Wisła Kraków. Bogdan Zając: Nigdy nie ukrywałem, że traktuję Wisłę jak swój drugi dom

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
- Można powiedzieć, że w Wiśle przeżyłem wszystko. Grę w II lidze, awans, trudny pierwszy sezon w ekstraklasie, gdy w klubie rzeczywiście brakowało praktycznie wszystkiego. Były ogromne problemy finansowe, ale przetrwaliśmy ten trudny okres. A później przyszedł nowy właściciel, firma Tele-Fonika i wszystko ruszyło bardzo mocno do przodu - mówi Bogdan Zając, dzisiaj trener Jagiellonii Białystok, a kiedyś piłkarz Wisły Kraków. Dla „Białej Gwiazdy” zagrał 208 razy, strzelił sześć bramek. Był dwukrotnie mistrzem Polski, po razie zdobył Puchar Polski, Superpuchar i Puchar Ligi.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Gdy zbliża się mecz z Wisłą Kraków, serce trenera Bogdana Zająca zaczyna bić mocniej?
- Nie będę krył - czuję, że to jest dla mnie szczególny mecz. Wracam w miejsce, w którym spędziłem siedem wspaniałych lat mojego życia.

- I wraca pan wtedy myślami do roku 1995, gdy młody chłopak, grający w ówczesnej III lidze w Kamaxie Kańczuga dostał propozycję z Wisły Kraków?
- Pamiętam dobrze tamten czas. Dla mnie to było ogromne wyróżnienie. Miałem takie przekonanie, że mogą spełnić się moje marzenia i mogę zaistnieć w zawodowym futbolu, w wielkim klubie. Dzięki ciężkiej pracy wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do celu zdobyłem wszystkie trofea z Wisełką, zadebiutowałem w reprezentacji Polski i mogłem rywalizować przeciwko najlepszym piłkarzom na świecie.

- Do Wisły ściągał pana nieżyjący już niestety trener Lucjan Franczak. Niewiele jednak brakło, żeby dzięki temu szkoleniowcowi trafił pan do… Cracovii.
- To prawda. Można nawet powiedzieć, że nie tyle niewiele brakowało, co byłem bardzo blisko drugiej strony Błoń. Niby wszystkie warunki mojego transferu do Cracovii były ustalone, ale tam wtedy doszło do zmian we władzach - o ile dobrze pamiętam - i temat ostatecznie upadł. A niewiele później rzeczywiście trafiłem już do Wisły, bo chciał mnie trener Franczak, który pracował już przy Reymonta.

- Wisły, wtedy grającej w ówczesnej II lidze, ale już pierwszy sezon przyniósł wam awans. Nie były to jednak jeszcze cudowne lata, bo w Wiśle brakowało nawet na przysłowiową wodę mineralną.
- Można powiedzieć, że w Wiśle przeżyłem wszystko. Grę w II lidze, awans, trudny pierwszy sezon w ekstraklasie, gdy w klubie rzeczywiście brakowało praktycznie wszystkiego. Były ogromne problemy finansowe, ale przetrwaliśmy ten trudny okres. A później przyszedł nowy właściciel, firma Tele-Fonika i wszystko ruszyło bardzo mocno do przodu.

- Dzisiaj z perspektywy czasu poczytuje pan sobie za sukces, że z tej startej Wisły, był pan jednym z niewielu zawodników, który utrzymał się w składzie „Białej Gwiazdy”, gdy ta zaczęła ściągać do siebie najlepszych polskich zawodników?
- Było nas kilku, którzy pamiętali jeszcze grę w II lidze i awans. Można powiedzieć, że trzon tej drużyny. Przez kilka lat hartowała się stal w trudnych warunkach, a później gdy przyszli reprezentanci Polski, my również podnieśliśmy swój poziom przy nich. Staliśmy się zespołem, który mocno zaczął dominować w Polsce, zaczął zdobywać mistrzowskie tytuły, puchary. Piękne czasy.

- Zgodzi się pan, że ta pierwsza Wisła z czasów Tele-Foniki to był nie tylko niesamowicie mocny zespół, jak na polskie warunki, ale również paczka kumpli? Z tego, co wiem, to kontakty utrzymujecie do dzisiaj.
- Atmosfera była rzeczywiście znakomita. Niby chłopaki pochodzili z różnych stron Polski, ale szybko stworzyliśmy zgraną grupę. Poziom sportowy był wysoki, ale świetnie dogadywaliśmy się również poza boiskiem. Jeśli w sporcie można mówić o team spirit, to tamta Wisła była tego świetnym przykładem. Dla mnie osobiście to był świetny czas nie tylko w karierze, ale również w życiu osobistym. Urodzili się wtedy moi synowie, w których oczywiście płynie wiślacka krew. Nigdy nie ukrywałem, że traktuję Wisłę jak swój drugi dom. A co do relacji z chłopakami z tamtej drużyny, to prawda, że do dzisiaj pozostajemy w kontakcie. Niedawno graliśmy w Szczecinie i odwiedził mnie Olo Moskalewicz, gdy pojechaliśmy do Gdańska, spotkałem się z Grześkiem Nicińskim. Znają się nasze rodziny, żony. Jest wielu zawodników z tamtej ekipy, która pozostaje w miarę stałym kontakcie. Ja np. teraz, gdy pracuję w Białymstoku, od czasu do czasu mam okazję widzieć się z Tomkiem Frankowskim.

- Którego syna Fabiana jest pan ojcem chrzestnym.
- Tak, to prawda, choć z takimi częstymi wizytami u Franka też muszę uważać. Przez cały okres pracy w Jagiellonii, przez pięć miesięcy, rozmawialiśmy wiele razy, ale osobiście widzieliśmy się może dwa, trzy. Utrudnione jest to w z związku z koronawirusem. Musimy zachować reżim sanitarny i wszelkie środki ostrożności.

- Można powiedzieć, że również w Wiśle kształtowało się w panu przekonanie, że po zakończeniu kariery piłkarskiej zostanie pan trenerem? Słyszałem, że już w tamtym czasie trener Adam Nawałka przepowiadał panu, że kiedyś będziecie razem pracować.
- To prawda, że już w tamtych latach trener powtarzał mi, że widzi we mnie w przyszłości szkoleniowca. Już gdy grałem w Chinach i nosiłem się powoli z zamiarem powrotu do kraju, dostałem od niego pierwszą ofertę współpracy w Wiśle. Chciałem jednak jeszcze wtedy trochę pograć w piłkę, ale później temat wrócił i rozpoczęliśmy naszą długoletnią współpracę.

- Gdy słyszy pan opinie, że jest pan „klonem” Adama Nawałki, to traktuje pan to jako komplement czy złośliwość?
- Nie przywiązuję do takiego określenia wielkiej wagi, ale trzeba to traktować jako komplement. Do trenera Nawałki mam ogromny szacunek. Nauczyłem się od niego bardzo dużo i wiele trenerowi zawdzięczam. Mam jednak również swoje przemyślenia, swoje pomysły. Futbol cały czas idzie błyskawicznie do przodu i trzeba być na bieżąco. Jeśli ktoś dobrze zna trenera Nawałkę i mnie, to dostrzeże wiele wspólnego. Razem tworzyliśmy zgrany duet.

- Niektórzy w Białymstoku mówią, że podobnie jak Adam Nawałka, nie przepada pan za kontaktami z mediami? Znamy się ponad dwadzieścia lat, więc akurat dla mnie to trochę zaskakująca teza… To jak to naprawdę jest?
- Jestem bardzo otwartym człowiekiem. Jeśli jednak ktoś mnie atakuje bezpodstawnie, to potrafię odpowiedzieć. Nie pozwolę sobie na pewne rzeczy. Pewnie stąd taka opinia.

- Jagiellonia jest pierwszym klubem, w którym nie jest pan asystentem, a głównym trenerem. Odnalazł się pan już w pełni w tej roli?
- Czuję się jak ryba w wodzie! Przygotowywałem się u boku trenera Adama Nawałki do takiej roli przez kilka lat. Miałem okazję prowadzić treningi, odprawy. Oczywiście teraz odpowiedzialność jest większa, ma to inny wymiar, ale naprawdę czuję, że robię to, o czym marzyłem.

- Trafił pan do zespołu, w którym jest wielu kreatywnych zawodników. Łatwiej się dzięki temu pracuje?
- Z tą kreatywnością niektórych piłkarzy było różnie przed moim przyjściem… Staramy się wprowadzać od kilku miesięcy pewne schematy funkcjonowania zespołu. Cały czas staramy się rozwijać, iść do przodu. Myślę, że widać postępy. Mamy teraz bramkostrzelny duet Jesus Imaz - Jakov Puljić, ale na ich dokonania pracują również inni, cała drużyna.

- Powiedział pan kiedyś, że pańskim marzeniem jest praca w Wiśle Kraków. Podtrzymuje pan to?
- Nie będę krył, że to wciąż jedno z moich marzeń. Na dzisiaj jednak jestem w Jagiellonii, oddaję jej całe swoje siły i mogę zapewnić, że w najbliższą niedzielę taryfy ulgowej nie będzie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby mój zespół wygrał. Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że czeka nas bardzo trudne zadanie w Krakowie.

- Czy to prawda, że w Wiśle mógł pan pracować już w 2018 roku i że były prowadzone w tej sprawie rozmowy?
- Tak były takie rozmowy i była bardzo konkretna oferta. Tak naprawdę decyzja należała tylko do mnie. Gdybym powiedział wtedy, że jestem gotowy przejąć zespół, zrobiłbym to zaraz po mistrzostwach świata w Rosji. Wtedy jednak ostatecznie odmówiłem, bo miałem inne plany. Liczyliśmy, że na mundialu potoczy się wszystko lepiej i że przez kolejne dwa lata będziemy dalej pracować w reprezentacji.

- Jak panu podoba się nowa Wisła, budowana przez Petera Hyballę. Przemawia do pana pomysł Niemca na grę, jego nacisk choćby na agresywny pressing?
- Byłoby to z mojej strony nieetyczne, gdybym oceniał pracę innego trenera w ekstraklasie. Przemyślenia zostawię zatem dla siebie.

- To zapytam inaczej. Na pewno oglądał pan i analizował ostatni mecz Wisły z Piastem. Czy po obejrzeniu tego spotkania pomyślał pan, że trzeba uważać na to, co „Biała Gwiazda” zaprezentowała w ofensywie, czy bardziej liczy pan na podobne błędy, jakie popełniła w obronie?
- Nie ma co wytykać komuś błędów, bo każdy je popełnia. My też. Piłka nożna to wiele zmiennych, różnych zaskakujących w meczu sytuacji. Trzeba pracować nad automatyzmami w działaniach zespołu, reagować na to, co się dzieje na boisku. Tyle trener może zrobić, reszta należy już do piłkarzy.

- To jakiego meczu pan się spodziewa?
- Chciałbym, żeby zapisał się dla mnie pozytywnie. Z takim nastawieniem przyjadę z drużyną do Krakowa i mam nadzieję, że w niedzielny wieczór będę wyjeżdżał w dobrym humorze i z dobrym wynikiem.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o Wiśle Kraków

EKSTRAKLASA 2021: wyniki, tabela, terminarz

Polacy najaktywniejsi w Europie

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Bogdan Zając: Nigdy nie ukrywałem, że traktuję Wisłę jak swój drugi dom - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie