W 20 dni dookoła Polski

Redakcja
Stanisław Pawlikowicz, kolarz-samotnik, długodystansowiec, powrócił właśnie z dwudziestodniowej podróży wzdłuż granic Polski. W niecałe trzy tygodnie pokonał blisko 3000 kilometrów. Był to jego samotny protest przeciwko narkotykom, takie hasło umieścił na plecach kolarskiego trykotu. Teraz marzy o wyprawie do... Pekinu.

JADOWNIKI. Cudowna podróż Stanisława Pawlikowicza

   O Pawlikowiczu pisaliśmy już w "Dzienniku Polskim" w wydaniu z 5 maja tego roku. Wtedy objechał całą Polskę w siedem dni pokonując 1400 kilometrów. Już wtedy zapowiadał podróż wzdłuż pasa granicznego Polski i słowa dotrzymał. W planie miał pokonanie w ciągu 30 dni dystansu wynoszącego dokładnie 3683 kilometry. Niestety, niesprzyjająca aura i grypa zweryfikowały nieco te plany. Jednak blisko 3000 kilometrów w ciągu 20 dni to nie lada wyczyn. Warto podkreślić, że podczas całej podróży nie przydarzyła mu się ani jedna poważna awaria, nie licząc jednej "gumy". Rower i całe oprzyrządowanie przygotował Łukasz Winczakiewicz z Jadownik.
   Wyruszył z Jadownik w kierunku wschodnim, pokonując codziennie od 100 do 190 kilometrów. Ten najdłuższy odcinek zaliczył na trasie Włodawa - Bielsk Podlaski. Całą trasę ma jak zwykle udokumentowaną. Jest to czwarta dłuższa wyprawa Pawlikowicza. Zawsze zabiera z sobą gruby zeszyt, w którym odnotowany jest każdy postój potwierdzony pieczęcią sklepu, stacji paliw, urzędu pocztowego - zależy dokąd trafi. Ma też z sobą bogatą dokumentację fotograficzną - przez 2 lata (tyle czasu zajmuje się wyczynowo kolarstwem) uzbierało się ponad 200 fotografii, można by z tego przygotować ciekawą wystawę. Najczęściej fotografuje się na tle tablic z godłami miast (tzw. witaczy).
   Najczęściej zatrzymywał się na stacjach paliw lub w ich okolicach.
   - Nigdy nie miałem problemów na stacjach paliw. Raz tylko, przy wjeździe do Zielonej Góry, zostałem źle potraktowany, a wtedy najbardziej liczyłem na pomoc. To właśnie tam złapałem "gumę". Zamiast pomóc, po prostu mnie przepędzono. Ale najczęściej ludzie na stacjach są życzliwi. Czasem wskażą miejsce, gdzie można przenocować, czasem poczęstują czymś do jedzenia - _opowiada Pawlikowicz.
   Tak było nas przykład w Nowym Dworze Gdańskim, gdzie spotkał niemal krajana, mężczyznę mieszkającego niegdyś w Koszycach Wielkich. Rodak zainteresował podróżnikiem z Jadownik miejscową prasę. Tak poznał sympatyczną Kasię piszącą dla "Dziennika Bałtyckiego", z którą wstępnie umówili się na wspólną podróż dookoła morza Bałtyk.
   - _Gdyby nic z tego nie wyszło, to wyruszę sam do Pekinu. Jestem gotów zainteresować tym pomysłem poważnego producenta rowerów, który byłby w stanie przygotować bezkolizyjny i bezawaryjny pojazd. Na takim rowerze do Pekinu dojechał kiedyś pewien Anglik, który wyruszał z Londynu. To była świetna reklama dla firmy, która przygotowywała sprzęt.

   Podczas ostatniej podróży udzielił Stanisław mnóstwo wywiadów. Była Gazeta Kołobrzeska, Dziennik Giżycki i wiele gazet o zasięgu lokalnym. Człowiek przemierzający dziennie blisko dwie setki kilometrów, sypiający cztery godziny na dobę, najczęściej pod gołym niebem, musi wzbudzać zainteresowanie. Co czwartą, piątą noc zatrzymywał się jednak w tanich hotelach, żeby doprowadzić swój wygląd do porządku. Raz, pod Przemyślem, kiedy z nieba solidnie lało, poprosił o nocleg w stodole należącej do pewnej parafii. Ksiądz, do którego się zwrócił z tą prośbą, przegonił go, mówiąc że to nie przytułek dla bezdomnych. Więcej zgrzytów na trasie nie było. No, chyba jeszcze trzeba wspomnieć o kierowcach TIR-ów, którzy na jego widok włączali natychmiast długie światła, a mijając go uruchamiali syreny (wiele razy umykał do przydrożnych rowów). Poznał za to, jak zwykle, wielu ciekawych ludzi. Między innymi w Bieszczadach spotkał się z takim samym zapaleńcem jak on, Tadeuszem Dzięgielewskim z Bochni. To takim ludziom i wszystkim, którzy mu pomagają, dedykuje tę ostatnią podróż. Przede wszystkim jednak Justynie Spychale z Lwówka Wielkopolskiego i jej rodzicom. Podczas poprzedniej, wiosennej podróży nabawił się Pawlikowicz kontuzji na tyle poważnej, że na dwa dni musiał przerwać jazdę. To właśnie dobrzy ludzie z Lwówka udzielili mu gościny i pomogli wykurować rany.
   - Kiedy podczas tej podróży opuszczałem Bieszczady, przyszedł pierwszy kryzys. Na tyle jednak poważny, że zastanawiałem się nad powrotem do domu. Przypomniałem sobie jednak Justynę i wszystkich, którzy we mnie uwierzyli. Przetrzymałem kryzys i ruszyłem dalej.
   Drugi kryzys nadszedł w Kołobrzegu, jednak jego przyczyna tkwiła w słabości ludzkiego organizmu. Stanisława dopadła grypa, toteż wyciągnął z plecaka mapę i naniósł poprawki. Skrócił planowaną trasę o ponad 600 kilometrów, jednak, to co osiągnął, wzbudza szacunek. Ostatnie kilometry przejechał niemal bez odpoczynku. Z Wałbrzycha w stronę Raciborza i jeszcze dalej jechał blisko dobę, korzystając z pomyślnego wiatru. O dziwo, kiedy dojechał do domu, ważył o jeden kilogram więcej niż przed podróżą. Wyprawa kosztowała go 1500 złotych, zdecydowaną większość wydał na jedzenie.
   W zorganizowaniu tej podróży, oprócz wspomnianego już tutaj Łukasza Winczakiewicza, pomogli mu: Mirosław Czernecki (Skup Złomu w Jadownikach), Edmund Lis (firma budowlana) firma JAWOR oraz producent okien plastikowych APEX. Gdyby znaleźli się poważni sponsorzy, to gotów jest wyruszyć w jeszcze bardziej spektakularną podróż. Jeśli na około Bałtyku, to z Nowego Dworu Gdańskiego, jeśli do Pekinu, to z Lwówka Wielkopolskiego.
    Zofia Sitarz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie