W sieci narkotyków

Redakcja
Spadają ceny najbardziej popularnych wśród młodzieży syntetycznych "doładowaczy", zwiększa się też ich dostępność na tzw. prowincji

EWA KOPCIK

EWA KOPCIK

Spadają ceny najbardziej popularnych wśród młodzieży syntetycznych

"doładowaczy", zwiększa się też ich dostępność na tzw. prowincji

   W szkołach, na dyskotekach i wśród miejskich blokowisk dilerzy prowadzą akcję promocyjną. Rozdają darmowe próbki, oferują rabaty, kredyty i zniżki dla stałych klientów. Całą dobę dyżurują pod telefonami. W Krakowie jeden kurier, kursujący na rowerze między dyskotekami, w ciągu nocy zaopatruje kilkudziesięciu klientów.
   Dzięki dilerom większość gimnazjalistów i uczniów szkół ponadpodstawowych już wie, co to jest witamina A (amfetamina), plastelina i gruda (haszysz), kwasik (LSD) i na czym polega snifowanie (wciąganie narkotyku przez nos).
   "Upalanie się skunem" (palenie marihuany) podczas prywatek jest dziś tak samo popularne jak kiedyś wspólne wypalanie paczki papierosów. A "spedowanie" (zażywanie amfetaminy) przed maturami i podczas sesji egzaminacyjnych tak samo normalne jak mocna herbata. Szacuje się, że kontakt z marihuaną, amfetaminą, ecstasy, LSD, kokainą czy klejami miało już w Polsce prawie 3 mln osób, z czego 600 tys. uznaje się za uzależnionych lub bliskich trwałego uzależnienia.
   - Pierwszą działkę nowicjusz często dostaje za darmo. Za kolejne też niekoniecznie musi od razu płacić. Ale kiedy dług urasta do 300-400 zł, diler stawia sprawę na ostrzu noża: "kasa ma być najpóźniej do jutra". Jeśli w tym czasie przyparty do muru nieszczęśnik nie wyniesie czegoś z domu, dług rośnie w astronomicznym tempie - z każdym dniem o 100-200 zł. Po tygodniu do akcji wkracza już ekipa "silnorękich". "Dojeżdżają" niewypłacalnego klienta, aby zaraz potem dać mu szansę odpracowania długu. Dostarczają mu towar, wyznaczają dzienny limit sprzedaży i klientów, do których musi dotrzeć. To działa jak samonapędzające się koło. W ten sposób tworzą się siatki dilerskie w nowych środowiskach - mówi policjant z sekcji narkotykowej krakowskiej Komendy Miejskiej.
   Do pierwszego kontaktu z narkotykami często dochodzi latem.
   - Wakacje to na ogół okazje do szpanowania, poczucia się niezależnym i bardziej dorosłym. Wykorzystują to dilerzy, którzy penetrują miejscowości wypoczynkowe, weekendowe miejsca wypoczynku i miejskie blokowiska - mówi Marek Zygadło, szef krakowskiego Monaru. - Jesienią każdego roku zbieramy pokłosie: odbieramy telefony od zrozpaczonych matek, które wykrywają problem u dzieci. Dzwonią też sami młodzi ludzie, którzy nie bardzo wiedzą, co się dzieje, ale dotarło do nich, że nie potrafią już przestać brać. Sadzą, że rozmowa z terapeutą załatwi problem i przeżywają szok, kiedy trafiają na detoks.
   Szok przeżył 22-letni Tomek, który trafił na odwyk

po kilku latach "spedowania".

   Brał już w liceum przed ważniejszymi klasówkami. Potem na studiach przed każdym egzaminem. Wydawało mu się, że nad wszystkim panuje i nie wpadnie w uzależnienie. Pomylił się. Na początku - jak mówi - amfetamina poprawiała mu pamięć. W ciągu nocy przyswajał materiał, na który normalnie potrzebowałby tygodnia. Potem dobra pamięć stała się wspomnieniem. Zapominał nie tylko o tym, czego się nauczył w narkotycznym ciągu, ale nawet, co robił w dzień. Tracił kontakt z rzeczywistością. Zdołał przebrnąć tylko przez dwa semestry medycyny, na drugim roku nie potrafił zaliczyć już żadnego egzaminu.
   Jeszcze kilka lat temu cena działki amfetaminy (0,1 grama) wynosiła w Krakowie 10-15 zł. Dzisiaj ta sama porcja kosztuje 3 zł - tyle, co piwo. Nikt już jednak nie zawraca sobie głowy rozważaniem białego proszku po 0,1 grama. Zazwyczaj dilerzy sprzedają dawki 0,5 - 1-gramowe. Pełny gram kosztuje zaledwie 30 zł, przy czym zawiera tylko 17-18 proc. czystej amfetaminy. Pozostałość to domieszki - cukier puder, glukoza, czasem panadol. W ten sposób z każdego kilograma amfetaminy wyprodukowanej w laboratorium (o czystości ok. 98 proc.) do sprzedaży trafia ponad 4 kg towaru.
   Z badań prowadzonych wspólnie przez Instytut Socjologii UJ i Krakowskie Towarzystwo Pomocy Uzależnionym wśród uczniów szkół ponadpodstawowych województwa małopolskiego wynika, że młodzież najczęściej ma kontakt z narkotykami na prywatce i w dyskotece. 20 proc. badanych przyznaje jednak, że również na terenie szkoły. Na pytanie, gdzie najłatwiej można kupić narkotyki, młodzież z krakowskich liceów odpowiada, że najprościej zamówić je z dowozem - przez telefon. Bez problemu można również kupić dowolny narkotyk w pubie od stojących na bramce ochroniarzy.
   - Narkotyki są praktycznie obecne podczas każdej młodzieżowej imprezy - potwierdzają policjanci z sekcji narkotykowej KMP w Krakowie. - Ujawniamy je zarówno podczas kontroli w dyskotekach, jak i w czasie wycieczek rekreacyjnych statkiem po Wiśle. Przygotowane porcje dilerzy ukrywają w specjalnych woreczkach zawieszonych na szyi jak klucze. Chcąc pozyskać nowych klientów, czasami dosypują narkotyki do napojów bez wiedzy zainteresowanych. Jeśli im się to spodoba, dopiero wtedy informują, co zażyli. Często dochodzi wówczas do przedawkowania i bywa, że ktoś traci przytomność w czasie tańca.
   Choć znowelizowane przepisy Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii przewidują odpowiedzialność karną dla właścicieli lokali, w których rozprowadza się środki odurzające, wielu z nich toleruje obecność dilerów w obawie przed utratą klientów. Policja twierdzi, że żaden z krakowskich przedsiębiorców nie sygnalizował dotąd tego problemu i nie zwrócił się o pomoc w tej sprawie. Takie sygnały rzadko też docierają ze szkół, choć często jest to najlepsze miejsce na sprzedaż wszelkich zakazanych używek.

Ostatnim ogniwem

w dilerskim łańcuchu jest zawsze konsument. W ten sposób najczęściej rozprowadza się narkotyki w szkołach - mówi Marek Zygadło. - uczeń, który je promuje, mówi, że miał "superjazdę" i przekonuje do kupna kolegów. Dzięki temu zarabia na swoją "działkę" i tworzy nową sieć odbiorców. Przy okazji rośnie też jego pozycja w klasie, bo przecież ma dostęp do "dragów" i kontakty ze środowiskiem kryminalistów. Może np. zlecić egzekucję jakiegoś długu i wywiezienie niewypłacalnego klienta w bagażniku samochodu do lasu. Niekoniecznie po to, by zrobić mu krzywdę, czasem wystarczy, żeby klient posikał się ze strachu. Chodzi o to, żeby wzbudzić lęk. I to się udaje. Nikt z uczniów nie wskaże nauczycielowi szkolnego dilera.
   W walce ze szkolnym narkobiznesem nie pomaga też polityka chowania głowy w piasek stosowana przez wielu dyrektorów szkół. Mimo że badania potwierdzają, iż nie ma już "czystych" szkół, większość dyrektorów nie widzi problemu i woli wydalić ucznia że szkoły albo przekonać rodziców, żeby przenieśli go do innej placówki. Obowiązuje przekonanie, że szkoła jest dobra, jeśli nie ma w niej narkomanii. We wszystkich ona istnieje, ale przyznanie się do tego publicznie oznacza kłopoty, więc wszyscy mówią, że nie ma.
   Zdaniem specjalistów istnieją dwie zasadnicze grupy przyczyn popadania w nałóg narkomanii: predyspozycje psychiczne ukształtowane przez dom, szkołę i grupy rówieśnicze oraz czynniki zewnętrzne, czyli moda na narkotyki, ciekawość i trudności życiowe. Jeśli do tego dodać, że z dostępem do narkotyków nie ma żadnych problemów, to łatwo zrozumieć, że nie ma już miejsc wyizolowanych od narkomanii. Aż 40 proc. badanej młodzieży z małych miasteczek województwa małopolskiego przyznało, że otrzymało propozycję przyjęcia narkotyków, a 25 proc., że z niej skorzystało.
   - W małych miasteczkach problem zaczyna się już wśród gimnazjalistów. Oni często gubią się w życiu. Widzą, jak ich rodzice wpadają w alkoholizm z powodu utraty pracy, obserwują rosnącą biedę. Nie dostrzegają dla siebie perspektyw i uciekają w narkotyki. Biorą to, do czego mają dostęp, czyli przede wszystkim alkohol, kleje, marihuanę i amfetaminę - mówi Marzena Krajewska z Monaru.
   Z policyjnych raportów wynika, że w ostatnich latach dwukrotnie wzrosło w Polsce zapotrzebowanie na marihuanę, haszysz, ecstasy, kokainę oraz LSD. W produkcji syntetycznych narkotyków

jesteśmy potentatem w Europie.

   Szacuje się, że polska amfetamina opanowała ok. 60 procent tamtejszego rynku, ecstasy - ok. 30 proc. Od połowy lat 90. policja zlikwidowała blisko 90 nielegalnych wytwórni, w minionym roku 10. Koszt wyposażenia laboratorium do produkcji amfetaminy to zaledwie tysiąc złotych. Nakłady zwracają się ponad 6-krotnie już po wyprodukowaniu pierwszego kilograma białego proszku.
   - Ten rynek jest kontrolowany, ale nie przez policję, tylko przez ludzi, którzy decydują o podaży narkotyków. Bez ich zgody żaden producent nie wejdzie z towarem na rynek. Ma szansę, gdy znika w kraju jakieś laboratorium i wytwarza się luka. Wtedy zostaje sprawdzony i ewentualnie dopuszczony do "pańskiego stołu". Tu nic nie odbywa się na żywioł. Narkotykowy biznes przypomina dziś struktury doskonale zorganizowanej korporacji - przyznają policjanci.
   Gangsterzy zajmujący się narkotykami osiągają dziś w świecie przestępczym najwyższe pozycje. Taką pozycję zdobył w Krakowie gang braci P., który, według policji, zmonopolizował na południu Polski handel syntetycznymi narkotykami. We wrześniu podczas kilkudniowej akcji - prowadzonej przez policjantów z Centralnego Biura Śledczego i wydziałów kryminalnych kilku małopolskich komend - u kilkunastu zatrzymanych osób zarekwirowano ok. 44 tys. tabletek ecstasy. W mieszkaniach i rezydencjach należących do gangsterów zabezpieczono również sztucery z lunetami, pistolet maszynowy z tłumikiem, broń gładkolufową i krótką.
   - Do tymczasowego aresztu trafiło 13 osób. Zarzuca im się udział w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym. Zajmowała się ona przemytem i handlem narkotykami na wielką skalę oraz dopuszczała się groźnych przestępstw kryminalnych - mówi mł. insp. Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji.
   Gang hurtowników inwestował m.in. w nieruchomości i w lokale gastronomiczno-rozrywkowe, ale nie stronił również od działalności charytatywnej. Dzięki temu jego członkowie pokazywali się na oficjalnych bankietach, uczestniczyli w prestiżowych imprezach i nawiązywali kontakty, które mogły być pomocne w nielegalnym biznesie.
   Na razie przedstawione aresztowanym zarzuty dotyczą przemytu na wielką skalę tabletek ecstasy z Holandii oraz hurtowej ich sprzedaży. Z informacji operacyjnych policji wynika, że "żołnierze" gangu zlecali także tworzenie sieci sprzedaży mniejszym dilerom, nadzorowali ich i pobierali procent. Sam szef - jak dotąd - jest jednak nietykalny. Policji nie udało się zdobyć dowodów, że miał on cokolwiek wspólnego z narkotykami. Chroni go pozycja, jaką zdobył w środowisku krakowskich bandytów. Nadal rozsądza spory, załatwia adwokatów i pomaga rodzinom aresztowanych. Dlatego przebywający w celi milczą. Gdy wyjdą, odpracują poniesione przez szefa nakłady.

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie