"Wierność"

Redakcja
Jakoś tak pomiędzy "Gladiatorem" a "Gniewem oceanu" zatęskniłem do czegoś mniej monumentalnego i widowiskowego, na przykład do kameralnej opowieści psychologicznej, co obiecywałby tytuł "Wierność". Doznałem dotkliwego rozczarowania i nikt nie jest temu winien, poza mną samym. Nie da się bowiem winić autora scenariusza i reżysera Andrzeja Żuławskiego, że jest Andrzejem Żuławskim, a jako widzowi należało mi pamiętać, jakim odznacza się on temperamentem artystycznym, jaki typ narracji filmowej uprawia i jaki gatunek ekspresji formalnej kocha autor "Trzeciej części nocy", "Na Srebrnym Globie", "Diabła" i "Szamanki". Nawet jeśli w tym przypadku jest trochę luźniej, spokojniej i ciszej...

WŁADYSŁAW CYBULSKI

 Żuławski sięgnął teraz do francuskiej literatury XVII-wiecznej po powieść Mme Marii Magdaleny de la Fayette "Księżna de Cleves". Była już dwukrotnie ekranizowana, dawno i niedawno: w r. 1960 przez Francuza Delannoya i rok temu przez reżysera portugalskiego (co ciekawe - u tego samego, co film Żuławskiego, producenta). Dzieje małżeńskiego trójkąta umieściła autorka w stylowej oprawie dworu królewskiego, narzucającego otoczeniu styl bycia i konwenans. Trafnym zabiegiem Żuławskiego było przetransponowanie konfliktu we współczesny świat mass mediów, kultury obrazkowej, telewizji, fotografii i kolorowych periodyków, dyktujących dziś modę, sposób życia, charakter kontaktów między ludźmi.
 Po blisko 3-godzinnej projekcji wyszedłem z kina znużony, choć określeniem jeszcze bliższym prawdy byłoby: skołowany. Konstrukcja tego filmu jest taka, jakby nie miał on dna - ciągle tu się coś dodaje, coś dorzuca, coś upycha. Naczelny wątek romansowy zyskuje tło niemal socjologiczne, im dalej w las, tym jest gęściej, bo dochodzi jeszcze motyw sensacyjno-gangsterski, a na dobitkę melodramatyczne zakończenie. Żuławski czuje się w tym znakomicie, wyczuwa się jego podniecenie. Prowadzi rzecz pewną ręką twórcy, który ma swoją wizję i realizuje ją sprawnie, dynamicznie, chwilami nawet błyskotliwie. Zna wartość efektu wizualnego, jego walor dramatyczny, ale nie zna umiarkowania.
 Można by zażartować, iż aż dziw bierze, że gorączkowo żyjący i zachowujący się bohaterowie nie wpadają na siebie na ekranie, nie obijają o meble itp. Bo tym, co najmocniej podziałało na mnie w "Wierności", było wrażenie bezładu. Zaczynając od wnętrz mieszkalnych i redakcyjnych z nagromadzeniem rozrzuconych rekwizytów i nieuporządkowanych przedmiotów aż nawet po dialog, który przeplata ze sobą poetyckie cytaty z pretensjonalnym banałem. Bezładne są sceny towarzyskie, bezładne życie erotyczne. Moralność? Skąd nakaz wierności małżeńskiej, w imię czego, skoro cały świat jest zdemoralizowany i cyniczny - od alkoholizmu, poprzez pornografię, do personalnych rozgrywek i handlu żywymi tkankami?
 To pierwsza moja nieufność wobec głównego tematu filmu, a drugą wątpliwość stwarza sama osoba bohaterki. Nie wierzę w tę postać i nie wierzę tej postaci. Młoda kobieta, samodzielna i pewna siebie, zdolna artystka fotografik, jest w pracy wierna swym założeniom zawodowym - to oczywiste. Już jednak mniej oczywisty jest dylemat, jaki ona - nie robiąca dotąd ceregieli ze swych przygód seksualnych - przeżywa pomiędzy lojalnością wobec męża a pokusą romansu. Ani miłość małżeńska, ani pożądanie kochanka nie są tu tak silne, aby rozterka stała się przekonująca. Uderzanie w tony histeryczne, co reżyser lubi, jeszcze pogarsza sprawę, nie wzmaga refleksji, ale ją głuszy.
 Pan Andrzej Żuławski prowadzi w magazynie kobiecym "Twój Styl" stały felieton i tam też udzielił obszernego wywiadu, roztrząsając ze znawstwem przedmiotu kwestie miłości, namiętności, zazdrości i zdrady. Ucieleśnieniem tej problematyki jest w "Wierności" Sophie Marceau (od 16 lat razem, 4 wspólne filmy). Piękna i utalentowana aktorka francuska, która podobała się nam niedawno w "Świat to za mało", wygrała więcej wewnętrznego niepokoju niż uczuciowych emocji - tak, jak chłodne są brzydkie, przykre, zniekształcone oświetleniem zdjęcia ludzi bez głów owej fotoreporterki. Świadoma antyestetyka wyraża się w filmie nie tylko ostentacyjnym demonstrowaniem łoża boleści i krwi, ale nawet zużytej chustki do nosa.
 Jeszcze kilka informacji. Męża, który na długo znika nam z oczu (to błąd scenariusza), gra Pascal Greggory z "Joanny d’Arc", amanta zaś Guillaume Canet z "Niebiańskiej plaży". Matką jest dawno u nas nie widziana Magali Noel ze "Słodkiego życia", a w epizodzie gońca pojawia się syn Żuławskiego (i Małgorzaty Braunek). Kamera - w rękach Patricka Blossiera z "Małej Apokalipsy"; sceny zawodów żużlowych i hokejowych realizowano w Polsce. Spoza kadru słychać dużo dobrej muzyki fortepianowej Andrzeja Korzyńskiego. A tytułowa wierność? Autor filmu powiada, że to sprawa sumienia, bez reguł, to coś w poprzek, w skos - jest ona czymś niewyobrażalnym, w co jednak bardzo chcielibyśmy wierzyć.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie