W granicach prawa?

Redakcja
Udostępnij:
Ta sprawa to znakomity instruktaż dla łobuzów, którzy szukają sposobu na załatwienie gliniarza

Ewa Kopcik

Ewa Kopcik

Ta sprawa to znakomity instruktaż dla łobuzów, którzy szukają sposobu na załatwienie gliniarza

Czy zaatakowany przez chuliganów policjant ma prawo się bronić? Czy będąc świadkiem napadu, powinien udzielić pomocy ofierze? Jak ma się zachować, kiedy dwóch opryszków szarpie i znieważa jego ojca? Próbować ich obezwładnić czy dzwonić na numer 997 i spokojnie czekać, aż wezwany radiowóz dojedzie na miejsce?

Przed trzema laty Jerzy D., krakowski policjant z Centralnego Biura Śledczego, pechowo znalazł się w podobnej sytuacji. Obezwładnił napastnika, który najpierw zaatakował jego ojca, a potem rzucił się na niego. Teraz przyszło mu za to słono zapłacić. Sąd uznał, że stając w obronie ojca przyłączył się do bójki. Skazano go za to na 13 miesięcy więzienia.

\\\*

   Lokatorzy budynku przy ul. Narutowicza są zgodni: - Tutaj jak na Dzikim Zachodzie. Trwa to już kilkanaście lat. Normalni, spokojni lokatorzy są terroryzowani przez jedną rodzinę. Interwencje w spółdzielni mieszkaniowej, na policji i w prokuraturze przekonały nas tylko o jednym: w obliczu bezprawia zwykły śmiertelnik nie ma żadnych szans.
   Mimo że 54-letnia Zofia S. i jej 28-letni syn nigdy nie nadużywali alkoholu, nie urządzali w mieszkaniu libacji, to właśnie z ich powodu wizyty policji w bloku nie należą do rzadkości.
   - Horror zaczął się jeszcze w latach 80. od awantur w mieszkaniu samej pani S. Nieraz dochodziły do nas rozpaczliwe krzyki jej męża. Ten człowiek przeżywał gehennę - był inwalidą, poruszał się na wózku, nie mógł się obronić. Wzywaliśmy policję, kiedy żona oblewała go wrzątkiem, wyrzucała z mieszkania lub zwyczajnie okładała pięściami. Jego koszmar zakończył się, gdy trafił do domu pomocy społecznej. Jednak zaraz potem pani S. rozpoczęła swoją akcję odwetową wobec sąsiadów. Na początku wobec tych, którzy ośmielili się pomagać jej mężowi - wspomina Andrzej D., jeden z lokatorów.
   Na pierwszy ogień poszła rodzina W., mieszkająca naprzeciw pani S. - Zaczęło się od zaczepek na klatce schodowej i ordynarnych wyzwisk. Nie reagowaliśmy, więc któregoś dnia pani S. zadzwoniła do drzwi i w momencie ich otwarcia wrzuciła do przedpokoju stertę śmieci. Oczywiście, nie obeszło się bez odpowiedniego komentarza. Zdarzało się, że czyhała pod drzwiami na nasz powrót do domu, by oblać brudną wodą lub chociażby obrzucić stekiem wyzwisk. Potem na klatce schodowej pojawiły się szkalujące nas napisy, nocne telefony z pogróżkami, podkładanie na wycieraczce pod drzwiami różnych przedmiotów: np. starych butów, starej parasolki lub zepsutych owoców. "Prezenty" otrzymywaliśmy od pani S. prawie przez rok. Codziennie coś nowego - wylicza Henryk W.
   Nękani lokatorzy próbowali interweniować w spółdzielni mieszkaniowej. Tam odsyłano ich do policji. Policja zaś albo kierowała wnioski do kolegium ds. wykroczeń, albo radziła wystąpienie do sądu z powództwem cywilnym. Pani S., a potem także jej syn, kilkakrotnie zostali ukarani grzywną. 500 zł mieli zapłacić za rozsypanie piasku pod drzwiami mieszkania W., 400 zł - za telefoniczne pogróżki, 1400 zł - za szkalowanie i znieważanie. Nie zapłacili. Konsekwentnie wykorzystują wszystkie możliwe środki odwoławcze, a w przypadku ich wyczerpania, piszą skargi do rzecznika praw obywatelskich, do Sądu Najwyższego, Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, nawet do... Watykanu. Zapewniają, iż to oni są szykanowani bezpodstawnymi oskarżeniami.

\\\*

   - Nigdy w życiu nic złego nie zrobiłem tej kobiecie ani też jej synowi. Przynajmniej od 10 lat nie zamieniłem z nimi ani słowa, sądząc, że to jedyna metoda na uniknięcie awantur, jakich doświadczyli już inni sąsiedzi. Nie pomogło. Stosują wobec mnie te same, wypróbowane metody: zaczepki słowne, donosy i nękanie kolegiami - twierdzi Michał G., ponad 70-letni mieszkaniec budynku.
   Zaczepkom czasem towarzyszą groźby. - Jakiś czas temu nieznani sprawcy rozbili w bloku skrzynki na listy i potargali przesyłki - kontynuuje pan G. - Tego samego dnia Zofia S. napadła na mnie na klatce schodowej: "Będziesz zbierał te listy. Wykończę cię! Będziesz eksmitowany z mieszkania!" - usłyszałem. Miało to oznaczać, że to ja rozbiłem skrzynki i ona mnie za to ukarze. Nie zareagowałem. Pani S. nie dała jednak za wygraną. Złożyła na mnie na policji donos o "złośliwe nieudostępnianie kluczy od bramy". Zarzut był absurdalny: klucze przez trzy dni rozprowadzał wśród lokatorów pracownik spółdzielni za pokwitowaniem. W tym czasie brama była zablokowana przed zatrzaśnięciem. Straciłem jednak dzień na policji na przesłuchaniu i drugi - na rozprawie w kolegium. Aby usłyszeć wyrok - niewinny. Tym sposobem pani S. złośliwie narusza moje największe dobra, jakimi dla emeryta są spokój i zdrowie.
   Sposobem na zatruwanie życia sąsiadom od kilku miesięcy są nocne alarmy. Od października ubiegłego roku lokatorów po kilka razy w ciągu nocy zrywa z łóżek głośna muzyka.
   Bolesław S. mieszka w sąsiedniej klatce. Nieszczęście polega na tym, że jego mieszkanie przylega do lokalu zajmowanego przez rodzinę S. - Tego się nie da opisać - opowiada zdesperowany. - Hałas jest tak duży, że w pokojach trzesą się meble. Po pięciu minutach wszystko cichnie. Chodzi o to, żeby policja nie zdążyła przyjechać. A za chwilę znowu to samo. Ten horror czasami trwa nawet do czwartej nad ranem. A wszystko tylko po to, żeby dokuczyć sąsiadom. Akurat opiekujemy się z żoną 2-letnim wnuczkiem. Dziecko po kilka razy w ciągu nocy zrywa się ze snu, płacze, powtarza, że się boi. Początkowo grzecznie prosiłem, żeby dała nam spokój. Bez rezultatu. Zacząłem więc dzwonić na policję. Też bezskutecznie - za każdym razem słyszę, że przyjazd załogi interwencyjnej nie ma sensu, bo państwo S. i tak nie wpuszczą jej do mieszkania...
   Do rytuału pani S. należy ostukiwanie ścian i walenie w podłogę jakimś ciężkim przedmiotem - mówią sąsiedzi. 3-4 razy podczas nocy. Celowo, złośliwie i niemal codziennie. W ciągu ostatnich trzech tygodni tylko dwa razy o tym "zapomniała". Niektórzy lokatorzy przed położeniem się do łóżek zakładają stopery do uszu.
   - Którejś nocy nie dało się już wytrzymać, więc zaczęliśmy też stukać w sufit. W efekcie złożyła na nas doniesienie na policji. Nazwała nas złodziejami, oskarżyła o napad i zakłócanie spokoju. Sprawa trafiła do sądu grodzkiego. Będę tam występował w podwójnej roli - jako oskarżony i poszkodowany - przyznaje pan F. z trzeciego piętra.

\\\*

   Za wrogów numer jeden pani S. i jej syn uznają rodzinę D., mieszkającą na drugim piętrze bloku. Być może źródłem nienawiści jest fakt, że główny lokator mieszkania od początku lat 90. jest członkiem Komisji Praworządności Rady Miasta Krakowa, a jego syn - policjantem...
   - Od dłuższego już czasu oboje z żoną wysłuchujemy wyzwisk typu: bandyci, złodzieje, psychole. Pod adresem odwiedzających mnie osób pani S. wykrzykuje przez domofon najrozmaitsze obelgi. Od pewnego czasu dołączono też do tego mego syna. Wyzwiska i pogróżki są jednak jedynie wstępem do takich zachowań, jak zagradzanie drogi, plucie i tupanie pod drzwiami - mówi Andrzej D.
   Któregoś dnia Grzegorz S. pobił Małgorzatę D. Sprawa trafiła do prokuratury. Ale niemal natychmiast doniesienie w sprawie "usiłowania zabójstwa" złożyła Zofia S., oskarżając o to przestępstwo panią D.
   - Złożyliśmy wniosek o połączenie obydwu postępowań - kontynuuje Andrzej D. - Nie doszło jednak do tego, bo akta jednej ze spraw zaginęły... W tym czasie dwukrotnie słyszałem komentarze: "Będziecie chamy siedzieć, mamy znajomości w prokuraturze. Zostaniecie eksmitowani, nie tylko wy, ale wszystkie psychole z klatki"...
   18 czerwca 1999 r. w budynku doszło do kolejnego incydentu. Około godz. 17 pani D. wracając do domu z zakupami spotkała przed blokiem Zofię S. Znów usłyszała pogróżki. Obawiała się ich już, więc przez domofon proposiła męża, by wyszedł jej naprzeciw.
   - Zbiegłem na dół, otworzyłem żonie drzwi wejściowe, odebrałem od niej torby z zakupami i zacząłem wchodzić po schodach. Wtedy pani S. zaczęła mnie tłuc parasolką po głowie. Próbowałem się zasłaniać. Zaraz potem z góry zbiegł Grzegorz S., który dołączył do matki. Uderzył mnie pięścią w twarz, strącając okulary - wspomina Andrzej D.
   Właśnie tę scenę ujrzał syn pana Andrzeja, gdy otworzył drzwi klatki schodowej. - Wracałem akurat z pracy - opowiada policjant. - Już przed wejściem do bramy usłyszałem jakieś krzyki. Szybko nacisnąłem klamkę i zobaczyłem, jak oboje S. biją ojca. Sekundę później sam zostałem zaatakowany. S. rzucił się na mnie z pięściami. Jego matka zaczęła mnie okładać parasolką. Tłukła nią na oślep. Parę razy dostał również jej syn. Przez chwilę szamotaliśmy się w przedsionku. Wreszcie udało mi się go unieszkodliwić, kładąc na ziemi i stosując chwyty obezwładniające.
   W tym czasie żona pana D. dzwoniła na policję z mieszkania sąsiadki, późniejszego "koronnego" świadka.
   Kiedy S. uspokoił się, policjant uznał incydent za zakończony i poszedł do swego mieszkania. S. postanowili wezwać pogotowie i postarać się o obdukcję lekarską. Wkrótce przed blokiem zaparkowały dwa radiowozy.

\\\*

   Dochodzenie prokuratorskie w tej - wydawałoby się błahej - sprawie trwało kilkanaście miesięcy. Grzegorz S. dostarczył obdukcję lekarską, stwierdzająca, że "powstałe obrażenia naruszają czynności narządów do 7 dni". Akt oskarżenia - skierowany pod koniec minionego roku do sądu - oprócz Zofii i Grzegorza S. obejmował też Andrzeja i Jerzego D. Całej czwórce prokurator postawił zarzut udziału w bójce. W przypadku Jerzego D. oznaczało to wszczęcie postępowania dyscyplinarnego w pracy, zawieszenie wypłaty połowy pensji i wszelkich dodatków służbowych.
   S. w tym czasie "pracował" na kolejne zarzuty. Któregoś dnia poturbował na korytarzu jedną z sąsiadek, grożąc jej przy okazji zrzuceniem ze schodów i "poprawieniem urody". Ostatecznie oboje S. trafili na kilka miesięcy do celi. Sąd zdecydował o zastosowaniu wobec nich tymczasowego aresztu, gdyż konsekwentnie nie zgłaszali się na wezwania do prokuratury. Zapowiedzieli to zresztą już na początku postępowania. Według ich wersji, to rodzina D. dokonała na nich rozboju. (...) Informujemy, że kolejne rozboje i pobicia na naszą szkodę przez rodzinę D. z polecenia Policji krakowskiej przekażemy do przeprowadzenia przez Prokuratora Generalnego - napisali 8 grudnia 1999 r. do Prokuratury Rejonowej Kraków Krowodrza.
   15 marca br. sąd wydał wyrok, uznając winę wszystkich oskarżonych. Wymierzył im kary po 13 miesięcy pozbawienia wolności. Przyznał, że całe zajście zostało sprowokowane przez Zofię i Grzegorza S., jednak tylko częściowo uznał za wiarygodną wersję przedstawioną przez napadniętych. Kiedy już nastąpił atak ze strony S. oskarżony świadomie przyłączył się do bójki, stając w obronie ojca. (...) Sąd nie dał wiary, temu, że Jerzy D. stosował obronę przed atakiem, lecz obezwładniwszy Grzegorza S. kopał go, zachowywał się agresywnie i brutalnie, podobnie jak i pozostali uczestnicy - czytamy w uzasadnieniu orzeczenia.
   Apelację od wyroku złożyli wszyscy oskarżeni. Jeśli zostanie on utrzymany, Jerzy D., funkcjonariusz CBŚ - w aktach którego dotychczas znajdowały się same pochwały - zostanie zwolniony ze służby.
   - To paranoja - oburza się jeden z jego kolegów. - Jurek działał przecież niejako podwójnie w warunkach obrony koniecznej. Niezależnie od tego, że sam został zaatakowany, to występował w obronie ojca bitego przez dwie osoby. Policjant ma ustawowy obowiazek reagowania w takiej sytuacji, w przeciwnym razie mógłby mieć postępowanie za nieudzielenie pomocy napadniętemu.
   - Ta sprawa to znakomity instruktaż dla łobuzów, którzy szukają sposobu na załatwienie gliniarza - dodaje inny policjant. - Powiedzmy, że idę z żoną: dwóch gości do niej doskakuje, szarpie, znieważa. Każdy normalny facet powinien w tej sytuacji zareagować. Każdy, tylko nie policjant, bo przecież może się zdarzyć, że podczas unieszkodliwiania opryszków kopnie albo przyłoży któremuś zbyt mocno. Później w sądzie ich będzie dwóch, może też trafić się jakiś świadek, który będzie zeznawał, że widział bójkę. I sąd zinterepretuje zdarzenie, tak jak w przypadku Jurka. W tej sytuacji nie dziwmy się więc, gdy policjanci boją się interweniować. I nie oburzajmy się, słysząc, że funkcjonariusze pozwolili sobie odebrać broń, do czego niedawno doszło w Żyrardowie.

\\\*

   Afmosfera w budynku przy ul. Narutowicza tymczasem jest nadal napięta. Konflikty i awantury są już normą. - Zachowanie państwa S. jest dla nas niezrozumiałe. Czujemy się zagrożeni. Obawiamy sie, że w swojej agresji mogą posunąć się jeszcze dalej i efekty tego mogą być tragiczne. Czy pozostaje nam tylko ukrywanie się w swoich mieszkaniach? - pytają zdesperowani mieszkańcy.
   - Sytuacja tych ludzi rzeczywiście jest bardzo uciążliwa. My możemy jednak zrobić jedynie to, na co pozwala nam prawo, czyli kierować wnioski o ukaranie do sądu grodzkiego. Zwykle kończy się to orzeczeniem grzywny, którą państwo S. albo płacą, albo trafiają na kilka dni do aresztu - przyznaje podinsp. Leszek Ozga, komendant komisariatu Biały Prądnik.
   Nieoficjalnie policjanci mówią, że interwencje w mieszkaniu rodziny S. traktują jak dopust boży. Dotychczas niemal z każdej musieli tłumaczyć się w prokuraturze, bo państwo S. składają skargi, że funkcjonariusze ich pobili, okradli itd. Ostatnio jednak nikomu drzwi nie otwierają: ani policji, ani pracownikom spółdzielni mieszkaniowej, ani listonoszowi. Nam też nie otworzyli.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie