W świecie baśni

Redakcja
Jestem chopok spod ukraińskiej granicy, z Roztocza lwowsko-tomaszowskiego, wychowany na Teatrze Polskiego Radia, którego słuchałem w każde niedzielne popołudnie. To rozbudzało moją wyobraźnię i wtedy połknąłem bakcyla teatru - mówi Franciszek Muła, który od 12 lat bawi i wzrusza publiczność teatru Groteska. A wcześniej, przez dwie dekady był aktorem Teatru STU, gdzie zdobywał zawodowe szlify.

Poczet aktorów Krakowa: FRANCISZEK MUŁA

   Pierwszym obejrzanym przez niego spektaklem "na żywo" był "Pierścień wielkiej damy" Norwida; wtedy też pojawiły się marzenia o aktorstwie, z którymi nikomu się nie zdradzał. - Jako "chemiczny" olimpijczyk wykombinowałem tak: zdam na chemię, na UJ, do Krakowa, a później spróbuję zakręcić się wokół aktorstwa. Po I roku postanowiłem zdawać do krakowskiej PWST. Niestety, odwagi starczyło mi jedynie na wejście na I piętro szkoły, a egzamin odbywał się na II. Ale niespodziewanie przed moim nosem wyrósł afisz oznajmiający o naborze do Teatru STU. Ta nazwa kompletnie nic mi nie mówiła, a jednak zdałem egzamin i tak od warsztatów teatralnych, pierwszych ról, zaczęła się moja teatralna przygoda. Debiutanckim spektaklem, w którym zagrałem, było "Pożądanie schwytane za ogon", jedyne przedstawienie prezentowane w starej siedzibie teatru przy ul. Brackiej. Spróbowałem jeszcze raz dostać się do szkoły teatralnej, ale mnie nie przyjęto i na tym skończyłem moje podejścia, wychodząc z założenia, że nie będę się pchał tam, gdzie mnie nie chcą.
   W STU, oprócz aktorstwa, Franciszek zajmował się wszystkim po trochu: administrowaniem, organizowaniem wyjazdów teatru, a i za miotłę chwytał, jak było trzeba. - To była dla nas wszystkich twarda szkoła, ten teatr stanowił rodzaj wspólnoty, w której obowiązywał taki właśnie rodzaj pracy. Traktowaliśmy ją bardzo odpowiedzialnie.
   Grał m.in. w "Spadaniu", "Senniku polskim", "Exodusie", "Pacjentach", "Tajnej misji" - spektaklach obrosłych już legendą, z którymi zjeździł Europę i pół świata, uczestnicząc w najważniejszych festiwalach międzynarodowych. - To był czas krzepnięcia mojego aktorstwa, bo każda rola wymagała innych środków wyrazu i innej formy. Świetna szkoła zawodu i życia. Ten teatr był wyrazem naszego sprzeciwu i buntu wobec ówczesnej komunistycznej rzeczywistości i dzięki temu spontanicznym dialogiem z publicznością. Mieliśmy świadomość, że uczestniczymy w czymś ważnym, czego władza nie akceptowała, a czego dowodem były ciągłe boje z cenzurą. STU to był dom, w którym czasami mieszkało się, piło wódkę, dyskutowało, a przede wszystkim pracowało - nie patrząc na zegarek.
   Do najważniejszych ról z tego okresu Franciszek zalicza m.in. dwie, które zagrał w "Pacjentach": Iwana Bezdomnego i Mateusza Lewitę. Psychiczna odległość między tymi postaciami, konieczność przeobrażania się, scenicznej transformacji na oczach widzów, stanowiły dla aktora duże wyzwanie. - Z butnego, nieokrzesanego i tępego antychrysta Iwana musiałem przeistoczyć się w człowieka o dużej wrażliwości, otwartego na prawdę, pokornego ucznia Mistrza. Takie role są najciekawsze, bo jest się o co spierać z samym sobą i z postacią.
   O Teatrze STU Franio mógłby opowiadać godzinami, bo były to przecież dla niego lata twórczej pracy i wielka szkoła życia. Kiedy po 20 latach nadszedł czas przesilenia, poczuł, że jest wypalony i potrzebuje zmiany. - Byłem zmęczony przebywaniem w jednej grupie ludzi, poza tym stuknęła mi czterdziestka, trudny czas dla mężczyzny, więc postanowiłem zmienić coś w swoim życiu.
   Na początku lat 80. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Wykonywał różne prace: budowlane, remontowe, a przede wszystkim opiekował się pacjentami chorymi na alzheimera. Zupełnie przypadkowo zagrał w filmie angielskiego reżysera "Troje wierzących", obok Elżbiety Czyżewskiej". - Ten film prezentowano na wielu międzynarodowych festiwalach, a ja do dziś mam wyrzuty sumienia, że nie przyłożyłem się do mojej roli. Zresztą z kamerą jestem na bakier. Ona mnie nie kocha i ja ją wrogo traktuję.
   Po dwóch latach wrócił do Polski, jednak z nadzieją powrotu za "wielką wodę", gdyż w Nowym Jorku pojawiła się szansa wejścia do nurtu offowego tamtejszego teatru. Względy osobiste pokrzyżowały te plany. I dobrze się stało, że został w kraju, bo dzięki temu edukuje młodą publiczność w "Grotesce". - Janek Polewka, ówczesny dyrektor, zaproponował mi rolę w "Miromagii". Wpadłem do teatru "na rolę" i trwam już w nim 12 lat.
   Czy aktorstwo w spektaklach dla dzieci różni się od tego dla dorosłej publiczności?
   Trzeba równie serio, a może jeszcze bardziej poważnie podchodzić do wykonywanych zadań. Dzieci nie da się oszukać, one wyłapują każdy sceniczny fałsz, są bardzo krytyczne. Staram się odpowiedzialnie traktować tę pracę i moją publiczność. Kreowanie baśniowych i mitycznych światów daje wielką radość nam, aktorom, i naszej publiczności. Najbardziej lubię grać dla tych najmłodszych, przedszkolnych szkrabów, bo są najwdzięczniejszymi widzami: chwytają od razu konwencję i są niezwykle ufne, wierzą bez granic we wszystko, co dzieje się na scenie. Nie przeszkadzają mi ich głośne komentarze, podbieganie do sceny i chęć dotknięcia wszystkiego. To jest wspaniałe, bo żywe i cały czas trzeba się mieć na baczności. Jeśli na scenie odbywają się jakieś czary - dzieci natychmiast chcą sprawdzić, jak to się dzieje, że np. smok zieje ogniem lub świecą mu się oczy. Bywają też sytuacje zaskakujące. Na jednym ze spektakli zapytaliśmy dzieci, co należy zrobić ze złą czarownicą, a pewien kilkuletni dżentelmen natychmiast wyrwał się z okrzykiem: "Zabić, zabić, a potem zakopać i obsikać". No i masz babo placek. Na takie sytuacje też trzeba umieć reagować.
   Koty, lisy - to nieobce Franciszkowi postaci, zagrał ich wiele. - Ale moją specjalnością są raczej ministrowie i filozofowie z bajkolandów. W "Szelmostwach lisa Witalisa" byłem nawet samym Brzechwą. Natomiast książęta i królowie to nie moja domena, choć zdarzyła mi się rola Króla Salomona.
   Dodatkowych trudności w teatrze dla dzieci przysparza granie z lalką, której animacja wymaga manualnych umiejętności. - Wszystko zaczyna się od sposobu myślenia. W głowie aktora musi urodzić się postać lalki, bo to on musi w nią tchnąć życie. Dlatego aktor powinien uczestniczyć w procesie projektowania jej przez scenografa. Wówczas bowiem rodzą się pomysły ruchu i wyrazu twarzy. A potem zaczyna się żmudna praca nad całym ciałem, bo życie lalki kreuje się również przez pracę barku, ramienia, nadgarstka, dłoni i palców. Lalka zaczyna żyć w momencie, gdy rezygnujesz z siebie na jej rzecz. Gdy przekazujesz jej własną osobowość. Dodatkową komplikacją są przeróżne triki, które lalka wykonuje. Jeśli chcesz, żeby np. podskakiwał jej na głowie kapelusz, lub by poruszała palcami, to wówczas dochodzą do obsługi kolejne linki, co wymaga już umiejętności niemal ekwilibrystycznych. W mojej ulubionej "Balladynie" stopień komplikacji jest dodatkowy, bo gram kilka postaci zarówno w żywym planie, jak i animując lalkę.
   Jeszcze innych technik wymaga granie w masce, kiedy trzeba uruchomić całe ciało i niejako przenieść na maskę własną mimikę. Ona nie może być martwa, ale integralnie związana z aktorem i z postacią. Jednym z ulubionych przedstawień Franciszka Muły były "Baśnie japońskie". - Przez półtorej godziny siedziałem jako Japończyk z wachlarzem na proscenium i komentowałem wydarzenia ruchem ciała i wachlarza. Starałem się to robić bardzo dynamicznie i każdym gestem wczuwać się w rolę. Doczekałem się nawet wielkiego komplementu od rodowitej Japonki - przez skromność nie przytoczę.
   Czy udział w repertuarze dziecięcym nie wywołuje tęsknot za "dorosłymi" rolami?
   Oczywiście, że tak, dlatego ogromnie się cieszę, że w naszym teatrze została uruchomiona scena dla dorosłych. Wyżywam się, grając np. Hermenegildę Kociubińską. Bawię siebie i widzów grając w gorsecie, w butach na obcasach, z... wąsami i z brodą. Po słynnej Hermenegildzie w wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej ta praca nie była łatwa. Z kolei w "Kandydzie", rozśpiewanym i roztańczonym spektaklu, gram filozofa komentującego gorzki obraz naszej rzeczywistości prezentowany w scenie Eldorado. Moje tęsknoty za "dorosłym"repertuaremrekompensuję sobie w Teatrze STU, gdzie gram gościnnie Grabarza w "Hamlecie" i Dyndalskiego w "Zemście".
   Dla Frania najważniejsi w teatrze są ludzie, bo teatr to praca zespołowa, w której gra się do jednej bramki. Aktor bardzo ceni zespół Groteski, jego umiejętności i oddanie idei twórczej pracy. Od wielu lat zaprzyjaźniony jest z Włodzimierzem Jasińskim, aktorem, który do "Groteski" przyszedł ze STU niemal równocześnie z nim. Utarło się nawet powiedzenie, że tam gdzie Franio, to Włodek i wzajemnie. I choć, jak sam twierdzi, brakuje mu w tym zawodzie cechy bardzo ważnej, czyli łokci, którymi mógłby przepychać się we wspinaniu po szczeblach kariery, to jednak poza teatrem nie wyobraża sobie życia. - Jestem zwierzęciem stadnym i kontakty z ludźmi bardzo sobie cenię. Tak było i w STU, i w Grotesce. A praca nie jest łatwa, bo często się zdarza, że gram trzy przedstawienia dziennie.
   A czym aktor zajmuje się poza teatrem?
   Czytanie książek i podróże - to moja pasja. Wiele zakątków zjeździłem z teatrem, ale i sam wypuszczam się w odległe kraje. Moim marzeniem jest ponowna wyprawa do północnej Afryki. Wspaniale czuję się na pustyni. A jeśli jeszcze z dala widać góry i morze, jak na Synaju, gdzie ostatnio byłem, to wtedy jestem w siódmym niebie. No i do tego w takim klimacie reumatyzm mi nie doskwiera, który pojawił się wraz z upływem lat. Sądzę, że gdzieś w pustynnych rejonach muszą być moje korzenie, skoro właśnie tam jestem taki szczęśliwy.
JOLANTA CIOSEK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie