Uosobienie męskości

Redakcja
Fot. Anna Kaczmarz
Fot. Anna Kaczmarz
"Mój drogi Jurku! Ponieważ to jest twoje święto, ponieważ z twojego powodu tutaj zebraliśmy się, to pozwól, że jako stary aktor powiem coś o ...sobie" - rozpoczął swój występ Jerzy Nowak, podczas wieczoru jubileuszowego swego kolegi, Jerzego Grałka, który w Starym Teatrze świętował jubileusz 45 - lecia pracy artystycznej.

Fot. Anna Kaczmarz

Poczet aktorów krakowskich: JERZY GRAŁEK

- "Dla aktora najważniejsze jest na scenie partnerstwo. Zagraliśmy razem w wielu przedstawieniach. Zawsze byłeś znakomitym partnerem, jak w "Cenie" Millera, kiedy grałeś Policjanta. Za to twoje sceniczne słuchanie, za twoje znakomite i smaczne partnerstwo, jak dobrze zmrożona wódka - chwała ci" - dodał Jerzy Nowak wywołując wzruszenie u Jubilata i salwy śmiech wśród publiczności, która zgromadziła się w pięknej, secesyjnej Sali im. Heleny Modrzejewskiej w Starym Teatrze. Komplementów tego wieczoru Jubilat nasłuchał się wielu. Trudno się dziwić: wygląda znakomicie, silna postawa, czarujący uśmiech jakże współgrający z siwizną czupryny. Stąd też Elżbieta Bińczycka, gospodyni wieczoru, takimi słowami powitała Jubilata: "W naszym dzisiejszym świecie coraz mniej jest słabych kobiet i coraz mniej silnych mężczyzn. Przed Państwem stoi uosobienie męskości: Jerzy Grałek". - A ja mogę państwa już dziś zaprosić na mój kolejny jubileusz, będzie niedługo. I wówczas też będę mógł powiedzieć jak dziś: oto nadszedł dzień, którego jeszcze wczoraj tak się bałem - mówił kokieteryjnie aktor, a potem już zaczęły się wspomnienia. Uzupełniał je film, który składał się z ważniejszych ról teatralnych i filmowych aktora. A uzbierało się tego w ciągu 45 lat nie mało.

Najpierw, dla urodzonego w Sosnowcu młodego Jerzego był Śląski Teatr Lalki i Aktora "Ateneum" w Katowicach, teatry w Bydgoszczy, Olsztynie, Wrocławiu, a do Krakowa przywędrował dopiero w 1974 roku. Aż wierzyć się w to nie chce, gdyż Jerzego Grałka nierozerwalnie kojarzymy z naszym miastem. - Kraków był moim wielkim marzeniem. Kiedy przyjeżdżałem tutaj do siostry to byłem zauroczony tym miastem. Marzyłem o nim a jednocześnie myślałem: Może jestem za mały i za słaby na to miasto? Od kolegów słyszałem, że w Krakowie przebić się i zaistnieć jest bardzo trudno.

Okazało się, że nie aż tak, skoro Jerzy Grałek od 36 lat nie opuszcza naszego miasta, ba, stworzył w nim wiele ważnych i znaczących ról. A wcześniej były elbląskie sukcesy, tamtejsza publiczność mogła oglądać młodego aktora w klasycznym repertuarze - był Edypem, Makbetem, grał także we współczesnym dramacie amerykańskim. Potem był Wrocław, skąd wydobyła go Krystyna Skuszanka, która właśnie Wrocław opuszczała i obejmowała dyrekcję Teatru im Słowackiego. - Obejmowała wówczas teatr wraz z mężem, Jerzym Krasowskim. Obiecywała wiele i obietnic dotrzymała. Zadebiutowałem w "Słowackiego" tytułowym Sułkowskim, potem był Kościuszko, Zbigniew w "Mazepie", Astrow w "Wujaszku Wani", Hamlet. Nieźle mi się wiodło.

Jerzy Grałek, zwany przez niektórych kolegów "aktorem fundamentalnym", bo zawód traktuje ze śmiertelną powagą i role przyszło mu grać dramatyczne, przez wiele lat specjalizował się w postaciach bohaterów romantycznych i królów. Gdy spytałam, czy nie doskwierał mu taki aktorski monolit odrzekł: Kiedy byłem młody inaczej niż dziś podchodziłem do aktorstwa. Kiedyś sięgałem bardziej w głąb, interesowało mnie aktorstwo psychologiczne, którego te role wymagały. Od wielu lat interesuje mnie aktorstwo szybkie: z psychologiczną mapą w głowie z jednej strony, ale też penetrujące, analizujące wszystko to, co z otoczenia na nią się składa. Ten typ postrzegania zaczął się od współpracy z Andrzejem Wajdą - szybkie aktorstwo skomponowane poprzez wyselekcjonowane środki wyrazu. Natomiast precyzyjnego tkania roli nauczyłem się w czasach współpracy z Rudkiem Ziołą, z którym po raz pierwszy spotkałem się przy realizacji "Psiego serca". U Rudka zagrałem kilka najważniejszych moich ról: Bormentala w "Psim sercu", Abłaputa w "Onych" a potem już w "Starym" Sąsiada w "Reformatorze", w "Śnie nocy letniej" i w "Republice marzeń". Wtedy tez poczułem i zrozumiałem na czym polega aktorstwo charakterystyczne.
Zanim aktor przeszedł do "Starego" gdzie zagrał jedną ze swoich najzabawniejszych ról trzeba wspomnieć o jego Adamie Chmielowskim w "Bracie naszego Boga" Karola Wojtyły, spektaklu reżyserowanym przez Krystynę Skuszankę. Wokół tej prapremiery był duży medialny rozgłos, a uświetniła ją obecność wielu znakomitych gości z kardynałem Franciszkiem Macharskim na czele. - Tej pracy towarzyszył niezwykły duch. A na przedstawieniach odbywało się istne szaleństwo. Któregoś dnia zobaczyłem gigantyczną kolejkę po bilety przed kasą i klęczącego mężczyznę błagającego o wejście dla całej rodziny. Przyjechali gdzieś z drugiego końca Polski. Oczywiście dostali miejsca.

Kiedy Jerzy Grałek przeszedł w 1986 roku do Starego Teatru na dzień dobry udowodnił, że potrafi grać nie tylko ciężkie, psychologiczne role, że nie tylko potrafi być amantem i herosem, ale również potrafi bawić, ma bowiem niebywałą vis comica. Jego Nedostal w "Wiośnie narodów w cichym zakątku" Tadeusza Bradeckiego wywoływał lawiny śmiechu na widowni a aktor był obsypany nagrodami.

Jerzy Grałek twierdzi, że nasza przed laty rozmowa przyniosła mu szczęście, bowiem zwierzył się w niej, iż marzy o roli komediowej. Niedługo potem marzenie spełniło się. I to jak! Aktor został zaproszony do roli Shylocka w Szekspirowskim "Kupcu weneckim" realizowanego w Kork, w Irlandii. Tak wspomina ten czas w jednym z wywiadów: "Po raz pierwszy wyjechałem do Irlandii, po raz pierwszy grałem w teatrze po angielsku i to od razu w sztuce Szekspira i po raz pierwszy dostałem tak entuzjastyczne recenzje. Pat Kiernan, reżyser spektaklu uznawany jest za jednego z najlepszych irlandzkich reżyserów. To wszystko miało niesamowity rozmach, bo akcja poszczególnych części dramatu rozgrywała się w różnych miejscach; publiczność wraz z aktorami przenosiła się m.in. przed fronton starej destylarni i główny budynek sądu". "Shylock Grałka jest najbogatszym i najpełniejszym wcieleniem tej karkołomnej roli, jaką kiedykolwiek oglądałem - pisał Liam Heylin w dzienniku "Evening Echo".

Szekspir był dla aktora od początku szczęśliwy. Jego Poliksen w "Opowieści zimowej", Hamlet i Klaudiusz w "Hamlecie", Macduf w telewizyjnym "Makbecie" - to były role udane i uznane.

Jest wierny teatrowi, choć w filmie pojawia się i ma na swym koncie kilka znaczących postaci: od Piotra w "Na srebrnym globie" Żuławskiego, poprzez Wojskiego w "Panu Tadeuszu" Wajdy, kończąc na "Starym człowieku i psie" - pożegnalnym filmie Witolda Leszczyńskiego. W 1995 roku zagrał główną rolę w "Świcie na opak", reżyserskim debiucie Sophie Marceau, wystąpił także w "Triumfie ducha" Roberta M. Younga z Willemem Defoe, w "Plot to kill Stalin" Tima Robinsona czy w niemieckich "Światłach" Christiana Schmidta. O negocjacjach przed przystąpieniem do pracy nad rolą boksera tak opowiadał na jubileuszu: Zagrałem w "Triumfie ducha". Poproszono mnie na zdjęcia do filmu reżyserowanego przez Jounga. Akcja rozgrywała się w Oświęcimiu. Pomyślałem: A cóż ja tam mogę robić, skoro wówczas ważyłem ze sto dwadzieścia kilo. Okazało się, że mam zagrać ukraińskiego, zawodowego boksera, obozowego kapo, który dla Niemców rozgrywa walki. Musiałem nauczyć się boksu. I nauczyłem się - przez trzy miesiące pod okiem trenerów: Zbyszka Pietrzykowskiego i Staszka Dragana. Na koniec przyjechał na plan Teddy Atlas, były trener Mike'a Tysona i ustawił nam, tzn. głównemu bohaterowi i mnie precyzyjnie całą walkę. Ale najpierw były negocjacje. Dzwoni do mnie ktoś z produkcji. "Panie Grałek, proponujemy 250 tyś złotych. Rola ciekawa. Proszę się zastanowić, zadzwonię za kilka dni. To była stawka, oczywiście na stare pieniądze, jak za dużą rolę w polskim filmie. Zadzwonili. "I co pan na to?" - "Trzy miliony" - odpowiadam. - "Jutro przyjadę, pogadamy" - słyszę odpowiedź. Następnego dnia czekam, nawet rodzinę wyprosiłem na spacer. Dzwonek. Otwieram, a w drzwiach stoi Lew Rywin. - "400 tysięcy i 500 dolarów - pada propozycja. Biorę kalkulator, liczę. - "Nie ma trzech milionów" - mówię. - "No to 600 dolarów" - słyszę. - "Nie ma trzech milionów" - liczę. - "No to 700 dolarów!. - "O tak, teraz ok" - powiedziałem zadowolony.
Wielką pasją Jerzego Grałka jest również pedagogika, po prostu uwielbia uczyć i kontakt z młodymi.

Uwielbia też swoje podtarnowskie rancho, gdzie jest gospodarzem całą gębą. W pięknym domu jest piec chlebowy, przez okno widać stawy rybne a nieopodal las. Jest też bryczka i są konie - wielka miłość aktora. - Konno jeżdżę od pierwszego roku szkoły teatralnej, czyli od ponad czterdziestu lat. Był taki czas, że sporo grałem w filmach, gdzie wykorzystywano moje umiejętności. Będąc w olsztyńskim teatrze jeździłem nawet w konkursie klasy "L" - skoki z przeszkodami. Z kolei we Wrocławiu urządzaliśmy z kolegami rajdy konne: kilkanaście osób, konie, landa i wyruszaliśmy w drogę, w piękne tereny ziemi lubuskiej. Pozostały mi stamtąd do dziś serdeczne przyjaźnie.

Nie tylko przyjaźnie, także ogromna wiedza. To od pana Jerzego dowiedziałam się, kim jest zaklinacz koni. - To facet uczący rozmowy konia z jeźdźcem. Bo z koniem można dogadywać się pełnymi zdaniami, przekonywać go perswazją do tego, by wiedział, kto w tym tandemie rządzi. Z moją Cegłą dogadujemy się, wic polega na tym żebym jej podczas jazdy nie przeszkadzał. Zresztą o koniach moglibyśmy jeszcze bardzo długo rozmawiać, bo też koń w moim czterdziestopięcioletnim życiu zawodowym znaczył i nadal znaczy bardzo dużo.

Kiedy przed laty Jerzy Grałek przygotowywał spektakl "Jesienin" spotkałam się z aktorem, by o tym porozmawiać. Nie sądziłam, że w tym silnym, wydawać by się mogło bardzo twardym mężczyźnie jest tyle liryzmu. - Poezję Sergiusza Jesienina mam w sercu od ponad trzydziestu lat. Ta poezja jest krwią palca pisana, również w sensie dosłownym, bo poecie na ostatnie strofy zabrakło już atramentu. Ona jest liryczna i karczemna, a przez to tak bardzo prawdziwa. Wynikała z prawdziwego bólu, przerażenia, radości i namiętności. Jesienin cierpiał, kochał, zmagał się ze sobą i światem. Jego wiersze pochodzą z głębi serca i duszy, pewnie dlatego, że był człowiekiem do końca.

Po czym usłyszałam lirycznie, ciepło powiedziany czterowiersz poetyckiego pożegnania: "Żegnaj przyjacielu do widzenia/ Drogi mój, od krwi serdecznej bliższy/ Ta rozłąka w ciemnych przeznaczeniach/ obietnicą połączenia błyszczy./ Żegnaj bez uścisku dłoni i bez słowa/ nie martw się, cień smutku z czoła przegoń./ W życiu ludzkim śmierć to rzecz nie nowa./ A i życie samo nic nowego".

Gdy spytałam aktora, co w jego zawodzie jest najważniejsze odpowiedział: Miłość. Reszta jest bardzo prosta: wystarczy mieć dobrą aparycję, porządną dykcję i grać przyzwoicie.

JOLANTA CIOSEK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie