Wciąż jestem inżynierem

Redakcja
Jerzy Miller Fot. Anna Kaczmarz
Jerzy Miller Fot. Anna Kaczmarz
Był Pan wiceministrem, prezesem dwóch ważnych agend rządowych, doradcą prezydenta Gruzji, wicewojewodą krakowskim. Czy tak planował Pan przed laty swoją karierę zawodową?

Jerzy Miller Fot. Anna Kaczmarz

KARIERA. Mówi JERZY MILLER wojewoda małopolski

- Gdyby o moje plany zawodowe zapytała mnie pani 20 lat temu, odpowiedziałbym, że będę wykonującym swój ukochany zawód inżynierem - będę pisał programy, zajmował się automatyzacją i pracą naukową.
Czyli to, co stało się z Pana życiem zawodowym, stanowiło pewną niespodziankę?
- Całkowitą niespodziankę i to z dwóch względów. Po pierwsze, staram się być człowiekiem racjonalnym, więc gdybym marzył o karierze urzędnika, to oczywiście wybrałbym inne studia. Nadal uważam za pewien wybryk z mojej strony to, że ukończyłem najbardziej kosztowne w latach 70. studia, które wymagały korzystania z bardzo nowoczesnej aparatury, takiej jak komputerowa.
Pracował Pan na legendarnym komputerze "Odra"?
- Nie - miałem do dyspozycji dzisiejszy Cyfronet, a w nim najszybszy komputer w naszej części Europy. Akademia Górniczo-Hutnicza musiała podpisywać jakiś cyrograf, że komputer będzie wykorzystywany tylko do celów dydaktycznych, bo można go było przecież wykorzystać w różny sposób, w tym wojskowy. Jak widać, zainwestowano we mnie mnóstwo pieniędzy, a przede wszystkim czasu wspaniałych naukowców. A ja, zamiast to wszystko szanować, sprzeniewierzyłem się swojemu zawodowi i wziąłem się za urzędowanie...
Dlaczego?
- W pewną majową niedzielę 1990 roku zadzwonił do mnie Tadeusz Piekarz i mówi: "Jutro jadę do premiera Tadeusza Mazowieckiego po odbiór nominacji na wojewodę krakowskiego. Ty tak dużo krzyczałeś o tym, co jest źle robione, więc pokaż teraz, że potrafisz nie tylko krzyczeć, ale i pracować". Dał mi czas do szóstej rano następnego dnia.
A Pan odpowiedział: zgadzam się?
- Tak, ale tylko na pół roku. I prosto z instytutu trafiłem do Urzędu Wojewódzkiego. Przez tydzień byłem wolontariuszem, bo na uczelni już wziąłem urlop, a w urzędzie nie miałem podpisanej umowy. Ale chciałem przynajmniej przyjrzeć się miejscu, w którym miałem pracować i czegoś się nauczyć. Do tamtej pory z urzędami miałem tylko tyle wspólnego, że odebrałem dowód osobisty i prawo jazdy.
Te pół roku zamieniło się w ponad 18 lat. Czy zdarza się, że żałuje Pan tamtej decyzji z maja 1990 roku?
- Czasem tak. Praca inżyniera daje niesamowitą satysfakcję, bo inżynier to człowiek, który ciągle jest niezadowolony, chce poprawiać i ma możliwości, żeby to robić. W tym, co robię teraz, trzeba wyrabiać w sobie pokorę. Bo mogę mieć pomysł, mogę nawet mieć zespół do jego realizacji, ale nie jestem autonomiczny. Moje działanie zależy od otoczenia, które sprawia, że miewam skrępowane ręce. Ale te chwile żalu są rzadkie. Jako inżynier zmieniałbym bowiem szczegół, a jako pracownik publiczny - przyczyniam się do zmiany życia większej lub mniejszej społeczności. O tym często mówił mi Leszek Balcerowicz. Kiedyś, gdy miałem już dość Warszawy i chciałem wrócić do Krakowa, powiedział, że jeśli chcę zmienić to, co tak krytykuję - a krytykowanie zdarza mi się często - to muszę zostać w miejscu, w którym mogę mieć wpływ na te zmiany. Więc zostawałem, bo wciąż jestem inżynierem, który ciągle chce coś poprawiać.
Przez 8 lat był Pan wicewojewodą krakowskim. Jak się wtedy pracowało?
- Wspominam ten czas dobrze, bo była to praca w rodzinnym mieście, a efekty decyzji wykonawczych były szybkie i zauważalne. Był też rząd Tadeusza Mazowieckiego, najlepszy moim zdaniem rząd po 1989 roku. Choć czasy nie były łatwe. Mało kto wie, że wtedy Skarb Państwa po prostu nie miał pieniędzy. I wtedy szła prośba do wielkiej, płacącej duże podatki firmy, żeby zapłacili kilka dni wcześniej, bo nie ma na wypłaty dla nauczycieli. I firma płaciła... Z drugiej zaś strony niełatwo było zachować w urzędzie dobrych urzędników z poprzedniego etapu. Do Tadeusza Piekarza ustawiały się kolejki z pretensjami, że nie po to walczyli o wolną Polskę, żeby teraz nie było dla nich etatów.
Mieliśmy rozmawiać o Panu, o Pana karierze, a tu ciągle mowa o innych - Balcerowiczu, Piekarzu, Mazowieckim...
- Bo moim dorobkiem tych lat jest to, że uczyłem się od lepszych od siebie, niezależnie od tego, jaką opcję polityczną reprezentowali. Nigdy nie szufladkowałem ludzi według przynależności partyjnej. Ale - choć zabrzmi to bardzo górnolotnie - ja pracuję dla Polski, nie dla tego czy innego ugrupowania.
I pewnie dlatego czasem składał Pan dymisję z zajmowanego stanowiska, czasem zaś Pana zwalniano?
- Wyrzucony zostałem z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa - bo nie zgodziłem się na zatrudnienie osób z dostarczonej mi listy, i z Narodowego Funduszu Zdrowia - bo nie zgodziłem się na zwolnienie moich zastępców. W tym drugim przypadku konieczna była zmiana ustawy, bo rada nadzorcza NFZ murem stanęła za mną i "normalną" drogą zwolnić się mnie nie dało. Prezesowanie w tych dwóch instytucjach było dla mnie zarazem trudne, jak i pouczające. Do ARiMR trafiłem w momencie, kiedy z powodu braku systemu informatycznego groziła nam utrata dopłat bezpośrednich dla rolników. Kiedy po czterech miesiącach odchodziłem z agencji, system już był. Dwa lata w NFZ wspominam jako trudne, ale bardzo ciekawe. Choćby przez to, że poznałem pełny wachlarz postaw środowiska medycznego - od wspaniałych lekarzy, po tych, którzy nigdy nie powinni wykonywać tego zawodu.
Jaki moment uważa Pan za szczytowy w swojej dotychczasowej karierze?
- Najlepiej czuję się tu i teraz, jako wojewoda małopolski. Natomiast z punktu widzenia hierarchii najważniejsze niewątpliwie było stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Finansów. Jest to resort, w którym zbiegają się wszystkie nitki władzy wykonawczej. Tam dowiedziałem się, co to znaczy rządzić w Polsce, nie tylko w kwestiach związanych z finansami. Podałem się do dymisji, bo nie mogłem zaakceptować przyjętego przez rząd budżetu. Ta dymisja, z osobistego punktu widzenia, była krokiem dość desperackim - odchodząc z ministerstwa nie wiedziałem, co będę robić następnego dnia. Bo, wbrew pozorom, byłemu wiceministrowi takiego resortu trudno znaleźć pracę, jeśli nie chce wysłuchiwać od dziennikarzy zarzutów, że zatrudnił się po to, by sprzedawać wiedzę i tajemnice poznane na stanowisku państwowym.
W tej sytuacji wyjazd do Gruzji był dobrym rozwiązaniem? Kto tam Pana wysłał?
- Amerykanie, bo chcieli wspierać reformowanie tego państwa i zwrócili się w tym celu do Leszka Balcerowicza, który stworzył odpowiedni zespół. Oprócz Polaków pracowali tam także przedstawiciele innych państw, ale nieskromnie stwierdzę, że byłem dla prezydenta Gruzji lepszym doradcą niż na przykład Anglicy, który raczej nie mieli doświadczeń związanych z budową gospodarki rynkowej po latach komunizmu.
We wszystkich instytucjach, w których Pan pracował, krążą legendy o Pana pracowitości, o oświetlonym do późnej nocy oknie, budzonych o 6 rano portierach...
- Hmmm, widać nie działam ekologicznie, bo marnuję prąd! Ale mówiąc serio - moim zdaniem, jeśli służba publiczna ma być wykonywana uczciwie, to 12-godzinny dzień pracy jest absolutnym minimum, choć i 16 godzin to nie jest za dużo. I nie chodzi o gadanie, spotkania na bankietach czy premierach. Jestem człowiekiem, który przed podjęciem decyzji musi poznać szczegóły, musi poznać kontrargumenty i który woli rozmawiać z ludźmi, niż czytać ich notatki.
16-godzinny dzień pracy - czy taka jest cena sukcesu?
- Między innymi - i wynikające z tego zmęczenie. Zdarzyło mi się kiedyś, że wracając z pracy - a nie korzystam z samochodu służbowego - przejechałem na czerwonym świetle. W tej pracy nie ma wolnego czasu, bo także w domu odczuwa się odpowiedzialność za podjęte decyzje i podpisane dokumenty. Czy myśli Pani, że dobrze się śpi po decyzji, w wyniku której na przykład kilkaset osób straci pracę?
A życie osobiste, pasje, urlopy?
- O swoim życiu osobistym nie mówię z zasady, towarzyskie znajduje się w zaniku, zdarza mi się przez cały sezon nie być w teatrze. Pasje - tak, kiedyś miałem, teraz zabrakło na nie czasu. Urlopu nie miałem od kilku lat, ale kiedy jeszcze sobie na to pozwalałem, dzieliłem go na część zimową - czyli narty, i letnią - czyli wyprawy kajakiem.
Warto było z tego wszystkiego rezygnować?
- Warto. Nauczyłem się rzeczy, o których nie wiedziałem, że istnieją. Poznałem wspaniałych ludzi i to nie tylko oficjalnie.
Co zalicza Pan do swoich sukcesów?
- Na przykład kilkadziesiąt zaoszczędzonych miliardów, bo udawało mi się czasem udowodnić, że ich wydanie nie leży w interesie Polski. Wprowadzenie do urzędów trochę myślenia biznesowego, co usprawnia ich działanie. Ale za największy osobisty sukces uważam to, że kiedy odwiedzam moje dawne miejsca pracy, wszędzie witają mnie życzliwe uśmiechy. Widać, mimo że jestem uważany za szefa wymagającego i na pewno za rzadko udzielającego pochwał, nie przekroczyłem jednak granic cierpliwości moich współpracowników.
Czego Pan żałuje?
- Tego, że w 1990 roku nie wiedzieliśmy tyle, co teraz. Niektórych kolegów, którzy po drodze odpadli. Upartyjnienia samorządu, zwłaszcza na szczeblach poniżej wojewódzkiego.
O czym Pan marzy?
- Poproszę o następne pytanie...
Są chyba marzenia, do których może się Pan przyznać?
- No dobrze - są. Przyznam się do dwóch. Żeby w przyszłym roku, 4 czerwca, Polska hucznie świętowała rocznicę wyborów 1989 roku. Polska wraz z resztą Europy, bo gdyby nie my, nie byłoby święta w wielu innych krajach. Drugie marzenie jest bardziej osobiste - chciałbym żyć tu, w Małopolsce, coraz piękniejszej, zasobniejszej, szczęśliwej.
Rozmawiała Barbara Matoga
Jerzy Miller urodził się 7 czerwca 1952 roku w Krakowie. Ukończył studia na Wydziale Elektrotechniki, Elektroniki i Automatyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, ze specjalnością automatyka cyfrowa. Po studiach pracował w Instytucie Obróbki Skrawaniem.
W administracji rządowej pracuje od 1990 roku. Był dyrektorem Wydziału Organizacji i Nadzoru, a potem dyrektorem generalnym Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie. W latach 1993 - 1998 był wicewojewodą krakowskim. Od lutego 1998 do lipca 2000 roku pełnił funkcję podsekretarza i sekretarza stanu w Ministerstwie Finansów oraz pełnomocnika rządu ds. decentralizacji finansów publicznych. W latach 2000-2002 był doradcą prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadze. Przez rok (2003) pracował jako doradca prezesa Narodowego Banku Polskiego. Następnie przez trzy miesiące był prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, później członkiem zarządu oraz dyrektorem Departamentu Komunikacji Społecznej NBP. We wrześniu 2004 roku został powołany na stanowisko prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia, którą to funkcję pełnił do września 2006 roku. W grudniu 2006 roku prezydent Warszawy nominowała go na swojego zastępcę.
Na stanowisko wojewody małopolskiego został powołany 29 listopada 2007 roku.
Ma 56 lat. Żonaty. Nie należy do żadnej partii politycznej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie