W sprawie pekaesu

HAUS
W Bolechowicach mieszkał kiedyś Janusz Roszko, jeden z najwybitniejszych polskich reportażystów, erudyta, autor wielu cenionych książek. 25 lat temu odwiedził go Jacek Snopkiewicz, przygotowujący zbiór rozmów z prominentnymi polskimi reporterami (ukazał się w formie zwartej nakładem Młodzieżowej Agencji Wydawniczej jako "To ucho! Runda reporterów"). Panowie porozmawiali o doświadczeniach zawodowych gospodarza, o jego planach zawodowych - a na koniec Roszko opowiedział ładną historię. "Ludzie opowiadają mi, że linią autobusową do Krakowa rządzą kierowcy. Wieś, która się sama nie opłaci, nie może liczyć na autobus. Na Zelkowie zorganizowano wielką zabawę, lewy dochód podobno został wręczony funkcjonariuszom PKS. Autobusy zabierają mieszkańców Zelkowa, a w mojej wsi się nie zatrzymują, bo Bolechowice nie zapłaciły. Mnożą się scysje, ludzie przychodzą do mnie na skargę, proszą o interwencję. Więc robię, co do mnie należy, piszę".

Bolechowice

   Żyjącym od dnia do dnia, zaprzątniętym wciąż tymi samymi, powtarzającymi się kłopotami, trudno dostrzec i precyzyjnie określić rozległość zmian, jakie dokonały się w ostatnim piętnastoleciu. Czasem trzeba impulsu, odrobiny jaskrawości; takiego reflektora, który oświetlając szczegół - uzmysłowi, ile jeszcze nie tak dawnych problemów definitywnie przestało istnieć, mieć znaczenie...
   Relata refero. Roszko nie żyje od dziesięciu lat, trudno więc sprawdzić, jaki skutek wywarły jego interwencje sprzed ćwierćwiecza. Ale nie w tym zresztą rzecz: rzecz w drobiazgu, dziś niepamiętanym - ile złej krwi, ile konfliktów i problemów wywoływała obsługa komunikacyjna, świadczona przez państwowego monopolistę.
   PKS sprzedawał bilety miesięczne - ale wcale nie oznaczało to, że posiadacz takiego "karnetu" ma zagwarantowany przejazd; wystarczył zły humor kierowcy, aby autobus wcale nie zatrzymał się na przystanku. PKS miał rozkłady jazdy - ale obowiązywały one jedynie pasażerów, bo na pewno nie przewoźnika. Pan na autobusie był suwerenem absolutnym: mógł łaskawie zabrać, ale równie dobrze mógł odmówić przewiezienia; skargi kierowało się na Berdyczów, bo nie istniała siła, która przyznałaby rację niedoszłemu klientowi.
   A "wypadanie" kursów, tłumaczone trudnościami taborowymi? A skracanie jazdy i zostawianie pasażerów na poboczu (to ze względów technicznych)? A prowadzone latami - i przy poparciu tzw. czynników społeczno-politycznych - pertraktacje o uruchomienie nowych linii? Oraz inauguracje ich - tak celebrowane, jakby rzeczywiście działo się coś wiekopomnego?
   Wszystko to było - i wszystko to zaciera się w pamięci. Najlepszym lekarstwem na fanaberie monopolisty okazał się wolny rynek przewozów, konkurencja prywatnych firm, przede wszystkim mikrobusowych. PKS cierpiał, jego szefowie ronili łzy, żądali przywilejów, domagali się od samorządów dopłat - ale, chcąc nie chcąc, musieli zmienić stosunek do swoich obowiązków, a przede wszystkim do klientów, którzy przestali być pogardzaną stonką i tałatajstwem, a zaczęli być przez jaśnie panów traktowani jako ci, dzięki którym jest praca...
   I choć wciąż daleko od stanu idealnego, choć wciąż wiele można zarzucić osobom i przedsiębiorstwom, świadczącym usługi przewozowe, to jednak o powrocie do realiów, opowiedzianych Snopkiewiczowi przez Roszkę, nie ma powrotu. Dyktat upadł; raz na zawsze.
   Pod tym względem wszystko się zmieniło - i to na lepsze.
(HAUS)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie