Wisła Kraków. Kamil Kosowski: Usłyszałem, że albo idę do Wisły, albo nigdzie…

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
- My przede wszystkim wtedy dobrze bawiliśmy się na boisku. Każdy trening to była radość. Czysta radość z gry w piłkę. Pieniądze, pieniędzmi, bo w Wiśle dobrze się wtedy zarabiało, ale proszę mi wierzyć, że jak przychodziliśmy na trening, to zapominaliśmy o bożym świecie - wspomina czasy gry w Wiśle Kraków jej były piłkarz Kamil Kosowski, który pierwsze kroki w ekstraklasie stawiał z kolei w Górniku Zabrze.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Pamięta pan, co czuł 14-letni Kamil Kosowski, który opuszczał rodzinny Ostrowiec Św. i przenosił się do Zabrza, do internatu, nowego klubu? W takim wieku była pewnie ekscytacja, ale również strach, obawy.
- Nie jechałem sam, co dodawało mi otuchy. Razem ze mną na pierwsze testy sprawnościowe do Gwarka jechała trójka kolegów z Ostrowca. To były czasy, gdy do Gwarka na takie testy przyjeżdżała setka chłopaków. Nie było zatem łatwo się przebić. Jechaliśmy z ojcem jednego z tych kolegów. Wiąże się z tym zresztą tragiczna historia, bo ten tata kolegi zmarł w młodym wieku, miał chyba 42 lata. To tak wstrząsnęło tym moim kolegą, że przestał grać w piłkę. A był naprawdę dobry, lepszy ode mnie. Wybrał jednak inną drogę życiową, studia. Wracając jednak do moich odczuć z tamtych lat, to musiałbym w tym momencie powiedzieć kilka słów o ludziach z Ostrowca. Jest w nas taka cecha, dzięki której akceptujemy rzeczywistość taką, jaka ona jest. Jak jest problem, to trzeba go po prostu rozwiązać. Takie podejście do życia bardzo mi się wtedy przydało, bo nie czułem jakoś bardzo mocno rozłąki z rodzicami, z bratem. Po trzydziestu latach od tego wszystkiego mogę już dzisiaj powiedzieć, że przenosiny do Zabrza oznaczały dla mnie tak naprawdę koniec dzieciństwa. Jakby na to nie patrzeć, to była dla mnie szkoła życia, a w pewnych momentach nawet szkoła przetrwania.

- Kilka lat później w podobną podróż ruszył Jakub Błaszczykowski, ale wspominał, że nie poradził sobie z życiem w internacie w Zabrzu i szybko wrócił do Częstochowy. Rzeczywiście to była taka ciężka sprawa?
- Wiem, co miał na myśli Kuba. Ja też miałem momenty, gdy nie wytrzymywałem życia w internacie. To wynikało, mówiąc szczerze, z biedy. Gdy było już naprawdę źle, wsiadałem w pociąg i jechałem do Ostrowca na kilka dni. Mogę powiedzieć dzisiaj, że szkoła średnia w moim życiu to czarna dziura…

- Chce pan powiedzieć, że naśmiewano się z pana, w jakiś sposób szykanowano?
- To nie o to chodziło. Nie pochodzę z zamożnej rodziny. Przyjechałem na Górny Śląsk jako takie chucherko. Wokół mnie byli niby rówieśnicy, ale wyrośnięci, wszyscy o głowę ode mnie wyżsi. Rzecz sprowadzała się również do całkiem prozaicznych z punktu widzenia czternastolatka spraw. Jak to na Śląsku, większość miejscowych chłopaków miała rodziny w Niemczech. Chłopcy byli poubierani w markowe ciuchy, jedli takie słodycze, jakie ja pierwszy raz w życiu widziałem. Ja tego nie miałem w domu. Dlatego, jak to u nastolatka, było mi po prostu przykro. I wtedy właśnie uciekałem do miejsca, gdzie moim zdaniem było normalnie. Tylko, że dzisiaj już wiem, że to nie w Ostrowcu było wtedy normalnie, a bardziej w Zabrzu. W moim rodzinnym mieście nikt nie patrzył na czekoladki z Niemiec czy dobre ciuchy, tylko grało się w piłkę w podartych trampkach. Na Śląsku zetknąłem się natomiast z zupełnie inną kulturą i innym podejściem rodziców do dziecka. Wielu moich kolegów z internatu było mocno wspieranych przez swoich bliskich. Byli obecni na treningach, meczach. Wtedy to nawet tak do mnie nie docierało, wydawało mi się, że tak musi być. Np. wtedy, gdy przyszedł jakiś facet na tych testach w Gwarku i wepchnął swojego syna przede mnie. Dzisiaj, gdyby ktoś zrobił coś takiego mojemu synowi, to pewnie bym poprosił tego pana, żeby grzecznie stanął w kolejce. Ja takiego wsparcia nie miałem, choć może i wyszło mi to na dobre. Bo jak się miało okazać, z tej setki chłopaków, która przyjechała na testy do Gwarka, to m.in. we mnie trenerzy Kowalski i Mazurkiewicz coś dostrzegli i zaprosili na drugi etap selekcji. A później dostałem się ostatecznie i do klubu i do szkoły, do klasy sportowej.

- Czyli obronił się pan swoimi umiejętnościami.
- Obroniłem się, ale dużym kosztem. Nawet wtedy tego nie dostrzegałem, ale gdy byłem już dojrzałym facetem i zacząłem to analizować, to straciłem bardzo dużo z mojego dzieciństwa. Nie miałem szkolnych wycieczek, nie przeżyłem pierwszych szkolnych miłości. Jak teraz moja klasa przesyła sobie zdjęcia na grupie z naszych szkolnych lat, to mnie nigdzie nie ma. Czasu, kiedy moi rówieśnicy oglądali Beverly Hills 90210 i przeżywali chyba najlepszy okres życia w szkole średniej, ja w ogóle nie miałem. Wzbudzało to we mnie rozpacz. Żałowałem tego. Miałem trudne momenty, gdy chciałem wszystko rzucić, wrócić do domu i coś przeżyć, poczuć coś z tego wieku nastolatka. Bo u mnie wyglądało to tak, że o godz. 7.30 był trening w hali przy ul. Matejki, o 9.20 była szkoła, o 14 był obiad, albo i go nie było. U mnie przeważnie przynajmniej dwa razy w tygodniu obiadu nie było. I o 15-16.30 trening po drugiej stronie Zabrza, w Biskupicach na Gwarku, gdzie musiałem dojechać tramwajem bez biletu, bo na niego po prostu nie miałem pieniędzy. To było takie mocne pięć lat, które wtedy traktowałem jako przygodę. Myślę, że dzisiaj byłoby to niedopuszczalne, żeby uczeń szkoły sportowej chodził niedożywiony, albo nie miał pieniędzy na bilet tramwajowy. Dzisiaj takie rzeczy po prostu nie istnieją.

- Szkołą życia było wejście do szatni tak wielkiego klubu, jak Górnik Zabrze?
- Było tak, że gdy powoli kończyłem wiek juniora w Gwarku, nasz trener, pan Jan Kowalski odszedł do Górnika. Bo jak to w Zabrzu, jak pada hasło, że trzeba pomóc Górnikowi, wszyscy stają tam na baczność. I pan Jan odszedł od nas na kilka kolejek przed końcem ligi juniorów i my ten sezon przegraliśmy. Po zakończeniu rozgrywek mieliśmy jednak pożegnalne ognisko i na nim trener wymienił pięć nazwisk chłopaków, którzy mają stawić się po krótkich wakacjach na treningu w Górniku. Gdy po odpoczynku wróciłem do Zabrza i stanąłem przy jeszcze starej bramie stadionu, to pomyślałem dumny - to jest to! 200 metrów dalej mój entuzjazm wyparował, bo okazało się, że pierwsza drużyna to już pojechała na obóz kilka dni wcześniej, a my mamy trenować i grać w IV-ligowych rezerwach. Czar prysł, ale zaczęła się ciężka praca. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem i zawsze będę wdzięczny za ten okres trenerowi Markowi Kostrzewie. Szybko stałem się jego oczkiem w głowie. Nie wiem, czy to właśnie nie trener Kostrzewa okazał się najważniejszym trenerem dla mnie w dorosłej piłce. Był oczywiście później trener Jan Żurek, który był dla mnie jak drugi ojciec, ale tak naprawdę, gdyby nie Marek Kostrzewa, to nie wiem czy doszedłbym w karierze tam, gdzie doszedłem. To on, choć byłem chuchrem wstawiał mnie konsekwentnie do składu. A później tak układał treningi, żebym mógł poprawiać to, co nie wychodziło mi w meczach. Nigdy się do tego nie przyznał, ale ja wiem, że tak było. Do rezerw schodzili oczywiście piłkarze z pierwszej drużyny. Często mogłem podpatrywać Sławka Kapcińskiego, czasami był Marek Piotrowicz, Grzesiek Dziuk.

- Musiał się pan wyróżniać w tej IV lidze, skoro w końcu zaczął pan trenować z pierwszym zespołem?
- Było trochę inaczej. Po prostu trener Jan Żurek nie miał kim trenować, brakowało mu ludzi, żeby organizować gry wewnętrzne. I Marek Kostrzewa miał mu oddać trzech chłopaków, żeby taką gierkę na głównej płycie stadionu przy Roosevelta zorganizować. Ależ to było dla mnie przeżycie, że mogę wyjść na to boisko… To była pełnia szczęścia, choć z drugiej strony byłem też mocno przestraszony, bo wystarczy popatrzeć, jacy piłkarze grali wtedy w Górniku. Był choćby „Gianni” Hajto, który szybko mnie ustawił. Do dzisiaj powtarza, że to on wykuł mój charakter. I po części pewnie ma rację.

- Ustawiał w sensie zaznaczenia hierarchii w drużynie?
- Też, ale również na boisku. Coś w stylu - młody zapierniczaj, bo przecież stary nie będzie wracał na gazie do obrony. Zresztą ta hierarchia szybko została jeszcze mocniej zaznaczona w szatni przez kolejnego trenera, bo Jana Żurka zastąpił Henryk Apostel. Już na dzień dobry usłyszeliśmy, że jeśli któryś z młodych odezwie się w szatni, to szybko z niej wyleci… Dwóch wyleciało szybko. Został Arek Matejko, zostałem ja. Nie zapomnę też słów Darka Koseły, który wstał i powiedział: - Chudy zostaje, reszta może wypier… Akurat Darkowi to ja też dużo zawdzięczam, bo wziął mnie pod swoje skrzydła i krzywdy zrobić mi w tamtym Górniku nie dał. Pewnie też mu się podobało, że młody biega trochę za niego. Skoro jednak taki pan piłkarz coś we mnie dostrzegł, to za mną się wstawił. Tak to wyglądało w tamtych latach w piłkarskich szatniach w Polsce.

- Górnik Zabrze to w Polsce klub legenda. Nie tylko wspaniali piłkarze, ale również legendarne osobistości. Za pańskich czasów w Zabrzu rządził prezes Stanisław Płoskoń i on też lubił ciepło się o panu wypowiadać. Znalazłem nawet taki wywiad z okresu, gdy przechodził pan do Wisły Kraków, w którym prezes Płoskoń powiedział, że żałuje rozstania, bo traktuje pana jako członka najbliższej rodziny. Tak rzeczywiście było?
- Prezes Płoskoń sponsorował nie tylko Górnika, ale również Gwarka. To człowiek z wielkim gestem, o którym ja złego słowa nie dam powiedzieć. To oczywiście barwna postać i wiele anegdot można o nim opowiadać, bo zaliczał różne wyskoki. Wpisuję to jednak w jego osobowość i mnie to nie przeszkadza, choć w dzisiejszych czasach pewnie nie miałoby to racji bytu. Wróćmy jednak do tamtych lat. Prezes Płoskoń np. przed Świętami Bożego Narodzenia kupował dla Gwarka buty piłkarskie. Firmowe, Patricki albo Hummele. To były dla mnie chwile radości. Pierwsze porządne buty piłkarskie w moim życiu dostałem właśnie od prezesa Płoskonia. To moje pierwsze z nim związane wspomnienie. Później było ich więcej już w Górniku. Czy był dla mnie, jak drugi ojciec? Na pewno roztaczał nade mną parasol bezpieczeństwa. Na pewno natomiast nie pomagał mi w tym, żebym grał. Nie było takiej opcji, żeby prezes przyszedł do szatni i kazał wstawiać do gry młodego. Ja czekałem rok, żeby zagrać. Jeździłem na ławkę i po to, żeby torby nosić. W końcu się doczekałem debiutu, jak przyjechał Widzew Łódź i kilka osób bało się wyjść na boisko. Nie miał kto wyjść na Szymkowiaka, to wypuścili mnie.

- Ale zaraz, przecież debiutował pan w ekstraklasie już wcześniej w meczu derbowym z Ruchem Chorzów.
- Jaki tam debiut… Przecież ja wtedy wszedłem na boisko na minutę, dwie i nawet piłki nie dotknąłem. Pamiętam jednak z tego oficjalnego debiutu, że był listopad, zimo, Tomek Hajto strzelił gola i wygraliśmy 1:0. A później czekałem, czekałem i w końcu przyszła ciepła wiosna, maj i zaliczyłem już taki prawdziwy debiut w tym meczu z Widzewem. A Widzew miał wtedy niesamowitą „pakę”. Z Markiem Citko, Rafałem Siadaczką, Radkiem Michalskim, Mirkiem Szymkowiakiem itd. To była drużyna, w jakiej ja grałem pięć lat później w Wiśle. Na marginesie, to był mecz, w którym Marek Citko zerwał ścięgno Achillesa. Wracając jednak do prezesa Płoskonia, to był człowiek, który tak trochę po cichu, dyskretnie opiekował się piłkarzami. Nie będę ukrywał, że mną też.

- Jak się to przejawiało?
- Po prostu dawał mi pieniądze. Czasami były mi potrzebne do normalnego życia. Czasami kłamałem go, że były mi potrzebne, a on choć doskonale wiedział, jak jest naprawdę, to i tak mi je dawał. Od razu dodam, że to nie chodziło o wielkie pieniądze. Ja w tamtych czasach miałem 300 złotych stypendium i myślałem, że to dla mnie spełnienie marzeń, bo nie wiem czy moi rodzice wtedy tyle zarabiali. Później dopiero podpisałem kontrakt, w którym nie było nawet wpisanych dat, terminów, do kiedy on obowiązuje. Zacząłem zarabiać 2 tysiące na miesiąc. Jak wziąłem pierwszą taką wypłatę, to przyszedłem do domu, rozrzuciłem te pieniądze na łóżku i myślałem, że jestem królem świata. Tak to wtedy wyglądało. Najważniejsze jednak, że zacząłem grać w piłkę w Górniku.

- Zamykając temat Górnika, proszę powiedzieć, co najbardziej ceni pan sobie w Ślązakach, skoro zdecydował się pan zamieszkać w tym regionie również po zakończeniu kariery?
- Mieszkam w Mikołowie, bo moja żona stąd pochodzi, tutaj mieszkają również jej rodzice. Plany były kiedyś takie, żeby zamieszkać w Krakowie, m.in. dlatego, że to miasto leży pomiędzy rodzinnymi domami Roksany i moim. Plany uległy jednak zmianie, bo choć z Krakowa mam bardzo dobre wspomnienia, bo choć mieszkają w tym mieście wspaniali ludzie, których spotkałem na swojej życiowej drodze, to jednak Śląsk jest w tym momencie chyba obok Mazur jedynym miejscem, gdzie mógłbym żyć. Kraków niestety został przez ostatnie lata tak zabetonowany, że w tym momencie nie jest dla mnie miejscem do życia. Nie tęsknię za wielkomiejskim klimatem. Wolę ten małego, śląskiego miasteczka. Takiego, jak Mikołów.

- A jeśli chodzi o Ślązaków?
- Jeśli patrzę na perspektywę 14-latka, który tutaj przyjechał i dzisiejszą, czyli już zdecydowanie bardziej dojrzałego człowieka, to jest oczywiście zupełnie inne postrzeganie świata. Śląsk i Ślązacy dla mnie jednak się nie zmienili. To są ludzie, którzy „nie szczypią się w język”, ale w bardzo pozytywnym tego powiedzenia znaczeniu. To są bardzo szczerzy ludzie. Moja żona pochodzi z rodziny, której ojciec praktycznie całe życie pracował na kopalni. Wielu moich znajomych z takich właśnie rodzin wyrosło. Ja w szkole, w technikum chodziłem do klasy sportowej, ale i gazowniczej zarazem, więc z kopalniami miałem mało wspólnego, może ze dwa razy w niej byłem. Moi koledzy z klas górniczych, np. Marcin Kuźba, mieli takich kontaktów znacznie więcej. Sporo z nich trafiło zresztą właśnie do kopalni. Dla nich to była normalna sprawa, mnie to trochę przerażało. Z tego szacunku do ciężkiej pracy rodzi się chyba taki prawdziwy, śląski charakter. O ludziach stąd mogę mówić w samych superlatywach, ale ile bym nie opowiadał, to i tak ciężko to będzie osobom postronnym zrozumieć. Bo, żeby naprawdę pojąć, o co chodzi w Śląsku, ludziach stąd, to trzeba tutaj trochę pożyć, zrozumieć ich obyczaje, gwarę. W dwóch, trzech zdaniach nie da się tego oddać. Powiem zatem na koniec może tyle, że to są ludzie godni zaufania. Jeśli ktoś tutaj się z tobą umawia, daje ci słowo honoru, to możesz być pewny, że to obowiązuje nawet bardziej niż papier. Tak jest przynajmniej wśród osób, które ja przez te wszystkie lata poznałem.

- Wróćmy do pańskiej kariery, bo dzięki dobrej grze w końcu wywalczył pan sobie mocne miejsce w Górniku, co zaowocowało transferem do wówczas potentata w ekstraklasie, czyli Wisły Kraków. Pamięta pan okoliczności tego transferu?
- Zacząłem rzeczywiście regularnie grać w Górniku i po jakimś czasie zacząłem dostawać również powołania do kadry olimpijskiej Pawła Janasa. Graliśmy turniej w LG Cup w Warszawie, na Legii. Wygraliśmy pierwszy mecz i jak to na reprezentacji olimpijskiej bywało, poszliśmy na grubą imprezę. Mieszkałem z Pawłem Sobczakiem w pokoju, a tutaj rano dzwoni telefon. Nie byłem w stanie za bardzo rozmawiać, a okazało się, że dzwoni prezes Płoskoń. Dzwonił, żeby mi powiedzieć, że sprzedaje mnie do Wisły. Miałem na tyle świadomości w tamtym momencie, że poprosiłem o chwilę na zastanowienie i powiedziałem, że zadzwonię później do prezesa. Usłyszałem w odpowiedzi, że albo idę do Wisły, albo nigdzie mnie nie puści. Cóż było robić, potwierdziłem decyzję szefa, a ten przystąpił do realizacji transferu. Jak się okazało bardzo opłacalnego dla Górnika. Po powrocie do Zabrza było jeszcze trochę szyderki w szatni, spakowałem się i pojechałem do Krakowa, gdzie miałem prawdziwe wejście smoka, bo spóźniłem się na pierwszy trening…

- Jak to wyglądało?
- Zadzwonił telefon. Odebrałem, a z drugiej strony kierownik drużyny Marek Konieczny, który pyta się mnie, gdzie ja jestem? Mówię, że siedzę na Rynku i obiad jem. A on na to, że to fajnie, bo drużyna właśnie na trening wychodzi. Byłem przerażony, szybko wziąłem taksówkę, zajechałem na Reymonta i… od razu przekonałem się, gdzie trafiłem. No bo co mogli powiedzieć Radek Kałużny, Rysiek Czerwiec czy Tomek Kulawik młodemu, który spóźnia się na trening? Przez następny tydzień przekonałem się mocno jak wygląda poczucie humoru w szatni Wisły. Jechali ze mną równo i można powiedzieć, że nie musiałem specjalnie czekać na obóz. Chrzest w nowej drużynie miałem od pierwszego dnia.

- W Krakowie również jednak szybko wywalczył pan sobie miejsce w składzie.
- Moje wejście do Wisły mogę mimo wszystko porównać do tego, jak wchodziłem do szatni Górnika. Wtedy byłem juniorem i jak zobaczyłem Mietka Agafona czy Darka Kosełę, to otworzyłem szeroko usta i patrzyłem co oni wyprawiają na treningu. Przyszedł jednak moment, gdy dobiłem do ich poziomu i było mi mało. Czułem, że jest potencjał, żeby stać się jeszcze lepszym piłkarzem. I to się stało. Zawdzięczam to również tym zawodnikom, którzy wówczas grali w Wiśle - Radkowi Kałużnemu, Ryśkowi Czerwcowi, Tomkowi Kulawikowi, Krzyśkowi Bukalskiemu, Kaziowi Moskalowi. Mógłbym wymieniać wszystkich po kolei, bo od każdego czegoś się nauczyłem. To były kolejne piękne trzy lata, w których dobijałem do ich poziomu. Mam nadzieję, że w pewnym momencie ponad ten poziom wyszedłem i dlatego mogłem wyjechać za granicę. Początki nie były oczywiście łatwe, ale tak jak w przypadku mojej przeprowadzki do Zabrza, tak i w Krakowie wyszedł mój ostrowiecki charakter. Dostosowałem się. Nie jestem też człowiekiem, który wchodzi w spory z ludźmi, więc nie miałem w drużynie problemów. Dzisiaj myślę, że to, co zrobiłem dla Wisły, jest przez jej kibiców docenione.

- Rozmawiałem kiedyś z Andrzejem Iwanem, czyli zawodnikiem, który grał w tej legendarnej drużynie Wisły z przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Drużyny, która zdobyła mistrzostwo Polski i potrafiła dojść do ćwierćfinału Pucharu Europy. „Ajwen” nie miał jednak wątpliwości, że to waszemu pokoleniu należy się palma pierwszeństwa w całej historii „Białej Gwiazdy”. Jak pan odbiera takie słowa starszego kolegi?
- Bardzo żałuję, że nie mogłem nigdzie znaleźć takich większych fragmentów, czy całych meczów z lat 70., bo zawsze chciałem zobaczyć, jak grali trenerzy Adam Nawałka i Andrzej Iwan. Dodam, że dla mnie Andrzej Iwan zawsze pozostanie jednym z panów trenerów, choć kilka razy już proponował mi przejście na ty. Ponieważ nie miałem okazji zobaczyć, jak oni grali, trudno jest mi porównywać ich i nasze osiągnięcia. Andrzej Iwan powiedział mi jednak kiedyś mądrą rzecz, że każde pokolenie piłkarzy ma coś, czego żałuje. I później złapałem się na tym w rozmowie z panem Włodzimierzem Lubańskim. Mówiłem mu, że powinienem zaczekać z transferem do wejścia Polski do Unii Europejskiej, że wtedy byłyby inne perspektywy, itd., itp. Pan Włodek odpowiedział mi, żebym pomyślał, jakie oni mieli perspektywy, gdy grali w piłkę. Przypomniał, że oni nie mogli wyjeżdżać do 30 roku życia grać za granicę. Każde pokolenie ma zatem rzeczywiście swoje niespełnione marzenia. Pewnie, gdyby Andrzej Iwan i jego pokolenie miało takie możliwości, jak my, to graliby w najlepszych klubach Europy. W tym kontekście cieszę się, że byli zawodnicy z tego właśnie pokolenia doceniają nasze osiągnięcia. Dla mnie natomiast, choć minęło już prawie dwadzieścia lat od naszych największych sukcesów w Wiśle, to wciąż za mało, żebym tak wewnętrznie potrafił docenić to, co my wtedy zrobiliśmy. Bo wyobraźmy sobie dzisiaj klub z ekstraklasy, który eliminuje z pucharów czołowe zespoły z Włoch czy Niemiec. To robi wrażenie, ale ja nie potrafię tak w pełni ułożyć sobie w głowie, że to był ogromny sukces. My przede wszystkim wtedy dobrze bawiliśmy się na boisku. Każdy trening to była radość. Czysta radość z gry w piłkę. Pieniądze, pieniędzmi, bo w Wiśle dobrze się wtedy zarabiało, ale proszę mi wierzyć, że jak przychodziliśmy na trening, to zapominaliśmy o bożym świecie.

- Może te sukcesy były możliwe m.in. dlatego, że tak się lubiliście wzajemnie?
- Jedno wynikało z drugiego. Sukcesy budowały atmosferę, a atmosfera pomagała robić dobre wyniki. Pewnie nasze relacje byłyby inne, gdybyśmy toczyli np. ciężki bój o utrzymanie. Szło nam jednak bardzo dobrze, a wydaje mi się, że liga była wtedy o wiele mocniejsza niż obecnie. Być może zaraz ktoś powie, że to była inna piłka i że inne było przygotowanie fizyczne, taktyczne. Nie dam sobie jednak tego wmówić, bo jeśli piłka ma się opierać na tym, że ktoś boi się przyjąć piłkę, albo wejść w drybling, to znaczny, że to idzie w bardzo złą stronę. Oczywiście są mecze bardzo taktyczne, ale jeśli trener mówi skrzydłowemu czy napastnikowi, że ma nie dryblować, bo jeszcze straci piłkę, to jak na taki futbol się nie godzę. Mnie się to nie podoba, a niestety, kilka zespołów w dzisiejszej ekstraklasie tak właśnie gra.

- Wracając do okresu pańskiej gry w Wiśle, były to czasy, kiedy Kraków leżał u waszych stóp. Byliście ulubieńcami znacznej części miasta.
- Wtedy Cracovia grała w III lidze. Dopiero później awansowała. Dlatego ja w derbach Krakowa zagrałem tylko raz w życiu. W 2007 roku na starym stadionie przy Kałuży. Oczywiście wygraliśmy, bo wszystko albo prawie wszystko wtedy wygrywaliśmy. Generalnie kibice innych drużyn nie obchodzili się ze mną delikatnie. Mnie to jednak mobilizowało, a nie deprymowało. Wiedziałem, że skoro mnie wyzywają, to tak naprawdę się mnie boją. Jak przeciwnik mnie kopał, to wiedziałem, że nie potrafi mnie zatrzymać w normalny sposób. Jak trenerzy rywali wymieniali zawodników na mojej stronie, bo nie dawali rady, to czułem, że to jest to. Pewnie się znajdą w mojej karierze mecze przeciętne, słabe, ale jeśli chodzi o cechy wolicjonalne, to byłoby ich bardzo mało. Nigdy nie przechodziłem obok meczu.

- Przez te wszystkie lata gry dla Wisły spotkał się pan z jakimiś nieprzyjemnymi sytuacjami w Krakowie ze strony kibiców Cracovii?
- Jeden raz w takim klubie, który nazywał się „Pod Papugami” miałem sytuację, w której mogło zrobić się niemiło, ale jednak kibice Cracovii załatwili sprawę kulturalnie. Po prostu usłyszałem, że mam pięć minutek i zapraszamy do wyjścia. Cóż było robić, dostosowałem się do wytycznych i wyszedłem, żeby nie zaogniać sytuacji. Kilka razy byliśmy w „Pasji” na Szewskiej, gdzie były jakieś akcje, ale bardziej między kibicami. Nas nikt nie zaczepiał. Zresztą częściej jeździliśmy bawić się na Śląsk niż do klubów w Krakowie. Nie kusiliśmy losu. Działo się jednak wiele i powiem szczerze, że gdyby to miało miejsce dzisiaj, to albo w mediach społecznościowych bylibyśmy znienawidzeni, albo wykręcalibyśmy rekordowe zasięgi.

- Na koniec tej rozmowy porozmawiajmy o tym, co czeka nas w najbliższy piątek, czyli kolejny mecz Wisły Kraków z Górnikiem Zabrze. Jak w ogóle podoba się panu drużyna Petera Hyballi i pomysł Niemca na grę „Białej Gwiazdy”?
- Ciężko znaleźć inne słowa niż to, że podoba mi się bardzo. Nie ma chyba dzisiaj kibica Wisły, czy kibica w Polsce, który powiedziałby coś innego. Nawet kibice Cracovii nie mogliby dzisiaj powiedzieć, że Wisła gra słabo. Najbardziej podoba mi się to, że przyjechał do Polski człowiek, który nie znał w ogóle naszych realiów i od razu zaczął robić swoje. Człowiek wszedł do szatni, miał dwa dni do derbów Krakowa, a wyglądało to tak, jakby włączył światło. Nagle chłopaki zaczęli biegać, grać. A później facet stanął i powiedział, że dociągnie do końca roku, a później zrobi taki okres przygotowawczy, że z jednej strony będzie to najcięższy czas w karierach piłkarzy, ale później zmiażdżą fizycznie każdego rywala w lidze. Pomyślałem wtedy, że przyjechał następny, który trochę pogada, a jak „przykręci śrubę”, to za chwilę wszyscy będą leżeć na kozetkach. I rzeczywiście przyszedł okres przygotowawczy, najstarsi piłkarze mówią, że w życiu tak nie trenowali. A później zaczął się sezon i dzisiaj Wisła pod względem fizycznym może nie miażdży przeciwników, ale gra bardzo intensywnie, przyjemnie dla oka. Chłopaki po prostu się starają. Widać, że trener nie zabrania im gry ofensywnej, nie zabrania im dryblować, nie zabrania bocznym obrońcom podłączać się do ofensywy. Wisła nieźle wykonuje stałe fragmenty gry. Jeśli zatem ktoś mówi o wpływie trenera na grę zespołu, to Peter Hyballa jest ewenementem w ekstraklasie. Żaden z trenerów nie potrafił tak szybko odcisnąć swojego piętna na zespole jak Niemiec. Zasłużone pozytywne oceny zbiera Marek Papszun, ale on jednak Raków budował cegiełka po cegiełce przez znacznie dłuższy czas, kilka lat. A tutaj facet przychodzi i po dwóch miesiącach ekipa, która nie ma przecież najlepszych piłkarzy w lidze, gra tak, że gdyby nie fatalny początek sezonu, to dzisiaj Wisła walczyłaby o europejskie puchary. Dlatego powtórzę jeszcze raz, nie ma teraz w lidze trenera, który tak mocno odciskałby swoje piętno na drużynie, jak Hyballa. Nie ma tego Legia, nie ma tego Lech, nie ma tego Lechia. Ma trochę Górnik, ale w Zabrzu co pół roku Marcinowi Broszowi wyrywają najładniejsze zęby trzonowe. Życzyłbym sobie, żeby w Wiśle to układało się tak dalej. Jeśli klub będzie dobrze zarządzany, a na ten moment zarządzany jest bardzo dobrze, to w przyszłym sezonie Wisła będzie walczyć z Legią o mistrzostwo Polski!

- A Górnik? Jesienią Wisła jechała do Zabrza jak na ścięcie, bo drużyna Marcina Brosza była liderem, zbierała zasłużone komplementy. Wtedy był co prawda remis, ale to Górnik był odbierany jako zespół, który może grać o czołowe miejsca, a Wisła co najwyżej o środek tabeli. Dzisiaj sytuacja jest taka, że jeśli krakowianie wygrają w piątek, to przeskoczą Górnika w tabeli… Szybko się to w tej naszej ekstraklasie zmienia.
- Wisła jest faworytem, ale absolutnie nie lekceważyłbym Górnika. Marcin Brosz co kilka miesięcy musi radzić sobie i radzi sobie bardzo dobrze z budowaniem zespołu praktycznie na nowo. Musi przyjść jednak taki moment, gdy trzy z pięciu transferów w Górniku nie wypalą i będzie problem. Mówiąc wprost, na dłuższą metę tak się nie da pracować. Dzisiaj jednak Górnik to wciąż drużyna, której zlekceważenie może bardzo drogo kosztować każdego rywala w tej lidze. Zabrzanie trochę ostatnio złapali zadyszkę, ale Marcin Brosz to trener, który potrafi sobie radzić z takimi sytuacjami. Dla mnie ten piątkowy mecz to taki pojedynek trenerski. Oczywiście to piłkarze grają, ale jestem bardzo ciekawy, jaką taktykę Marcin Brosz dobierze na ten mecz. Czy będzie starał się grać bardzo wysoko, czy wpuści Wisłę na swoją połowę i nastawi się na kontry. W mojej ocenie szykuje się jeden z ciekawszych pojedynków w ostatnim czasie, jeśli chodzi o szkoły trenerskie w naszej lidze.

Kibice muszą sięgnąć do kieszeni

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Kamil Kosowski: Usłyszałem, że albo idę do Wisły, albo nigdzie… - Gazeta Krakowska

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Booted. net - świetny prrojj-ekt dla doros1ych którzy chca źna1eźć partnerra do s-eksu

Dodaj ogłoszenie