W kolejce po śmierć

Redakcja
Wyroki wykonywano w piwnicy rzeszowskiego zamku. Skazanych zabijano strzałem w potylicę z bliskiej odległości.

GRAŻYNA STARZAK

GRAŻYNA STARZAK

Wyroki wykonywano w piwnicy rzeszowskiego zamku.

Skazanych zabijano strzałem w potylicę z bliskiej odległości.

   Pomieszczenie miało nie więcej niż kilkanaście metrów kwadratowych. Zamiast podłogi był beton. Na jednej ze ścian parkan z desek. Za parkanem worki z piaskiem. Na dole ściek, jak w rzeźni. Przy tej ścianie, w podziemiach rzeszowskiego zamku, wykonywano wyroki śmierci.
   Rzeszowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej jako jeden z pierwszych w kraju opublikował listę osób skazanych w latach 1945-54 na karę śmierci przez tamtejszy Wojskowy Sąd Rejonowy. Autorzy opracowania próbowali również odszukać miejsca pochówku ofiar komunistycznego reżimu. Analiza ksiąg cmentarnych oraz próba dotarcia do osób, które mogłyby udzielić informacji na ten temat, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.
   Tomaszowi Berezie i Piotrowi Chmielowcowi z IPN w Rzeszowie udało się ustalić na podstawie żmudnej analizy repertoriów sądowych listę 352 osób, skazanych w latach 1946-54 na śmierć przez sędziów WSR. 43 osoby były sądzone za przestępstwa pospolite i kryminalne. Wśród pozostałych 309 - 118 skazano za działalność w politycznym i wojskowym podziemiu ukraińskim. 122 osoby dostały KS za działalność na rzecz niepodległego państwa polskiego. Ich biogramy pracownicy rzeszowskiego IPN opracowali w formie publikacji.
   Przy 20 nazwiskach widnieje adnotacja karę śmierci wykonano. Pozostałym osobom wyroki zamieniono na wieloletnie więzienie. Jednak zanim to nastąpiło, czasem kilka miesięcy czekały na swoją kolej w celi śmierci. Ci, którzy jeszcze żyją, mówią, że będąc we Wronkach czy w Sztumie, nieraz modlili się o szybką śmierć, zazdroszcząc kolegom, straconym tuż po wyroku.
   80-letni dziś Kazimierz Paulo, ostatni żyjący dowódca kompanii z oddziału Józefa Kurasia "Ognia", trzy miesiąca przebywał w celi śmierci na zamku w Rzeszowie. Został aresztowany 15 maja 1947 r. Dokładnie pamięta tę datę, ponieważ dwa dni później żona urodziła mu syna. Rozprawa w Wojskowym Sądzie Rejonowym w jego sprawie trwała zaledwie 10 minut. - Już wchodząc na salę sądową,

nie miałem złudzeń

jaki będzie wyrok. Na śmierć przygotował mnie mój adwokat przydzielony z urzędu. Porządny chłop. Widziałem, jak bardzo przeżywał, mówiąc mi: - Wybacz, kolego, nie miałem nawet możliwości przejrzenia twoich akt. Nic nie mogę dla ciebie zrobić. Ty jesteś na straty.
   W celi śmierci spędził dokładnie 3 miesiące i 3 dni. - Właściwie powinienem liczyć noce, bo żadna nie była od początku do końca przespana. Spędzaliśmy je jakby w letargu, gdyż nigdy nie wiadomo było, po kogo przyjdą. A było nas tam z KS-em kilkunastu. Zwykle najpierw słychać było na korytarzu ciężkie buciory strażników, którzy wchodzili do celi i wodzili wzrokiem po przerażonych twarzach, co już samo w sobie było torturą. Potem wyczytywali jedno nazwisko. Łaskawym gestem pozwalali skazańcowi pożegnać się z towarzyszami niedoli. Przez uchylone drzwi widzieliśmy, że na korytarzu czekał prokurator w wojskowym mundurze, dyrektor więzienia i lekarz w białym kitlu. Tego widoku nie zapomnę do końca życia - ścisza głos Kazimierz Paulo.
   Wreszcie przyszedł taki dzień, a właściwie noc, gdy więzienny strażnik otworzył drzwi i patrząc w jego stronę, powiedział: No, Paulo, zbieraj się, czas na ciebie.
   Gdy wychodził z celi, koledzy zaczęli tłuc czym popadnie w ścianę. - Tak zwykle żegnano kogoś, kto szedł na rozwałkę. A mnie założyli kaftan bezpieczeństwa i zaprowadzili na dyżurkę, uśmiechając się do siebie, nie wiem czemu. Tam naczelnik więzienia kazał mi złożyć podpis na jakimś dokumencie. Podpisałem, nie czytając, bo było mi wszystko jedno. Dopiero potem powiedziano, że przenoszą mnie do innej celi, bo Bierut podpisał ułaskawienie. Wyrok śmierci zamieniono na dożywotnie więzienie.
   Z sześciu i pół lat, które tam spędził - wyszedł po odwilży październikowej - najgorzej wspomina pobyt w Sztumie. - Panował straszny głód - kontynuuje swoje wspomnienia. - Dawali nam jeść tylko raz dziennie: kaszę, pełną robactwa, z zepsutymi dorszami. Ludzie padali jak muchy. Trzeba było mieć żelazny organizm, żeby przetrwać. Ja miałem.
   Sędzina, która w połowie lat 90. prowadziła jego rozprawę rehabilitacyjną, po wysłuchaniu zeznań Kazimierza Paulo stwierdziła, że jeszcze nie spotkała człowieka, który by przeszedł tyle co on. Nie pamięta jej nazwiska. Ani nawet twarzy, ale potrafiłby wskazać sędziego, który prawie sześćdziesiąt lat temu powiedział w jego stronę: - Kara śmierci. To nazwisko poznał dopiero z publikacji IPN. Co poczuł? Nic.

Nie chce oceniać

tych ludzi oraz motywów, jakie nimi kierowały. On też zaczynał w 1945 r. po wyzwoleniu od pracy w Milicji Obywatelskiej. Był nawet krótko komendantem posterunku w Węglówce, gdzie do dzisiaj mieszka. - Miałem królewskie życie, ale widząc, jakie plany ma nowa władza, zrzuciłem mundur i poszedłem do lasu - zwierza się Kazimierz Paulo.
   Jak mówią autorzy najnowszej publikacji rzeszowskiego IPN, prawdopodobnie większość sędziów i prokuratorów z tamtego okresu już nie żyje. Niektórzy spośród najbardziej gorliwych w spełnianiu poleceń komunistycznej władzy spoczywają na rzeszowskim cmentarzu. Chowano ich z honorami. Wielu z nich po 1956 r. nadal pracowało w wymiarze sprawiedliwości. Wcale nierzadko zaskarbiając sobie zaufanie nie tylko zwierzchników, ale i podsądnych. O tym, co robili w przeszłości, nie wiedzieli nawet członkowie ich rodzin. Jeden z czołowych działaczy "Solidarności" na Rzeszowszczyźnie był w szoku, gdy poznał rodzinną tajemnicę, że jego wuj, będąc sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie, wyróżnił się szczególną bezwzględnością.
   Sędzia Jan L. wydał w sumie 33 wyroki śmierci. Skazał na KS m.in. Kazimierza Kocyłowskiego z Sambora, który dwa razy stawał przed sądem. Pierwszy wyrok - trzykrotna, cząstkowa kara śmierci, na podstawie amnestii z 22 lutego 1947 r. została mu bowiem zamieniona na długoletnie więzienie, ale Najwyższy Sąd Wojskowy uznał, że sędzia prowadzący pierwszą rozprawę błędnie zastosował ustawę o amnestii i nakazał ponownie zebrać się sądowi. Drugi proces, któremu przewodniczył Jan L., odbył się już

zgodnie z wytycznymi

komunistycznej władzy. Kazimierz Kocyłowski czekał na swoją kolej w celi śmierci równy miesiąc. W czerwcu 1947 r. prezydent Bierut zamienił karę na dożywotnie więzienie.
   Sędziego L. zapamiętała również urodzona w Morawicy, nieopodal Krakowa, Alicja Wnorowska. Była w ciąży, gdy 27 marca 1947 r. usłyszała wyrok - kara śmierci. Jan L. w swojej nadgorliwości nie wziął pod uwagę przepisu, zgodnie z którym kary śmierci nie należy stosować wobec nieletnich i ciężarnych. Dopiero Naczelny Sąd Wojskowy zamienił wyrok na dożywotnie więzienie. Za kratami urodziła syna. Wyszła na wolność w 1956 r.
   Mieszkająca obecnie w Przemyślu Alicja Wnorowska, jedyna kobieta wśród 122 osób skazanych na karę śmierci za działalność niepodległościową przez WSR w Rzeszowie, była informatorem antykomunistycznego podziemia w przemyskim PUBP. Razem z kilkoma innymi osobami dostarczała wykazy agentury, listy aresztowanych i plany przedsięwzięć bezpieki. _Dzięki m.in. takim osobom, jak Alicja Wnorowska czy Władysław Buczek, młodszy referent w PUBP w Krośnie, historycy rzeszowskiego IPN mogą opisać, jak funkcjonował aparat represji na Rzeszowszczyźnie i kto jaką odegrał w nim rolę.
   Mecenas Wanda B., jeden z pierwszych, rzeszowskich adwokatów, którzy stanęli przed sądem lustracyjnym w III RP, rozpoczęła pracę w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Rzeszowie w 1945 r. Pracę załatwił jej krewny, który pełnił w WUBP ważną funkcję. Nie miała oporów przed zatrudnieniem się w tej instytucji, bo _trzeba się było brać za porządkowanie ojczyzny.

   Pracowała jako biuralistka. Czasem, przechodząc korytarzem, słyszała jęki, krzyki, odgłosy znęcania się. Wtedy mówiła do tych chłopców z wydziału operacyjnego, _a były to młode, proste chłopaki: _Ty matole, co ten nieszczęśnik złego zrobił? Najpierw mu to udowodnij. Mogła sobie pozwolić na takie uwagi, bo wszyscy wiedzieli, że jest krewną W. Kiedyś, gdy zobaczyła, jak ci ze śledczego wyrywają paznokcie jakiemuś studentowi, wciskając mu palce między drzwi, pobiegła do W.
   - Czy wiesz, co się dzieje? - pytała. - Jak długo to ma trwać? Uspokajał mnie, że tak trzeba. Później zauważyłam, że nawet poczciwych chłopaków z "operacyjnego" zastępują ubecy zwyrodnialcy. To byli ludzie okaleczeni psychicznie. Jeden z nich lubił powtarzać: Dajcie mi człowieka, a w dwa tygodnie zrobię z niego zbrodniarza. Ściany zamku - bo tam mieściło się więzienie - były zbryzgane krwią. Wielu z tych ludzi jeszcze żyje, ale przecież ja nie będę ich wskazywała palcem.
   Zrobił to zamiast Wandy B. rzeszowski oddział IPN. Na wystawie "Aparat represji na Rzeszowszczyźnie w latach 1944-56", która wędruje po wszystkich miastach powiatowych Podkarpacia, pokazywane są m.in. fotografie śledczych. Wystawa jest obecnie prezentowana w Przemyślu. Później będą mogli ją oglądać mieszkańcy Jasła. Autorzy ekspozycji w każdym mieście dodają kolejne plansze ze zdjęciami ubeków, których jako swoich prześladowców wymieniają byli żołnierze niepodległościowego podziemia.
   Wystawa wywołała

duże poruszenie

na Rzeszowszczyźnie. Jeden z żyjących do dziś funkcjonariuszy przyznaje, że publiczna prezentacja wizerunku była dla niego niczym pręgierz. Najbardziej zabolało go ironiczne pytanie ze strony wnuka: - Dziadku, to ilu ludzi zabiłeś? Ów funkcjonariusz twierdzi, że jego fotografia znalazła się na wystawie przez pomyłkę. Rzekomo przez pomyłkę wpisano mu do akt personalnych inną niż rzeczywiście pełnił funkcję.
   - Nikogo nie zabiłem. Nie miałem także nic wspólnego z torturowaniem więźniów - powtarza mój rozmówca. Za nim, jak echo, te same słowa powtarzają jego ówcześni kompani.
   Tworzą liczniejszą grupę niż ich ofiary. Świadków w sądowych sprawach byłych funkcjonariuszy UB, oskarżonych o znęcanie się nad więźniami, z miesiąca na miesiąc ubywa. Do rzeszowskich sądów trafiło do tej pory osiem aktów oskarżenia przeciwko oficerom śledczym UB. Procesy w tych sprawach zwykle trwają jeszcze dłużej niż inne karne, ponieważ byli ubecy, przyparci do muru, posyłają do sądu usprawiedliwienia, dołączając zaświadczenie ze szpitala. Ci, których udaje się przesłuchać, zasłaniają się niepamięcią. Pytani, czy oni bądź ich koledzy z UB stosowali wobec więźniów tortury, robią zdziwione miny.
   - Stosowanie tortur było tak powszechne w UB, poczynając od najwyższego szczebla, a na najniższym kończąc, że miały one swoje nazwy, zebrane w specjalnym słowniczku, który był powszechnie znany wśród funkcjonariuszy - mówi Janusz Borowiec z IPN w Rzeszowie, autor przygotowywanej właśnie do druku publikacji na temat mechanizmów działania aparatu bezpieczeństwa w Rzeszowie w latach 1944-54. Autor zebrał dowody na to, że oficerowie śledczy organów bezpieczeństwa woj. rzeszowskiego nie przeprowadzali pełnego postępowania dowodowego, a postępowanie karne starano się ukierunkować, by było zgodne z pierwotnymi ustaleniami (np. doniesieniami agentury).
   Janusz Borowiec przytacza słowa Jana Krzechowca, szefa ówczesnej Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Przemyślu, który w sprawozdaniu do jednostki nadrzędnej za III kwartał 1945 roku informuje przełożonych, iż zeznania oskarżonych wymuszano biciem graniczącym nieraz z sadystycznym okrucieństwem.
   - W czasie śledztwa byłem tak strasznie bity i torturowany, iż stałem się czarny od siniaków - pisze w czerwcu 1956 r. Adam Zastawny, jeden ze 122 osób, skazanych na karę śmierci przez WSR w Rzeszowie za działalność niepodległościową. Po zamianie KS na karę długoletniego więzienia wysłał z Wronek do Najwyższego Sądu Wojskowego prośbę o rewizję swojej sprawy, zmniejszenie wyroku i jak najszybsze umożliwienie mu odzyskania wolności.
   Nie jestem w stanie opisać metod śledztwa, gdyż zainteresowane czynniki władz nie mogą uwierzyć prawdziwości moich słów, bo istotnie trudno uwierzyć, aby niektórzy funkcjonariusze doszli do zezwierzęcenia i w taki brutalny, morderczy sposób wymuszali zeznania - czytamy we wspomnianym liście.
   Zmarły w 1985 r. Adam Zastawny opisuje natomiast dokładnie, jak wyglądała jego rzekoma działalność szpiegowska, za którą dostał karę śmierci. - Dowódcą nie byłem żadnym. Praca moja w organizacji polegała na doręczaniu prasy; na kontaktowaniu członków organizacji między sobą; na odbieraniu i przewożeniu poczty.__Gdy próbowałem powiedzieć o tym prokuratorowi, otrzymałem odpowiedź, że każdy przestępca tak się tłumaczy. Po przewiezieniu mnie do sądu obrońca z urzędu oświadczył mi, że jest postanowienie, iż ja muszę otrzymać karę śmierci.
   Wszystkie wojskowe sądy działające na terenie woj. rzeszowskiego w latach 1944-54 orzekły w sumie 621 wyroków śmierci. Najwięcej (600) pomiędzy rokiem 1944 a 49. W relacji Kazimierza Paulo, jednego z żołnierzy "Ognia", wyroki wykonywano w piwnicy rzeszowskiego zamku, gdzie mieściło się więzienie. Skazanych na rozstrzelanie zabijano strzałem w potylicę z bliskiej odległości. Innych wieszano na więziennym dziedzińcu.
   Egzekucje zwykle odbywały się w środku nocy, chociaż były przypadki stawiania szubienicy w centrum miasta. Podczas publicznej egzekucji na Rynku w Dębicy zginął przyjaciel Kazimierza Paulo. - Do dzisiaj nie wiadomo, co stało się z jego ciałem - konstatuje były żołnierz "Ognia".
   Straconych w zamkowych kazamatach grzebano

pod osłoną nocy.

   Gdzie? Nie wiadomo. Jak mówi dr Zbigniew Nawrocki, dyrektor rzeszowskiego oddziału IPN, rodziny ofiar robiły wszystko, co mogły, aby dowiedzieć się, gdzie leżą ich bliscy. Siostra Jana Totha "Mewy", dowódcy jednego z poakowskich oddziałów, straconego w 1949 r., zebrała podobno 5 tys. złotych, które próbowała wręczyć strażnikom więziennym, aby ujawnili, gdzie zakopano zwłoki brata. Jednak nawet łapówka nie otworzyła ust ubekom.
   Wedle słów dr. Zbigniewa Nawrockiego znane są miejsca pochówku tylko czterech osób, które stracono za działalność niepodległościową. Jedno z tych miejsc oznaczono tylko dlatego, że kat zbyt płytko zakopał zwłoki. W jakiś czas po egzekucji grabarz natknął się na wystającą z ziemi ludzką rękę.
   Tomasz Bereza i Piotr Chmielowiec, autorzy publikacji "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie w latach 1946-54", przyznają, że integralną częścią programu badawczego, którego wyniki zawarli w wymienionej publikacji, było poszukiwanie miejsc pochówku osób straconych. - Niestety, kwerenda w księgach cmentarnych, głównie z Przemyśla i Rzeszowa oraz okolic tych miast, przyniosła w zasadzie wynik negatywny. Nie udało się nam również dotrzeć do osób, które w tamtym okresie były choćby grabarzami - przyznają pracownicy rzeszowskiego IPN.
   Kazimierz Paulo twierdzi, że od 12 lat bezskutecznie apeluje do najwyższych władz, aby poprzez choćby badanie zawartości archiwów postarały się ujawnić miejsca pochówku straconych w tamtych latach żołnierzy niepodległościowego podziemia. - Na początku lat 90. napisałem list do ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy w sprawie Józefa Kurasia "Ognia", który zginął w 1947 r. i do dzisiaj nie wiadomo, co się stało z jego ciałem. Wymieniłem tam nazwisko wysoko postawionego ubeka, który szantażował mnie w więzieniu, obiecując, iż ujawni, gdzie spoczywa "Ogień", jeśli będę z nimi współpracował. Ten ubek jeszcze wtedy żył. Nie otrzymałem odpowiedzi - mówi ze smutkiem ostatni, żyjący dowódca kompanii w oddziale "Ognia".
Zdjęcia: archiwum IPN

W jaki sposób udzielane jest wsparcie w ramach mikropożyczki?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie