Unia Europejska zgadza się na umowę o brexit. Pytanie, czy Brytyjczycy się zgodzą

Witold Głowacki

Wideo

Źródło: RUPTLY

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Weekendowy szczyt Unii Europejskiej teoretycznie daje zielone światło do rozpoczęcia procedury brexit już od 29 marca. W rzeczywistości jednak to, kiedy - i na jakich zasadach - do tego dojdzie, pozostaje jedną wielką niewiadomą.

Unia Europejska zgadza się na umowę z Wielką Brytanią dotyczącą brexit, a szef Rady Europejskiej Donald Tusk uważa to za swój osobisty sukces. Ale wcale nie oznacza to, ze na wynegocjowane przez brytyjską premier Theresę May zgodzi się Izba Gmin. Spodziewany jest tam bardzo mocny opór - zarówno ze strony tych najbardziej antyunijnie nastawionych deputowanych, jak i ze strony zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Już w połowie grudnia w brytyjskim parlamencie przewidziane są głosowania w sprawie zatwierdzenia umowy. Tymczasem dziś brytyjska polityka to jeden wielki chaos - a brytyjska klasa polityczna niemal otwarcie przyznaje, że nie wie, czego tak naprawdę chce. Unia już dawno przestała liczyć na szansę powtórzenia przez Wielką Brytanię referendum w sprawie brexit. Pozycja premier May od miesięcy słabnie. Nie można wykluczyć, że większość deputowanych opowie się przeciwko zatwierdzeniu umowy. Co wtedy?

Unia zarzeka się, że w takim wypadku nie będzie już żadnych negocjacji, żadnej nowej umowy. - To jedyny możliwy deal - mówił po szczycie Jean Claude Juncker, szef Komisji Obywatelskiej. Jeżeli to nie straszak dla brytyjskich parlamentarzystów i Bruksela zamierza tu rzeczywiście dotrzymać słowa, oznaczałoby to, że po ewentualnym fiasku tej umowy, nie będzie już żadnych rozmów. Uruchomiona zostanie natomiast procedura awaryjna - czyli Wielka Brytania zostanie usunięta z Unii bez żadnych umów. To zaś oznaczałoby ogromne kłopoty na przykład dla Polaków (i innych obywateli krajów Unii) mieszkających i pracujących na Wyspach - i ogromne koszty (bo zobowiązania Wielkiej Brytanii co do obecnie obowiązującego budżetu Unii szacowane są na co najmniej 40 mld euro).

- Niezależnie, jak to wszystko się skończy, jedna rzecz jest pewna - pozostaniemy przyjaciółmi do końca świata, a nawet jeden dzień dłużej - mówił po zakończeniu obrad, zwracając się bezpośrednio do Brytyjczyków, Tusk.

Tak naprawdę nawet tego jednak nie wiemy. Tusk ma natomiast oczywiście rację zaznaczając, ze trudno jest przewidzieć, jak będzie wyglądał finał „tego wszystkiego”. Lista problemów jest gigantyczna - spróbujmy się im przyjrzeć.

Jeśli brytyjski parlament nie zatwierdzi umowy o brexit, będzie to bardzo zła wiadomość dla Polaków żyjących na Wyspach

Umowa zakłada, że wychodzenie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej ma rozpocząć się już 29 marca. Od tego momentu zaczyna się okres przejściowy. Wielka Brytania ma pozostawać we wszystkich unijnych strukturach - ale już bez prawa głosu - aż do końca 2020 roku. Do tego momentu musi też płacić unijne składki. Istnieje możliwość przedłużenia tego okresu na kolejne 2 lata - wtedy Wielka Brytania nie byłaby już jednak zobowiązana do płacenia składek.

Umowa dość korzystnie z punktu widzenia np. Polaków mieszkających i pracujących na Wyspach kwestię przyszłych praw obywateli krajów Unii w Wielkiej Brytanii. Wszyscy ci, którzy już tam mieszkają - i ci, którzy osiedlą się na Wyspach do końca okresu przejściowego - mieliby zachować niemal wszystkie dotychczasowe prawa. Podlegać im miałyby również ich dzieci - również te urodzone już po opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię.

Cieszył się z tego na szczycie premier Mateusz Morawiecki. -Umowa brexitowa ma wszystkie elementy, które są dla nas ważne. Od kwestii bezpieczeństwa, poprzez warunki handlowe, po prawa obywateli polskich w Wielkiej Brytanii - mówił Morawiecki. Ale już Jean Claude Juncker stwierdził, że gdyby był Polakiem w Wielkiej Brytanii, to „czułby się sfrustrowany”. Podkreślał też, że jego zdaniem brexitowy szczyt Unii to nie żaden sukces, tylko dzień smutku i żalu.

Tak samo mogą na to patrzeć najwięksi przeciwnicy Unii w brytyjskim parlamencie. Twardych brexitowców w Izbie Gmin zawarte w umowie o brexit rozwiązanie kwestii praw mieszkających w Wielkiej Brytanii obywateli Unii (w tym Polaków) wcale nie cieszy. Pamiętajmy, że referendum ws. brexitu przebiegało w atmosferze zauważalnego wzrostu postaw antyimigranckich w Wielkiej Brytanii - skierowanych przede wszystkim wobec licznych przybyszów z krajów „nowej” Unii, w tym Polski.

Z punktu widzenia tej najbardziej antyunijnie nastawionej części Brytyjczyków ogromnym problemem są też zawarte w umowie o brexicie ustalenia dotyczące tzw „irlandzkiego bezpiecznika”. O co chodzi? Otóż o Irlandię Północną - wciąż pozostającą pod kontrolą Wielkiej Brytanii. Umowa o brexit zakłada, ze nie dojdzie do odtworzenia granicy celnej (ale także regulacyjnej czy tzw VAT-owskiej) między Irlandią a Irlandią Północną. To zaś oznacza, że Brytyjczyczy musieliby albo pozostać de facto w unii celnej z Irlandią - czyli przecież Unią Europejską, albo też dokonać dość daleko idących zmian w statusie Irlandii Północnej. Koncepcja „irlandzkiego bezpiecznika” jest już ze stricte politycznych przyczyn wyjątkowo źle widziana przez brytyjskich unionistów (czyli zwolenników całkowitego wcielenia Irlandii Północnej do Wielkiej Brytanii) - a tymczasem to właśnie ich głosy decydują o większości parlamentarnej dla rządu Theresy May.

Brytyjska klasa polityczna ma też zasadniczy problem z określeniem choćby zarysu planu na przyszłość - już po brexicie. Jak mają wyglądać przyszłe relacje Wielkiej Brytanii z Unią? Gdzie jest miejsce na integrację, a gdzie na powrót do wyspiarskiego izolacjonizmu? Jak ustawić wzajemne stosunki gospodarcze? Tu rząd Theresy May zachowuje się trochę jak rozkapryszone dziecko. W przygotowanej przez ludzi May deklaracji, która miała być ogłoszona jako podstawa negocjacji ws przyszłych umów z Unią Brytyjczycy domagali się np. „niezakłóconego handlu” z UE, jednocześnie zastrzegając sobie prawo do pełnej autonomii ws. umów i regulacji handlowych. Trochę tak, jakby rząd May liczył na to, że Unia zgodzi się na czerpanie przez Wielką Brytanię wszelkich korzyści gospodarczych ze współpracy z Brukselą przy jednoczesnym zupełnym braku zobowiązań ze strony Londynu. Ale tak właśnie wygląda dziś myślenie sporej części brytyjskich torysów - stanowiących większość parlamentarnych „szabel” rządu May. Opowiadają się oni za możliwie luźnymi przyszłymi relacjami z Unią i są całkowicie przeciwni tym obszarom umowy o brexit, w których Wielka Brytania pozostaje objęta choć częścią unijnych regulacji i zobowiązań.

To dopiero grudniowe głosowania w brytyjskim parlamencie powiedzą nam, czy przyjęta przez Unię Europejską wersja umowy o brexit wejdzie w życie. Jeśli umowa nie zostanie zatwierdzona, ruszy procedura już nie wychodzenia tylko wyrzucania Wielkiej Brytanii z unijnych struktur.

Procedura ogromnie kosztowna, grożąca gospodarczym chaosem na wielką skalę i oczywiście będąca tym najczarniejszym scenariuszem dla mieszkających na Wyspach Polaków i obywateli innych krajów Unii.

POLECAMY:

Materiał oryginalny: Unia Europejska zgadza się na umowę o brexit. Pytanie, czy Brytyjczycy się zgodzą - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie