W obronie zdrowego rozsądku

RedakcjaZaktualizowano 
Czy zdrowy rozsądek nie ma miejsca w projektowaniu polityki? Tak sugeruje w krytyce mojego artykułu Mateusz Klinowski ("Dziennik Polski", 10 lutego 2011), twierdząc, "iż historia filozofii, a nauki w szczególności, to historia odrzucania poglądów zdroworozsądkowych".

MACIEJ BRACHOWICZ*

Z pewnością twierdzenie to pozostaje w kanonie poglądów postępowych przynajmniej od czasów Oświecenia, opartych na optymistycznej filozofii Condorceta i wierzącego w naturalną dobroć człowieka Rousseau. Zdaniem konserwatystów bardziej trafną diagnozę rzeczywistości w tamtym czasie postawił zdroworozsądkowy Edmund Burke.

Nie trzeba sięgać tak daleko, aby zrozumieć, że twierdzenie, iż "zdobyczą cywilizacyjną XX wieku" było przyjęcie, że "dobra polityka to nie polityka zdroworozsądkowa, ale polityka oparta na naukowych faktach i ustaleniach", jest przesadzone. Czyż w XX wieku nie mieliśmy do czynienia z komunizmem i faszyzmem? A przecież obydwa systemy były naukowo podbudowane. Długo po wojnie wielu ekonomistów było przekonanych o wyższości centralnego planowania, a w okresie międzywojennym eugenika była traktowana z powagą, nie tylko w Niemczech. Oba reżimy z pogardą odnosiły się do ustaleń zdrowego rozsądku.

Marihuana w służbie medycyny

Wróćmy jednak do bardziej przyziemnych argumentów. Mój adwersarz twierdzi, że wiele osób przyjmuje marihuanę głównie z powodów medycznych. Jakie medyczne właściwości ma marihuana? Podzieliłbym je na dwie kategorie: o częstym oraz rzadkim zastosowaniu. Te pierwsze to przede wszystkim działanie przeciwbólowe. Cannabis nie jest jednak jedynym środkiem przeciwbólowym, a poza tym oddziaływanie przeciwbólowe nie leczy przyczyn. Druga kategoria prezentuje się poważniej i nie neguję pozytywnego wpływu substancji obecnych w marihuanie na pewne, czasem bardzo poważne, schorzenia. Tylko - jeżeli byłoby to głównym powodem zażywania marihuany, to pan Klinowski i jemu podobni powinni lobbować za dopuszczeniem opartych na niej leków. Ich działania idą jednak znacznie dalej.

Szkodliwość używek

Badania cytowane przez Mateusza Klinowskiego mają potwierdzać, że liczba zgonów spowodowanych marihuaną jest znacznie niższa od spowodowanych przez papierosy, alkohol i nielegalne narkotyki. Mam jednak kilka wątpliwości. Wyniki te dotyczą USA, gdzie, jak pisze pan Klinowski, cannabis jest legalne w 15 stanach. Czy zatem kategoria "nielegalne narkotyki" obejmuje marihuanę w pozostałych 35 stanach? Czy przypadki zgonu po alkoholu obejmują sytuacje, w których ten przyczynia się do śmierci (osłabienie organizmu), a nie jest wyłączną przyczyną? O jakim stopniu przyczynienia się mówimy? Trzeba też wziąć pod uwagę, że alkohol, mocno zakorzeniony w cywilizacji Zachodu, spożywany jest przez znacznie więcej osób (praktycznie wszystkich), tak że żniwo, które zbiera w pewnej mierze należy zaliczyć na to konto.

Według cytowanych badań liczba zgonów spowodowanych marihuaną wynosi 0, a ewentualne wypadki śmiertelne po jej spożyciu Mateusz Klinowski uznaje za "statystycznie nieistotne". Czytam w prasie, że w 2006 roku w Holandii zanotowano 128 przypadków prób samobójczych (z tekstu nie wynika, czy "udanych") po zażyciu legalnych narkotyków, w tym marihuany. Statystycznie nieistotne? Kto to wytłumaczy rodzinom tych osób? A USA są znacznie większe niż Holandia.
No i przede wszystkim, skoro marihuana jest nieszkodliwa, ale wręcz przynosi zbawienne rezultaty, to dlaczego Klinowski pisze, że jej legalizacja spowoduje, że Polacy będą ją zażywać "z mniejszą szkodą dla siebie i otoczenia"? Ciekawy jest wątek "otoczenia", czyli społecznej szkodliwości marihuany. Narkotyk ten zażywany jest często w sytuacjach stresowych, związanych z nadmiarem pracy czy zmianą otoczenia. Czy istnieją badania stwierdzające wpływ tego narkotyku na odpowiedzialność pracownika i członka rodziny? Oczywiście, alkohol również wyrządza podobne szkody (z badań wyszłoby zapewne, że większe), ale łatwiej go wykryć, co ułatwia reagowanie w konkretnych wypadkach. No i - czy zażywanie marihuany pod okiem specjalisty zmniejszy jej negatywne społeczne oddziaływanie? Raczej ma szanse wpłynąć na szkodliwość dla zdrowia, która podobno nie istnieje...

Moda na narkotyki

Według Mateusza Klinowskiego legalizacja marihuany wpływa na obniżenie jej spożycia. Ze statystyk, które przytacza wynika, że w Kalifornii liczba palących trawkę 14-latków spadła o 47 proc. od "liberalizacji" w 1996 r. Ale ta liberalizacja oznaczała dekryminalizację posiadania narkotyków na własny użytek z przyczyn medycznych, a projekt mający na celu szerszą liberalizację upadł w jesiennym referendum. Czy związek między tą "liberalizacją" a spadkiem spożycia jest oczywisty? Zobaczmy inne dane przytoczone przez Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. W latach 2003-2007 spożycie marihuany wśród 15 i 16-letniej młodzieży spadło we wszystkich krajach UE-15, poza Danią, gdzie nieznacznie wzrosło, i Holandią, gdzie pozostało na tym samym poziomie. W niektórych państwach, np. Irlandii, Francji i Wielkiej Brytanii, spadek był bardzo znaczący, a przecież państwa te nie przeszły prawnej liberalizacji. Jednocześnie w dużej części nowych państw UE (Polska jest tu akurat w mniejszości) nastąpił wzrost, choć państwa te także nie przeszły liberalizacji (Czechy dopiero w 2010 r.). Jak to wytłumaczyć? Czyżby prawo nie miało wpływu? Myślę, że odpowiedź jest inna. Marihuana to pewna moda, styl życia związany ze specyficznym rozumieniem wolności, popularny głównie wśród młodzieży. Moda ta wybuchła na Zachodzie w latach 60. i, jak to moda, trochę się przejadła. W państwach postkomunistycznych przyszła później i dopiero teraz rozkwita, choć gdzieniegdzie już przekwita. Dane Centrum pokazują jeszcze jedną istotną zależność. "Postrzegalna dostępność" cannabis zmienia się niemal w każdym przypadku w tym samym kierunku co spożycie, pozwala to więc przypuszczać, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, że dostępność ma bezpośredni wpływ na spożycie. Jeżeli nie wierzymy, że prawo ma wpływ na sumienia, to na pewno ma wpływ na dostępność.

Twarde narkotyki

Według Centrum wzrosło natomiast spożycie narkotyków twardych. Co do nich prowadzi? Mateusz Klinowski twierdzi, że głównie alkohol. Powołuje się przy tym m.in. na "wyniki pilotażowego badania populacji uzależnionych od heroiny, które pokażą, od czego zaczynali swoją przygodę z odurzeniem. Jak łatwo zgadnąć, w większości przypadków był to alkohol". Łatwo zgadnąć? Nie sądzę. Załóżmy, że faktycznie większość tych biedaków tak twierdzi. Ale tu znowu pojawiają się wątpliwości. Czy fakt, że zaczynali od alkoholu jest zaskakujący w przypadku najpopularniejszego środka odurzającego? Pytanie powinno brzmieć: czy po drodze trafili na marihuanę? A jeżeli nawet nie (i tu muszę zmienić to, co napisałem poprzednio), dopiero porównanie procentowego udziału trafiających na heroinę przez alkohol do populacji pijących i uzależnionych od alkoholu oraz podobnej proporcji tych, którzy zaczęli od trawki do osób ją zażywających i uzależnionych od niej dałoby w miarę pełny obraz. Trafiłem także na dane Centrum, które porównują procentowy udział zażywających marihuanę i kokainę w przedziale wiekowym 15-64 lata. "Jak łatwo zgadnąć" - korelacja jest istotna: tam gdzie jest wysokie spożycie marihuany, równie wysokie jest spożycie kokainy. Wyjątkiem są Czechy, gdzie przy 34 proc. dla pierwszej występuje "tylko" 2 proc. dla drugiej. No, ale tam postępowe, liberalne mody dopiero nadchodzą.

Atak zamiast racjonalności

Dane statystyczne, gdy się je ujmie w kontekst, są zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Pisząc pierwszy tekst podzieliłem się swoimi przemyśleniami, przyznając się do pewnej ignorancji w tych sprawach. Pan Klinowski, jako specjalista, mógł zatem potraktować to jako dobrą wolę i wyłożyć swoje argumenty w celu przekonania Czytelników, w tym mnie.

Zamiast tego napisał zjadliwy atak. Przyznam, że nie jest to pierwsza tak ostra reakcja na moje poglądy na narkotyki, ale do tej pory spotykałem ją w rozmowach ze studentami, a ich ataki odbierałem jako próbę obrony pewnego wygodnego stylu życia. Ale po człowieku legitymującym się tytułem doktora prawa, będącym działaczem organizacji specjalistycznych (choć trzeba zaznaczyć, że promujących liberalizację w Polsce) spodziewałbym się mniej emocjonalnej argumentacji.

Sprostowanie

Na koniec należy się Czytelnikom jedno wytłumaczenie. Gdy piszę, że od wiedzy specjalistycznej ważniejszy jest zdrowy rozsądek, nie twierdzę, że wiedza specjalistyczna, badania naukowe i dane statystyczne, nie mają do odegrania żadnej roli w projektowaniu polityki. Wręcz przeciwnie. Ale dane i badania nigdy nie obejmują całej rzeczywistości oraz muszą być osadzone w kontekście społecznym. Jeden z członków Rady Polityki Pieniężnej z tytułem profesorskim napisał niegdyś, że choć nauka ekonomii daje coraz lepsze narzędzia, w decydujących momentach przeważa intuicja. Zdrowy rozsądek zawsze pozostanie w cenie. Tym bardziej, że "niezależny ekspert" to kategoria niemal mityczna. Większość reprezentuje jakieś grupy interesu.

*Autor jest prawnikiem i ekonomistą, członkiem Klubu Jagiellońskiego, doradcą konserwatystów w Parlamencie Europejskim.

polecane: FLESZ: 10 matek, które zmieniły świat

Wideo

Materiał oryginalny: W obronie zdrowego rozsądku - Dziennik Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3