarczy powołać się na niemiecki precedens: zaryzykowali, kupili, zyskali. Tym bardziej, że takie informacje kupiły też inne kraje i nie miały z tego powodu wyrzutów sumienia.

Pytania, teoretyczne przecież, o zakup danych nieuczciwych podatników politycy kwitują krótkim zdaniem: jeśli będzie oferta, będziemy się zastanawiać. Analitycy polskiej sceny politycznej są dużo bardziej rozmowni. - Nietrudno wyobrazić sobie potencjalną linię zgody na polskiej scenie politycznej - uważa Piotr Koryś. - Wydaje się, że rządząca partia mogłaby się w tej kwestii porozumieć z PiS. Politycy Prawa i Sprawiedliwości poparliby taki pomysł, bo ta formacja opowiada się za silnym i skutecznym państwem. Chyba że polityków podzieliłaby sama polityka, doraźne interesy.

Postawę rządzącej koalicji trudno jednak przewidzieć w stu procentach. - Reakcja Platformy zależałby od reakcji społeczeństwa - mówi Jarosław Flis. - Politycy najpierw dokładnie przeanalizowaliby sondaże opinii publicznej, zlecili własne, rozważyli potencjalne zyski i potencjalne straty. I wbrew pozorom ważniejsze mogłyby okazać się zyski lub straty wizerunkowe niż zyski budżetu. Zdanie koalicyjnego PSL zapewne zostałoby wysłuchane, ale nic ponadto.

Zapewne ostro zareagowałaby lewica, tradycyjnie broniąca obywatelskiej wolności. - Argumenty lewicy byłyby podobne do tych, których używali niemieccy politycy: taki zakup to paserstwo. Dane oszustów podatkowych ktoś wcześniej ukradł, złamał prawo. To oznacza wchodzenie w układy z przestępcami - mówi Jarosław Flis. I przypomina, że właśnie politycy lewicy byli oskarżani o lokowanie nielegalnych zysków na szwajcarskich kontach. Sprawa do dziś nie została wyjaśniona, bo Szwajcarzy jak dotąd nie odpowiadają na polskie prośby o pomoc prawną.

Warszawa, listopad 2010

Spieszących do pracy przechodniów w witrynach kiosków wita twarz znanego biznesmena. Duża, czerwona czcionka krzyczy: "Oszukał nas na 20 milionów złotych". Poczytny tabloid szczegółowo wylicza, ilu chorych na nowotwory można by wyleczyć, gdyby znany przedsiębiorca zapłacił podatki, ilu rodzinom można by pomóc i metrów autostrady wybudować. - Dla prasy to znakomity temat, który może mieć kilka, kilkadziesiąt odcinków - mówi Jarosław Flis. - Polskich polityków przy zakupie takich danych z łatwością mogłyby ubiec gazety, które mogą sobie pozwolić na taki wydatek. Do sprawy podeszłyby jednak w sposób czysto biznesowy, chciałyby na tych informacjach po prostu zarobić.

Nieuczciwi biznesmeni, politycy i celebryci przez wiele tygodni królowaliby na pierwszych stronach tabloidów. - Problem polskiego państwa polega na tym, że nie zawsze potrafi skutecznie wykorzystać takie informacje - mówi Piotr Koryś. - Prawo podatkowe jest skomplikowane, daje duże możliwości ukrywania dochodów. Brakuje jednoznacznych interpretacji przepisów, a to stwarza duże pole do nadużyć. Z drugiej strony może też pomóc takim nieuczciwym podatnikom wyjść obronną ręką z podobnego skandalu. Do akcji wkroczyliby też specjaliści od PR-u, budowania wizerunku i skutecznego odwracania uwagi. Po kilku, może kilkunastu tygodniach po skandalu z biznesmenami nie byłoby śladu.

Ich szwajcarskie sekrety są więc bezpieczne, a filmowy scenariusz z antyterrorystami to jedynie koszmarny sen.

KATARZYNA NOWICKA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie