Wisła Kraków. Jan Kliment: Czułem to od samego początku, że Wisła bardzo mnie chce

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
wisla.krakow.pl
- Jestem piłkarzem, więc muszę potrafić żyć z presją. Jestem też napastnikiem, więc moim zadaniem jest strzelanie goli. I mam nadzieję, że będę to robił regularnie również w Wiśle - mówi nowy, czeski napastnik Wisły Kraków Jan Kliment.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Na początku proszę przyjąć gratulacje z okazji wygranej reprezentacji Czech ze Szkocją na mistrzostwach Europy.
- Dziękuję, to był tak naprawdę spektakl jednego aktora - oczywiście Patricka Schicka!

- Oglądał pan mecz jeszcze w Czechach, czy jest już pan w Polsce?
- Jeszcze w Czechach. Dopiero szykuję się do wyjazdu do Polski, żeby rozpocząć przygotowania do sezonu z Wisłą.

- To proszę powiedzieć, jakie są nastroje w pańskim kraju po pokonaniu Szkotów?
- Oczywiście wszyscy są szczęśliwi, ale też trudno mówić o euforii, bo umówmy się, że to wcale nie był jakiś wielki mecz w wykonaniu naszej reprezentacji. Tak naprawdę to zwycięstwo zapewnił nam Patrick i zdecydowanie więcej w Czechach mówi się teraz o nim niż o całej drużynie.

- Druga bramka Schicka, zdobyta prawie z połowy boiska, była niesamowita. Co pan, jako napastnik pomyślał, widząc na co zdecydował się reprezentant Czech?
- To był przede wszystkim bardzo dobry, choć jednocześnie trudny strzał, bo trzeba było bardzo dokładnie przymierzyć. Taka jest jednak rola napastnika, żeby próbować różnych rozwiązań, czasami nawet tak nieoczekiwanych. Z mojego doświadczenia wiem, że po prostu trzeba próbować strzelać z różnych pozycji, bo bez tego goli nie będzie.

- Kolejne mecze dla Czechów zapowiadają się na znacznie trudniejsze. Najpierw czeka na waszą drużynę Chorwacja, a później Anglia na Wembley. Jakie są w ogóle oczekiwania wobec reprezentacji w Czechach?
- Oba mecze oczywiście zapowiadają się jako bardzo trudne, bo rywale rzeczywiście są z najwyższej półki. Z naszej perspektywy najważniejsze, że wygraliśmy pierwszy mecz. A jeśli chodzi o oczekiwania, to wszyscy liczą przede wszystkim na to, że forma całej drużyny pójdzie teraz w górę. Tylko wtedy będziemy mogli liczyć na podjęcie walki najpierw z Chorwatami, a następnie z Anglikami.

- Pan miał okazję zagrać pięć razy w pierwszej reprezentacji Czech. Gdy patrzy pan na występy swoich kolegów na Euro, pojawiają się marzenia, żeby jeszcze kiedyś zagrać w drużynie narodowej?
- Każdy piłkarz marzy o tym, żeby zagrać dla swojego kraju. Ja jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się to marzenie już spełnić. A czy wierzę, że jeszcze kiedyś wrócę do kadry? Pewnie, że tak. Jestem w takim wieku, że to wciąż jest możliwe.

- Można to zrobić nawet z polskiej ekstraklasy, bo w czeskiej kadrze na Euro jest przecież Tomas Pekhart z Legii Warszawa…
- Tak, wiem o oczywiście o tym i wierzę, że w przyszłości też jeszcze w reprezentacji będzie mi dane zagrać.

- Droga do tego wiedzie przez Wisłę. Wkrótce rozpoczynacie przygotowania. Jest pan mocno podekscytowany wejściem do nowego klubu, nowej szatni?
- Oczywiście! Poznam wielu nowych zawodników, nowego trenera - to zawsze jest powód do ekscytacji dla piłkarza. Nie będę krył, że to dla mnie korzystna sytuacja, że nowy trener, który przychodzi do Wisły w tym samym czasie co ja, mówi w moim języku. Mam zamiar od pierwszego dnia dawać z siebie wszystko i wierzę, że już wkrótce będę pokazywał się z dobrej strony na boisku.

- Zna pan osobiście Adriana Gulę?
- Nie, nie mieliśmy okazji jeszcze się poznać, ale gdy Adriana Gulę zwolniono z Viktorii Pilzno praktycznie wszyscy piłkarze mówili o nim tylko dobrze. Podkreślali jak dobrym jest trenerem, jak poświęca się dla drużyny. Wiem, że to trener, który lubi ofensywną, techniczną piłkę. Wiem też już, że taki styl preferuje się w Wiśle Kraków. I mnie to odpowiada, bo jest zbieżne z tym, co ja lubię robić na boisku. Mam nadzieję, że razem z trenerem szybko znajdziemy wspólny język i razem będziemy pracować na dobre wyniki Wisły.

- Zdradzi pan kiedy pojawił się w ogóle temat tego transferu, kiedy był pierwszy sygnał z Krakowa, że Wisła jest panem zainteresowana?
- Pierwszy raz o zainteresowaniu Wisły dowiedziałem się na tydzień, może dwa przed końcem rozgrywek w czeskiej lidze. Nie pamiętam już dokładnie. Na pewno zadzwonił wtedy do mnie mój agent i powiedział, że jest taki temat.

- I jak pan to przyjął? Wiedział pan coś w ogóle o Wiśle, o polskiej ekstraklasie?
- Oczywiście zacząłem sprawdzać dokładniej informacje o klubie, o lidze, ale będę w tym momencie szczery - nigdy przed ofertą od Wisły, nie widziałem meczu polskiej ekstraklasy. Wiem natomiast, że Polska jest większym krajem niż Czechy, a stadiony tutaj są nowocześniejsze i większe niż u nas. Wiem też, że zainteresowanie polską ligą jest generalnie większe niż czeską. Prawda jest taka, że w moim kraju jedynie dwa, trzy kluby stoją tak dobrze finansowo na tyle, żeby rywalizować pod tym względem z polskimi klubami. Co do Wisły, to wiem już całkiem sporo. Wiem, że ma ładny, duży stadion, profesjonale centrum treningowe, jest dobrze zorganizowana. Jest tutaj wszystko, co potrzeba, by grać w piłkę na dobrym poziomie.

- Czyli nie ma pan wątpliwości, że przenosiny do Wisły to dobry krok w pana karierze?
- Mam przede wszystkim wielką nadzieję, że to jest dobry krok, ale w futbolu, jak w życiu - nigdy nie możesz być niczego pewnym zanim się nie wydarzy. Gdy przenosiłem się do mojego ostatniego klubu, 1. FC Slovacko też nie wiedziałem czy to będzie na pewno dobry krok, a jednak ten transfer okazał się udanym wyborem. To przyczyniło się do tego, że teraz mogłem zrobić następny krok i znaleźć się w Krakowie. Dla mnie w tym wszystkim jedna rzecz była najważniejsza, co zresztą przekonało mnie ostatecznie do wyboru Wisły. Ten klub bardzo, bardzo mocno mnie chciał i jego władze zrobiły naprawdę wiele, żeby mnie sprowadzić. Czułem to od samego początku. Wiem też, że bardzo chciał mnie w swojej drużynie nowy trener. To na pewno ułatwiło mi decyzję.

- Rozmawiał pan o Wiśle z Michalem Frydrychem?
- Tak, oczywiście. Odpowiedział mi na wszystkie pytania. Dowiedziałem się od niego wielu cennych rzeczy. Powiedział mi, że centrum treningowe jest poza miastem. Opowiedział mi, jakim klubem jest Wisła. Również, jakim wsparciem kibiców się cieszy, choć Michal przyznał, że sam nie miał okazji jeszcze zbyt mocno się o tym przekonać, bo gdy przyszedł do Wisły, to akurat z powodu pandemii zamknięto w Polsce stadiony i grano bez publiczności.

- Miał pan w ostatnim sezonie bardzo dobre liczby w Slovacko. Zdobył pan dziesięć bramek, dołożył pięć asyst. Z drugiej strony Wisła miała w minionym sezonie wielki problem ze strzelaniem goli. Zdaje pan sobie sprawę z tego, jak kibice mocno wierzą, że zaradzi pan tym problemom?
- Cóż mogę powiedzieć… Jestem piłkarzem, więc muszę potrafić żyć z presją. Jestem też napastnikiem, więc moim zadaniem jest strzelanie goli. I mam nadzieję, że będę to robił regularnie również w Wiśle.

- Porozmawiajmy chwilę o początkach pańskiej kariery. Zaczynał pan w rodzinnej Igławie, później był krótki epizod w Bańskiej Bystrzycy i w końcu transfer do VfB Stuttgart. Wyglądało to wszystko bardzo harmonijnie, ale Bundesligi ostatecznie pan nie podbił. Dlaczego się nie udało?
- Przenosząc się do Stuttgartu byłem młodym chłopakiem z małego czeskiego miasteczka, które liczy 50 tysięcy mieszkańców. Grałem w naprawdę małym klubie. I nagle trafiłem do Stuttgartu, gdzie wszystko było dla mnie po prostu wielkie - klub, miasto, piłkarze. Oczywiście boisko było takie same, ale cała otoczka już zupełnie inna. Musiałem się do tego wszystkiego przystosować, trener obiecywał mi, że powoli będę wchodził do grania i rzeczywiście - kilka meczów w Bundeslidze zagrałem. A później przyszedł nowy trener i już miał trochę inne pomysły na drużynę, stawiał na innych zawodników. A konkurencja była w Stuttgarcie naprawdę duża. Nie przebiłem się.

- Kogo z tamtego okresu wspomina pan najbardziej?
- W Stuttgarcie był wtedy m.in. Timo Werner, dzisiaj piłkarz Chelsea. On wtedy był oczywiście bardzo młodym piłkarzem, dopiero później rozwinął się niesamowicie i dlatego dzisiaj gra w Anglii. W tamtym okresie uchodził już za wielki talent, ale proszę mi wierzyć, że nie był jeszcze wcale lepszy ode mnie. Dopiero zaczynał się wspinać w futbolu. Było też wielu innych zawodników z naprawdę wysoką jakością, z którymi aż przyjemnie było grać. Taki Dani Didavi miał super umiejętności. Świetnym obrońcą został dzisiejszy stoper Chelsea Antonio Rudiger.

- W Stuttgarcie pan się nie przebił, za to dobry okres miał pan w Broendby. Tam jednak dopadł pana również pech, bo uszkodził pan więzadła w kolanie. Jak pan dzisiaj wspomina czas spędzony w Danii?
- Pokochałem to miasto, ten klub, bo choć w duńskich realiach nie jest to mały klub, to jednak bardzo rodzinny. Są tam świetni ludzie, bardzo życzliwi, przyjacielscy. Człowiek po prostu dobrze się tam czuje, a wcale nie jest to norma w futbolu. Początki w Broendby nie były dla mnie łatwe. Trafiłem tam we wrześniu 2016 roku. Drużyna miała za sobą już osiem meczów w sezonie, dwóch dobrych napastników w pierwszym składzie. Grali tam wtedy Teemu Pukki i Kamil Wilczek. Strzelali bramkę za bramką, co nie ułatwiało mi zadania i pierwszy sezon był dla mnie bardzo trudny. W końcu jednak zacząłem grać regularnie i to był dla mnie naprawdę dobry czas w karierze. Na tyle dobry, że zacząłem otrzymywać powołania do reprezentacji. Dlatego zawsze będę miło wspominał czas spędzony w Broendby. Oczywiście do momentu tej nieszczęsnej kontuzji kolana.

- Spotkał pan na swojej piłkarskiej drodze kilku polskich piłkarzy - Marcina Kamińskiego w Stuttgarcie czy Kamila Wilczka w Broendby. Ten pierwszy mówił nawet w wywiadach, że pomagał mu pan na początku pobytu w Niemczech, bo trochę mówi pan po polsku.
- Trochę mówię, bo przecież czeski i polski są do siebie bardzo podobne. Gdy zatem Marcin przyszedł do Stuttgartu, rozmawialiśmy w takim łamanym czesko-polskim, ale szczerze mówiąc nie powiedziałbym, że pomogłem mu w jakiś szczególny sposób. Jeśli zatem wspominał w wywiadach o mojej pomocy, to jest mi bardzo miło. Pamiętam natomiast, że gdy Marcin pojawił się w klubie, to odchodził z niego inny Polak, Przemek Tytoń. I nawet chyba Marcin wprowadzał się do mieszkania po nim. Wspominam obu jako naprawdę porządnych chłopaków.

- A Kamil Wilczek?
- Oooo… Tutaj mógłbym dużo opowiadać. Kamil to jest prawdziwy… buldog! Każdego dnia, w każdej minucie, w każdej sekundzie on pracuje na sto procent. Nigdy nie odpuszcza. To jest napastnik z prawdziwego zdarzenia, na którego cały czas trzeba uważać, bo wystarczy moment nieuwagi, żeby on strzelił gola. Poza boiskiem to również jest super chłopak, bardzo pomocny, przyjacielski.

- Wróćmy do pańskiej kariery. Wspomnieliśmy już o poważnej kontuzji więzadeł w kolanie, po których zakończyła się praktycznie pańska przygoda zarówno z Broendby, jak i ze Stuttgartem, do którego wprawdzie pan wrócił, ale jedynie do rezerw. Transfer do 1. FC Slovacko miał sprawić, że odbuduje się pan piłkarsko?
- Taki był zamysł i z perspektywy czasu wiem, że to był bardzo dobry krok. Nie wszystko układało mi się jednak tam od samego początku dobrze. Trafiłem do Slovacko w zimie, zacząłem grać, ale dość szybko złapałem kolejną kontuzję. Efekt był taki, że więcej czasu spędzałem w siłowni, gdzie musiałem pracować nad swoim ciałem, niż na boisku. Ta ciężka praca w końcu jednak przyniosła taki efekt, jak chciałem ja i wszyscy dookoła mnie. Kolejny sezon był już zupełnie inny, o wiele, wiele lepszy. Grałem dużo, strzelałem bramki, byłem po prostu szczęśliwy, że mogę pomóc drużynie.

- Byliście objawieniem ligi, niespodzianką, a pan mocno się do tego przyczynił.
- Paradoksalnie, w czeskiej lidzie nie byłem aż tak bardzo znany, bo przecież wyjechałem, gdy byłem bardzo młody. Nie miałem zatem okazji pokazać wszystkich swoich możliwości. Myślę jednak, że występami w Slovacko zapracowałem na zaufanie kibiców w Czechach, znalazłem się bowiem w czołówce różnych klasyfikacji po sezonie. Nawet w TOP 5. Zrobiłem swoje i teraz mogę mogę myśleć o następnym kroku, nowych wyzwaniach już w Wiśle.

- Jakby przedstawił się pan kibicom Wisły, gdyby zapytali o pańskie najmocniejsze strony?
- Oj, nie lubię mówić o sobie…

- Czyli jak większość piłkarzy, ale jednak będę nalegał.
- No dobrze. Jestem dość szybki, myślę, że nieźle wyszkolony technicznie. Potrafię strzelać bramki i mam nadzieję, że pokażę to również w Wiśle. Bo ja po prostu uwielbiam wygrywać. I bardzo chciałbym pomagać w tym swojemu nowemu zespołowi. Mam nadzieję, że będziemy wysoko w tabeli.

- Na koniec zaskoczę być może pana pytaniem, ale czy wie pan kto jest najbardziej znanym Janem Klimentem w Polsce?
- Teraz już wiem, że tancerz, bo gdy podpisywałem kilka tygodni temu kontrakt z Wisłą, już mi opowiedzieli o tym człowieku. Dla mnie to była niespodzianka, bo w Czechach ten tancerz nie jest znany tak, jak w Polsce. Kto wie, może będziemy mieli okazję poznać się w czasie mojej gry dla Wisły, a postaram się przy tym, żeby niedługo wszyscy tutaj już wiedzieli, że Jan Kliment to również dobry piłkarz!

Tutaj znajdziesz więcej informacji o Wiśle Kraków

Tokio Flesz

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Jan Kliment: Czułem to od samego początku, że Wisła bardzo mnie chce - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie