Uzbrojona w garnitur dyrektora

Katarzyna Kachel i Urszula Wolak
Nie kryje, że kiedy dawniej załatwiała jakieś sprawy dla muzeum, potrafiła wykorzystywać swe kobiece atuty
Nie kryje, że kiedy dawniej załatwiała jakieś sprawy dla muzeum, potrafiła wykorzystywać swe kobiece atuty Fot. Andrzej Banaś
Udostępnij:
Zaniedbała męża, nie sprawdziła się również w roli matki. Stanowcza i wymagająca jako dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie, zjednywała i zrażała zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Szczere słowa uznania kierowane pod jej adresem mieszają się dziś z bąbelkami szampana otwieranego na cześć jej odejścia. Kim jest i jaką cenę płaci Zofia Gołubiew, rządząca jedną z największych instytucji kultury w Polsce?

Nie dzieli świata na męski i żeński, choć mogłaby stać się ikoną wielu feministek. Nie uznaje też słowa "kariera", mimo że wzorcowo wspinała się po jej szczeblach od szeregowego pracownika Muzeum Narodowego w Krakowie po jego dyrektora. Pierwsza negacja to sprawa ideologii, druga jest wyrazem podejścia do swojej pracy. Zofia Gołubiew swą czterdziestoletnią drogę w Muzeum Narodowym określa słowem "służba".

- To nawet coś więcej: misja. Kolejne szczeble? Nigdy o nie nie zabiegałam - mówi. Im wyżej stała w hierarchii i im więcej mogła, tym mniejszy miała apetyt na władzę. Brak ambicji? - To nie tak. Czułam coraz większą odpowiedzialność - tłumaczy.

Połączenie: misja i Zofia Gołubiew nie bardzo pasuje Maszy Potockiej, szefowej Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (MOCAK). Dla niej to po prostu mocna kobieta, która zrobiła karierę, z powodzeniem kierując największym muzeum w Polsce. Na dodatek osoba, która nie spadła na to stanowisko z nieba. Powinna teraz napisać książkę, jak rządzić z sukcesem, bo może się przydać jej następcom.

Kobieta w dżinsach
Dyrektor Gołubiew nigdy nie zapomniała o tym, że jest kobietą, choć wiele razy musiała podejmować męskie decyzje. I te momenty były trudne. Nie dotyczyły jednak spraw związanych, jak można by podejrzewać, ze słynnym obrazem Damy z Gronostajem.: - Były to na przykład decyzje personalne, równie kluczowe i fundamentalne dla muzeum.

"No trudno, mój panie, moja pani, musimy się rozstać". Jak to powiedzieć swojemu pracownikowi prosto w twarz? Nie było lekko. I może właśnie dlatego, że nie potrafiła drastycznie zmniejszyć swej muzealnej załogi, żegna się ze swoim stanowiskiem.

Takie rozmowy łatwiej chyba przychodzą mężczyźnie. - Musiałam więc go w sobie odkryć - opowiada.

Płeć nie była dla niej natomiast żadną przeszkodą w prowadzeniu rozmów na tak zwanym szczycie. - Bo gdzie on tak naprawdę jest? - zastanawia się Gołubiew. - W ministerstwie? Nie ukrywam, że jako kobieta i dyrektor dbałam o jak najlepsze relacje z kolejnymi ministrami, jak również szefami departamentów. Ale rozmawiałam z nimi normalnie, przecież to też po prostu ludzie.

Nie kryje jednak, że kiedy dawniej załatwiała sprawy dla muzeum, potrafiła wykorzystywać swe kobiece atuty. - Jasna sprawa! Używałam również wdzięku. Teraz może trudno sobie to wyobrazić, ale kiedyś latałam w dżinsach, nosiłam kwiaty we włosach. Bywało, że brałam pół litra i szłam z tymi kwiatami i wódką do drukarni, prosząc o wydrukowanie katalogu - opowiada.

W PRL-u trzeba było "sposobu". A władza zwykle należała do mężczyzn. I, co ważne - była czuła na kobiece wdzięki. Wykorzystywała je więc nie tylko wtedy, gdy w grę wchodziły sprawy muzeum, ale i wówczas, gdy górę brały jej społecznikowskie zapędy. - Byłam zacięta, nie miałam żadnych obiekcji - przyznaje. - "Prezes", "dyrektor", "przewodniczący" - kim oni dla mnie byli? Nikogo się nie bałam, żadne tytuły mnie nie paraliżowały.

Drzemiąca w niej buntowniczka już nie przejmuje nad Zofią Gołubiew kontroli. Od dawna nie może sobie na to pozwolić. Dyrektorowi nie wypada. Stanowisko obliguje. - Bardziej przypomina to jednak wchodzenie w garnitur - zaznacza dyrektor. - "Przebieranie się" w panią dyrektor.

Na co dzień nie bywam tak sztywna. Zasadnicza. Tylko zwyczajna. Śmieszą mnie wszelkie nadęcia, drobnomieszczańskie konwenanse, pozy, przybieranie min, próby dostosowania się do tzw. wyższego poziomu. Mówią, że w Krakowie, jak nie jesteś profesorem, to masz - jak wyraża się młodzież - "przegwizdane". I to prawda. Takie sytuacje przywodzą mi na myśl sceny ze starych filmów, w których zawsze musi być "pan radca", "padający do nóżek" i "całujący rączki".

Tak jak na rysunkach Tadeusza Kantora, znanych pod wspólnym tytułem "Ci poważni panowie". Cykl tworzy galerię napuszonych, poważnych mężczyzn, w krawatach i garniturach, ale... z gołymi tyłkami. Patrząc na nie, Zofia Gołubiew nieraz myślała: "To również moje obserwacje".

Mówi:- Jednocześnie mam wielki szacunek dla dokonań wielu ludzi. Uczonych, którzy są prawdziwymi autorytetami, mają naukowe osiągnięcia, ale ich każde działanie jest etycznie bez zarzutu. Cenię w innych mądrość plus moralność, nie tylko wykształcenie. Jedynie artyści, zwłaszcza muzycy, zostają z tej grupy przeze mnie wyłączeni. Znaczenie ma ich twórczość, talent, możliwości, ich wirtuozeria. Mają wzruszać i zachwycać.

Tego, że garnitur pani dyrektor bywa dla Zofii Gołubiew uwierający, nie sposób ukryć. - To kwestia charakteru, którego żadna konwencja nie jest w stanie stłumić - zwraca uwagę Olga Jaros, pełnomocnik dyrektora MNK ds. wystaw, wydawnictw i promocji.

- Próbuję sobie wyobrazić, jak pani Zofia Gołubiew wkłada na siebie sztywny dyrektorski garnitur, ale cały czas odpada jej jakiś guzik. Wszystko dlatego, że jest osobą, która nie ma w sobie nic z męskiego technokraty. Zachowuje przy tym pełen profesjonalizm i klasę. To dyrektor, która pozostała kobietą z całym obciążającym ją, ale też i przydatnym, bagażem emocji.

Siłę słabej płci dostrzega i Masza Potocka. Podkreśla, że kobiety wcale nie mają gorzej na wysokich stanowiskach. Prócz uzbrojenia, porównywalnego do mężczyzn, mają swoje sposoby i umiejętności.

Nie zawsze. Takie jest przynajmniej zdanie profesor Teresy Grzybkowskiej, historyka sztuki. - Kobiety spotykają się z protekcjonalnym zachowaniem mężczyzn i codziennie muszą udowadniać, że są od nich nie dwa, a dziesięć razy lepsze - twierdzi Grzybkowska i uzupełnia żartobliwie, że w praktyce nie jest to jednak wcale takie trudne.

Jej zdaniem, Zofia Gołubiew musiała pokonywać i takie przeszkody. Przełamywała je jednak urokiem osobistym, który zawsze szedł w parze ze stanowczością i dążeniem do celu: - Nie bez przyczyny mówi o sobie, że jest fighterem, czyli wojownikiem.

Nie jestem autorytetem
Odpowiada szybko i ostro. - Bo i w czym? - pyta. Po chwili zastanowienia dodaje: - Może jednak w jednej sprawie: moją siłą jest duże doświadczenie jako muzealnika. Nie wiedza z książek, a wyniesiona z życia. Podręczniki o zarządzaniu nic nie mówią o sytuacjach trudnych, nieszablonowych, gdy naprzeciwko siada człowiek z wielkim, osobistym problemem lub gdy ktoś zachowuje się po prostu niegodziwie.

Wyznaje zasadę, że każdemu trzeba okazać szacunek. Bez względu na pozycję. Słuszność takiej postawy potwierdzają różne historie.

- Opowiadał mi były dyrektor, że kiedyś pewna pracownica z entuzjazmem i dumą wręczyła mu ciężki złoty medal, który sprzątając znalazła za szafą. Był litego złota, a jego wartość w tamtych czasach zapewne niebagatelna. Zwłaszcza dla kobiety, która zarabiała około 800 złotych. Ale ona nie przywłaszczyła go sobie, lecz oddała szefowi. To pokazuje, jak ważna jest lojalność, przywiązanie do muzeum. To zasługuje na duży szacunek - przywołuje zdarzenie Zofia Gołubiew.

Takimi ludźmi zawsze chciała się otaczać. Oddanymi swojej pracy bez reszty, utożsamiającymi się z instytucją. Co nie znaczy, że nie ma wrogów. - Niektórym przeszkadzają jej zapędy dyktatorskie, innym klasa, czasami chłód. W tak dużej instytucji nie sposób być kochanym przez wszystkich. Podobno w dniu decyzji minister Małgorzaty Omilanowskiej o odwołaniu Zofii Gołubiew, część pracowników otwierała szampana i świętowała- opowiada jeden z pracowników muzeum.
- Wśród nich wielu takich, których drażniła jej aktywność, chęć zmieniania, ulepszania - dodaje nasz anonimowy rozmówca.

- Nie chce spocząć na laurach, zatrzymać się na pewnym status quo. Cały czas poszukuje. To cecha typowa dla młodych umysłów, które zatrzymać może jedynie poprzeczka nie do przeskoczenia - mówi Olga Jaros.

Profesor Teresa Grzybkowska nie chce mówić o przeciwnikach Zofii Gołubiew w chwili, gdy odchodzi ze stanowiska. - Istnieją. Dyrektor odznaczający się tak silną indywidualnością nie mógł tego uniknąć. Ale plusy wynikające z jej osiągnięć organizacyjnych i liczne sukcesy wystawiennicze przeważają szalę na korzyść dobrych ocen - uważa profesor Grzybkowska.

Poświęcenie
Nigdy w ten sposób nie myślała. Nie lubi słowa "poświęcenie". Ostatnia decyzja minister kultury Małgorzaty Omilanowskiej skłoniła ją jednak do dokonania bilansu. Dziś stwierdza: - Tak! Poświęciłam muzeum swoje życie. Całe czterdzieści lat. Kiedy słyszę od córki: "Zaniedbałaś mnie, zaniedbałaś wnuki", wiem, że ma rację. Wiem więcej - zaniedbałam także swojego męża.

Nie żałuje, choć czasami miewa wyrzuty sumienia. Taką jednak wybrała drogę. - Swoją pracę traktowałam jak kreację, choć nie tworzyłam dzieła sztuki, ale kształtowałam muzeum, korzystając z jego zasobów, cennych zbiorów, świetnych specjalistów, interesujących wyzwań - wymienia dyrektor Gołubiew. - Mam poczucie spełnienia, które jest także zasługą wielu moich współpracowników. Osób, które mi pomagały, wspierały, były życzliwe. Dodawały sił.

Dlatego słowo "poświęcenie" chętnie zastępuje słowem "służba", a może "przeznaczenie"? By je realizować, porzuciła między innymi marzenia o karierze naukowej, doktoracie z historii sztuki, który był w zasięgu ręki. Dziś pisze jedynie "dyrektorskie" teksty do katalogów, no i... felietony do "Dziennika Polskiego".

Ani kolta, ani gorsetu nie nosi
Jest twarda. Potrafi podejmować trudne, kluczowe decyzje, nawet takie, z którymi nie zgadzają się jej najbliżsi współpracownicy. Zawsze jednak ponosi za nie pełną odpowiedzialność. Ale, jak twierdzą współpracownicy, posiadła również umiejętność słuchania innych.

- Zdarzały mi się jednak i nadal się zresztą zdarzają momenty bezradności, bezsilności - kiedy staję w obliczu niegodziwości. Mój mąż twierdzi, że jestem naiwna i zbyt ufna, więc łatwo mnie oszukać - nie ukrywa Zofia Gołubiew .

- Chyba jestem mało inteligentna, skoro nie uczę się na błędach, nie wyciągam wniosków z przykrości, których doświadczyłam od ludzi. Wobec intryg stoję bezradnie, jak i wobec kłamstwa prosto w oczy. Jak mówi młodzież: "wymiękam". Potrafię jednak walczyć. Mam w sobie jakąś moc. Skąd? Tego nie wiem. Może daną mi przez Pana Boga, może to kwestia wychowania? A może to świadomość, że działam nie dla siebie, lecz dla sprawy?

Zofia Gołubiew nie kryje, że w młodości namiętnie oglądała westerny, przeżywając fascynację dzielnymi kowbojami. - Stającymi samotnie przeciw wszystkim, wobec szalejącego zła, w świecie, w którym jednak dobro zawsze zwyciężało! Pewnie stąd ta moja potworna naiwność - stwierdza.

Tyle że Masza Potocka w tę naiwność i opowieści, że Zofia Gołubiew nie zna się na ludziach i nie potrafi ich ocenić, nie wierzy. Choćby dlatego, że znała kilku dyrektorów o takich cechach. Bardzo szybko musieli się pożegnać ze stanowiskiem. Zofia Gołubiew do nich z pewnością nie należy. Nie mylą się ci, którzy porównują ją do Margaret Thatcher, choć niekoniecznie może to być komplement.

Dyrektor Potocka widzi w niej silną, skuteczną i stanowczą osobę, która dobrze wie, czego chce. - Ale potrafi zaufać - przekonuje Olga Jaros. - I każdemu, na samym początku, daje ogromny kredyt zaufania. Później trzeba już na to zaufanie solidnie pracować.

Pani dyrektor nie chodzi w skórzanych spodniach, jak jej ukochani kowboje. -Nie mam kolta w kaburze, lassa też nie używam. Daleka również jestem od zakładania gorsetów i halek, w których swe wdzięki na ekranie prezentowały piękne kobiety z westernów - zapewnia. - Zawsze imponował mi męski świat i to on wydawał mi się ciekawszy. Wychowałam się ze starszym bratem, którego podziwiałam, dlatego wspinałam się po drzewach, grałam nieźle w piłkę, cymbergaja, tak zwane pikuty, czyli noże no i w "zośkę". To z powodów oczywistych. Imię zobowiązywało! Kapkowałam świetnie!

Nowy początek
Dzień, w którym - po czterdziestu latach pracy - opuści Muzeum Narodowe w Krakowie, będzie świętem. 1 stycznia 2016 roku wyjedzie. Jak przyznaje; w daleką podróż. Z mężem.

***

Zofia Gołubiew (ur. 20 kwietnia 1942 w Krakowie). Ukończyła studia w zakresie historii sztuki na UJ. Zawodowo związana z krakowskim Muzeum Narodowym. Była redaktorem wydawnictwa (od 1974), następnie kierownikiem działu nowoczesnego polskiego malarstwa i rzeźby (od 1980) oraz zastępcą dyrektora ds. naukowych i oświatowych (od 1996). W 2000 powołano ją na stanowisko dyrektora.
Urzędująca do 31 grudnia 2015 roku dyrektor MNK zabiegała o przedłużenie jej kadencji o rok, by móc ukończyć realizację kilku ważnych projektów, m.in. budowy pawilonu Józefa Czapskiego i organizacji wielkiej wystawy z okazji Światowych Dni Młodzieży. Prośba ta nie została jednak przez minister przychylnie rozpatrzona.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

e
ela b.
a olenka nie pisze czasem o klimacie w muzeum w wieliczce?
p
po karierze ?
Spojrzcie i analizujcie karierowiczki .
G
Gość
Niektóre kawiarnie płoną!
O
Olenka
Pani Gołubiew - owszem - zrobiła karierę :zawsze potrafiła się podczepić pod aktualnie rządzącą opcję polityczna. Teraz też należy się obawiać, że przyczaiła się , doczeka do wyborów i u opcji politycznej która wybory wygra będzie się ubiegać o przywrócenie na stanowisko przedstawiając się jako "ofiara" przeciwnej opcji politycznej.
Pani Gołubiew zrobiła karierę za wszelką cenę : tą cena było obniżenie poziomu merytorycznego Muzeum - bo zwalniała z pracy wszystkie jednostki twórcze i kreatywne. Ci którym udało się przetrwać do dzisiaj - musieli ukrywać swoje 'możliwości intelektualne" bo sekowana była wszelka twórcza działalność.
Pani Gołubiew zamiast angażować potencjał intelektualny pracowników Muzeum w przygotowywanie ważnych wystaw problemowych takich jak za czasów jej poprzedników "Polaków portret własny" - zeszła do poziomu pokazywania wystaw objazdowych + bezpiecznych bo już wypróbowanych gdzie indziej, Czyli jakość działań merytorycznych muzeum za jej rządów przeszła w ilość. Oczywiście medialnie to były sukcesy - bo rozbudowany do rozmiarów monstrualnych dział promocji dbał, żeby to był "kolejny sukces" pani Gołubiew" . I tu uwaga : promowane były sukcesy pani Gołubiew a nie Muzeum - bo tak naprawdę dział promocji miał za zadanie promowanie panią Gołubiew. ( ciekawym doświadczeniem będzie też analiza składu osobowego osób zatrudnianych w dużych ilościach w tymże dziale promocji) Od objęcia przez panią Gołubiew stanowiska pojawiły się problemy w komunikacji z Fundacją Książąt Czartoryskich i jej osoba jest głównym powodem trudności w porozumieniu co skutkuje nieudostępnianiem tego Muzeum Publiczności, Remont Sukiennic przyniósł co prawda poprawę standardu toalet i udostępnił kawiarnię ale spowodował zmianę profesjonalnie przygotowanej ekspozycji, dopracowanej merytorycznie i wysmakowanej estetycznie - na na ekspozycję przygotowana o czym mówi wielu specjalistów - źle. Wieloma ważnymi obrazami które powinny być udostępniane publiczności w Muzeum - pani Gołubiew udekorowała pałac prezydentowi Komorowskiemu ( a czemu to niech się każdy co myśli samodzielnie domyśli ;-) ). Pani Gołubiew trzymała przez lata pracowników na głodowych pensjach pomimo, ze ministerstwo przysyłało pieniądze na podwyżki. Zwalniała ludzi ( poza rozdmuchiwanym działem promocji ) a pozostali wykonywali za minimalna płace pracę nawet 3 pracowników pod groźbą wyrzucenia " na bruk" . Pani Gołubiew zatrudnia natomiast tłum wicedyrektorów i osób o kompetencjach wicedyrektorów - co jak głosi wieść wywiedziona z doświadczenia lat poprzednich - było na kogo zwalić odpowiedzialność jakby gdzieś coś było nie tak.
W Muzeum pani Gołubiew prowadziła mobbing pracowników, promowała donosicielstwo i z upodobaniem zarządzała "przez konflikt" . pani Gołubiew pracowicie niszczyła zaufanie pracowników do Instytucji odbierała im radość i sens ich pracy - sprowadzała do roli roboli którym się rzuca okruchy a w każdej chwili można zadeptać ( słowa jednego z pracowników ) Wreszcie Minister do której docierały liczne i coraz bardziej dramatyczne sygnały - powiedziała DOSYĆ.
Odbudowywanie Muzeum jako instytucji o wysokim poziomie merytorycznym a jednocześnie przyjaznej pracownikom ( nawet nie aż tak wiele, ale sprawiedliwej wobec pracowników traktujących ich po ludzku ) - potrwa - bo spustoszenia są wielkie.
Oby nowy dyrektor przywrócił Muzeum Narodowemu w Krakowie role wzbitej instytucji kultury zamiast zaopatrzonego w liczne kawiarnie i toalety ,) tu brawo bo toalety potrzebne,) domu kultury dla dzieci ) przy calszym szacunku dla domów kultury i dzieci )
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie