Wimbledon 2018. Łukasz Kubot: W Londynie chcemy cieszyć się...

Wimbledon 2018. Łukasz Kubot: W Londynie chcemy cieszyć się każdą rozegraną piłką. Moja książka to opowieść o drodze, którą przebyłem

Zdjęcie autora materiału

Hubert Zdankiewicz

Sportowy24

Aktualizacja:

Sportowy24

Łukasz Kubot podczas promocji swojej książki
1/14
przejdź do galerii

Łukasz Kubot podczas promocji swojej książki ©fot. sylwia dabrowa /polska press

Deblowy mistrz Wimbledonu Łukasz Kubot opowiada nam o swojej karierze, szansach w Londynie i autobiografii „Łukasz Kubot. Żyjąc marzeniami”, która właśnie trafiła do księgarń. W środę Kubot i Brazylijczyk Marcelo Melo zagrają w pierwszej rundzie z Brytyjczykami Luke’m Bambridgem i Johnem O’Marą, którzy tuż przed Wimbledonem wygrali nieoczekiwanie turniej ATP w Eastbourne.
Kto wpadł na pomysł napisania tej książki - Pan, czy Artur Rolak [współautor]?
Artur. Nie musiał mnie nawet długo namawiać.

To znaczy?
Nie miałem wyjścia. Powiedział mi, że piszemy i koniec. Krótka piłka [mówiąc to Kubot uśmiechnął się do siedzącego po drugiej stronie stołu współautora].

Książka ma podtytuł: „Żyjąc marzeniami”. Czy w tych marzeniach pojawiło się kiedyś np. wygranie Wimbledonu?

Każdy ma oczywiście jakieś marzenia, ale ta książka to przede wszystkim opowieść o drodze, którą przebyłem jako tenisista. O moich początkach, sukcesach i porażkach, decyzjach jakie podejmowałem. Nie da się ukryć, że nie wszystkie były dobre.

To ile z tych marzeń się spełniło, a ile wciąż czeka na realizację?
Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć, bo po prostu na różnych etapach tenisowego życia ma się różne marzenia. Nie każdy zaczyna od marzeń o wygranej w Wielkim Szlemie. To znaczy takie marzenia oczywiście są, ale po prostu po drodze pojawiają się inne.

Gdyby miał Pan wskazać dwie osoby, dzięki którym jest Pan tu gdzie jest...
Przede wszystkim rodzice, bardzo pomogło mi ich wsparcie i zrozumienie. Ja miałem to szczęście, że do niczego nie byłem przez nich zmuszany. Sam zdecydowałem, że chcę grać w tenisa. Miałem też to szczęście, że wychowałem się w sportowej rodzinie, bo mama grała w koszykówkę, a tata w piłkę nożną [dziś jest trenerem].

Wspomniał Pan o etapach w tenisowym życiu. Który był najbardziej istotny?
Trudno powiedzieć. Na pewno bardzo ważny był ten, gdy wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Nie jechałem tam z przeświadczeniem, że na sto procent będę zawodowym tenisistą. Raczej z podejściem, że spróbuję nim być, przyjrzę się z bliska jak to wygląda w USA. A jeżeli mi się nie spodoba, to zawsze mogę tam wrócić żeby studiować. Pojechałem tam nie tylko po to, żeby uczyć się techniki gry w tenisa, ale również języka. Poprzebywać z innymi, poznać inną kulturę i zwyczaje. To zaprocentowało w przyszłości, bo dziś np. jestem w stanie dogadać się z innymi w pięciu językach. Kolejny ważny etap to moment, gdy miałem 27 lat i wciąż grałem w singlu challengery i futuresy. Nie miałem pieniędzy na to, żeby jeździć na większe turnieje. Trzeba było podjąć jakąś decyzję, coś zmienić. Wtedy postanowiłem, że postawię mocniej na debla, w którym byłem w stanie grać turnieje ATP. A startując w deblu będę grał przy okazji eliminacje w singlu. I to zadziałało, bo już kilka miesięcy później, grając jako lucky loser, dotarłem do finału turnieju w Belgradzie i zagrałem o tytuł z Novakiem Djokoviciem.

Wspomniał Pan o tacie piłkarzu. Sam Pan nie miał pomysłu, żeby grać w piłkę?
Grałem w piłkę do pewnego momentu, gdzieś tak do 13-14 roku życia, ale raczej na podwórku. Nie było to związane z jakimś na maksa profesjonalnym podejściem. W pewnym momencie doszedłem jednak do wniosku, że chcę spróbować swoich sił w tenisie. Planem „b” były studia w Stanach. Całkiem realnym, bo po juniorskim ćwierćfinale Wimbledonu miałem oferty z trzech uczelni.

Jest coś, czego Pan żałuje? Coś się w Pana tenisowej karierze nie udało?
Patrząc z dzisiejszej perspektywy można oczywiście wstawić słowo „gdyby”, którego jednak bardzo nie lubię. Ale gdybym od początku miał wokół siebie taki team, jaki mam przez ostatnie kilka lat, to na pewno mogłem osiągnąć więcej w singlu. No, ale było jak było i nie ma co żałować, bo nie było mnie wtedy po prostu na to stać. Wiadomo przecież, jak bardzo kosztownym sportem jest tenis. To był powolny proces, dochodząc do czołowej setki w singlu i deblu zacząłem inwestować. Najpierw był jeden trener, potem drugi...

Pomówmy teraz o przyszłości. Za chwilę zaczyna się Wimbledon [rozmawialiśmy kilka dni przed startem - red.]. Dla Pana turniej na pewno wyjątkowy...
To prawda, w Londynie przeżyłem najpiękniejsze chwile w swojej karierze, zarówno singlowej, jak i deblowej. Teraz jednak sytuacja jest trochę inna, bo ja i Marcelo Melo będziemy bronić w Londynie tytułu i pokaźnego dorobku punktów w rankingu ATP. Presja będzie w związku z tym większa. Z drugiej jednak strony nie mamy już teraz niczego do udowodnienia. Chcemy po prostu wyjść na kort i skorzystać z naszego doświadczenia w grze na trawie. Cieszyć się każdą rozegraną w świątyni tenisa piłką. Z takim nastawieniem jedziemy na Wimbledon.

Czy wygrany niedawno turniej w Halle to sygnał, że coś się zmienia na lepsze? Początek sezonu nie był w Waszym wykonaniu taki, jak można było oczekiwać.
Myślę, że tak. Choć nie do końca zgodzę się ze stwierdzeniem, że wyniki były nie takie, jakich można było oczekiwać. Przeciwnie - przez pierwsze miesiące tego sezonu my po prostu płaciliśmy cenę za to, co działo się w poprzednim. Zmęczenie, kontuzje, brak powtarzalności. Do tego każda para spinała się na nas podwójnie, bo każdy chciał wygrać z deblem numer jeden. Trzeba się było z tym pogodzić i wyciągnąć wnioski.

Wyciągnęliście?
Wierzę, że tak, a wyniki na trawie chyba to potwierdzają. Najpierw był półfinał w ‘s-Hertogenbosch, później zwycięstwo w Halle. Mam nadzieję, że w końcu wszystko, kolokwialnie mówiąc, kliknie w naszej grze i druga połowa sezonu będzie bardziej udana. W przypadku Wimbledonu bardzo odpowiada nam system rozgrywania spotkań do trzech wygranych setów, bo w systemie z super tie-breakiem wszystko jest możliwe.

Jak bardzo zmieniło się Pana życie po wygraniu Wimbledou?
Zmieniło się na przykład to, że właśnie uczę się podpisywać książki. A tak poważnie, to staram się podchodzić do wszystkiego tak samo. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem teraz osobą bardziej rozpoznawalną i muszę to po prostu zaakceptować.

Który sukces jest dla Pana cenniejszy: Wygranie Wimbledonu w deblu, czy ćwierćfinał w singlu?
Nie da się tego porównać. Oczywiście ja jestem ambitnym człowiekiem i zawsze chcę żeby wygrać turniej, a nie ma chyba niczego cenniejszego na świecie, niż podniesienie pucharu na korcie centralnym Wimbledonu. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych to tylko debel, ale i tak nie da się tego uczucia porównać z żadnym innym. To trochę tak, jakby zadać sobie pytanie czy lepiej wygrać Wimbledon, czy być numerem jeden na świecie. Kiedyś zadałem takie pytanie Marcelo, a on mi na to: „To jest dobre pytanie, ale nie potrafię Ci na nie odpowiedzieć”. No i pamiętam jak w styczniu, kiedy sam zostałem numerem jeden, on mówi do mnie: „I co teraz? Jak Ty mi odpowiesz?” No i ja też nie wiedziałem. (śmiech)

Trenował Pan w Niemczech, w Austrii. Później wiele lat w Czechach. Z perspektywy tych doświadczeń ile jest jeszcze w Panu polskiego tenisisty, a na ile ukształtował Pana pobyt za granicą?
Z każdego z tych miejsc coś wyniosłem, więc można powiedzieć, że jestem taką międzynarodową mieszanką, sumą doświadczeń. Można dodać do tego również pobyt w akademii Johna Newcombe’a w Teksasie. Uważam, że wszystko co mnie po drodze spotkało miało wpływ na to, kim teraz jestem i jakim jestem tenisistą. Każdy trener, każda rozmowa, na przykład z Wojtkiem Fibakiem. Z nim np. potrafię rozmawiać o tenisie przez półtorej godziny i zapamietać z tego trzy zdania. Tyle, że akurat te trzy zdania pomagają mi potem wygrać ważny mecz.

Rozmawiamy tu o Pana początkach i życiu na korcie. A zastanawiał się Pan już co będzie robił po zakończeniu tenisowej kariery?
Na razie o tym nie myślę. Chcę grać w tenisa tak długo, jak zdrowie pozwoli. A co potem? Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że poznałem ludzi na całym świecie i kilka opcji jest. Na pewno będę chciał zostać przy tenisie. Być może będzie szansa przekazać coś młodzieży, być może w roli kapitana reprezentacji.

Łukasz Kubot: To ja do końca czekałem, aż Marcelo Melo wybierze mnie na swojego partnera do gry

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo