Wisła Kraków. Serafin Szota: Trener Hyballa przekazuje nam dobrą energię

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Anna Kaczmarz
- Niby mam 21 lat, zagrałem już trochę meczów w I lidze, ale jednak człowiek zawsze marzył o ekstraklasie. Może dla kogoś, kto patrzy na to z boku, to był po prostu zwykły debiut. Dla mnie on znaczy jednak bardzo wiele, bo wiem, ile musiałem w życiu poświęcić, żeby znaleźć się w tym miejscu - mówi Serafin Szota, piłkarz Wisły Kraków, który zadebiutował w ekstraklasie w ostatnim meczu z Pogonią Szczecin.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Co pan pomyślał w czasie meczu z Pogonią Szczecin, gdy usłyszał, że ma wchodzić na boisko?
- Zacznę może od tego, że pierwszy raz przydarzyła mi się taka trochę bardziej złożona sytuacja. Najpierw na boisku leżał kilka razy Łukasz Burliga, więc usłyszałem, że mam się szybko rozgrzewać. Później dwa razy leżał Michal Frydrych i znów usłyszałem hasło „grzej się”. W końcu problemy dopadły Adiego Mehremicia i gdy widać było, że on może potrzebować zmiany, to ja miałem już trochę parę kilometrów rozgrzewki za sobą. Czułem w jej trakcie, że ta szansa może nadejść. A gdy już usłyszałem od trenera głośne - „Szota, two minutes!”, to dotarło do mnie, że to jest właśnie ten moment na debiut. Pozostało przez trzydzieści sekund przeglądnąć raz jeszcze ustawienie przy stałych fragmentach gry i wejść na boisko. Powiem szczerze - czułem się już od dłuższego czasu gotowy na grę w ekstraklasie.

- Pewnie już gdy jako mały chłopiec rozpoczynał pan treningi, marzył pan o takiej chwili. Przeleciała panu przed oczami cała dotychczasowa kariera?
- Bardzo ciężko pracowałem, żeby doczekać się takiej chwili. Może planowałem to wszystko trochę inaczej, ale to życie pisze tak naprawdę nasze scenariusze. Uważam, że nie ma w życiu przypadków, wszystko dzieje się w jakimś celu. Może musiałem tyle czekać, bo tak po prostu miało być. Jednego jestem pewien, nic nie dostałem za darmo. Gdy wracałem z wypożyczenia do Stomilu Olsztyn, nie byłem przecież pewien, czy w ogóle zostanę w Wiśle. Rozmawiałem jednak ostatnio z trenerem Hyballą na temat mojej przyszłości i usłyszałem od niego, że mnie potrzebuje na najbliższe mecze, bo są kontuzje, kartki. Może gdzieś tam na górze opatrzność tak chciała to wszystko poukładać.

- Napisał pan po meczu z Pogonią Szczecin na Twitterze, że nieszczęście jednego, jest szczęściem drugiego. Różnie niektórzy mogą to odczytać, ale ja zrozumiałem to jako przywołanie po prostu piłkarskiej prawdy. Bo tak często bywa, że kontuzja jednego zawodnika powoduje, że inny wchodzi do gry, dostaje swoją szansę.
- Dokładnie to miałem na myśli. Jeśli jestem zawodnikiem rezerwowym, ciężko pracuję, dobrze się prowadzę, to wiadomo, że człowiek staje się niecierpliwy z pozycji ławki. Człowiek chce grać, szczególnie jeśli jest się ambitnym. A ja jestem. To nie jest oczywiście tak, że cieszę się z kontuzji Adiego. To jest dla niego przykra sprawa. Na krzywdzie kogoś innego trudno budować swoją pozycję, karierę, ale w piłce nożnej tak rzeczywiście czasami się dzieje, że kontuzja jednego piłkarza otwiera szansę przed innym.

- Wchodził pan na boisko w trudnym momencie, bo Wisła prowadziła 1:0, a Pogoń naciskała i wysoko wam zawiesiła poprzeczkę. Dość szybko był pan bohaterem jednej z kluczowych akcji w tym meczu. Gdyby nie zablokował pan strzału Michała Kucharczyka, to spotkanie mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Udało się jednak, a niedługo później to wy strzeliliście gola na 2:0.
- Tę sytuację akurat pamiętam dobrze, bo tak poza tym to ja po meczu padłem w szatni. Wciąż we mnie mocno buzowały emocje, musiałem usiąść, spróbować się uspokoić, bo nie dowierzałem jeszcze, że to wszystko się wydarzyło. Niby mam 21 lat, zagrałem już trochę meczów w I lidze, ale jednak człowiek zawsze marzył o ekstraklasie. Może dla kogoś, kto patrzy na to z boku, to był po prostu zwykły debiut. Dla mnie on znaczy jednak bardzo wiele, bo wiem, ile musiałem w życiu poświęcić, żeby znaleźć się w tym miejscu. Wracając natomiast do tej sytuacji, to była bardzo energiczna akcja. Byłem blisko napastnika, ale piłka poleciała do boku, do Kucharczyka, którego zobaczyłem i pomyślałem, że to niemożliwie, żeby on tam stał tak sam. Pozostało mi po prostu stanąć na linii strzału i liczyć na to, że on jakimś cudem we mnie trafi. Napastników rozlicza się często z tego, żeby znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie w polu karnym. Z nami obrońcami jest z kolei tak, że trzeba być w takim miejscu, żeby strzelający właśnie w ciebie trafił. Tym razem się udało i chyba rzeczywiście była to jedna z kluczowych sytuacji w tym meczu. Tym bardziej się cieszę, że mogłem pomóc drużynie.

- Skoro mówiliśmy już o szczęściu i nieszczęściu w futbolu, to jest duża szansa, żeby zagrał pan również w kolejnym meczu, bo w drużynie wciąż są kontuzje, a za kartki pauzuje Łukasz Burliga.
- Skłamałbym jeśli powiedziałbym, że nie liczę na występ w Płocku. Jestem bardzo mocno zmobilizowany, żeby przez cały tydzień pokazywać trenerowi, że to ja zasługuję na miejsce w składzie. Mamy swoje problemy, trener na pewno będzie miał sporo do myślenia, jak zestawić skład. Moim zadaniem jest natomiast ułatwić mu decyzję swoją postawą na treningach.

- Ma pan w I lidze kilkadziesiąt spotkań, w ekstraklasie dopiero jeden. Można się już pokusić o jakieś porównania, czy to za wcześnie?
- Za wcześnie, bo ten mecz z Pogonią to były dla mnie tak duże emocje, że mało z niego pamiętam. Mam nadzieję, że wkrótce zagram w ekstraklasie trochę więcej, więc wtedy chętnie porozmawiam o tym, jakie są różnice między nią i I ligą.

- To był emocjonalny moment nie tylko dla pana. Widziałem wpis na oficjalnym profilu Startu Namysłów na Twitterze, w którym gratulowali debiutu swojemu wychowankowi. Widać, że dobrze tam o panu pamiętają.
- W czasie meczu zawsze mam wyłączony telefon. Włączyłem go dopiero kilka godzin po zakończeniu spotkania i okazało się, że dostałem około 250 wiadomości z gratulacjami, z informacjami, że ludzie się cieszą z mojego debiutu. Nawet nie miałem jeszcze czasu na te wszystkie wiadomości odpisać. To jest super sprawa, bo widać, że mam wokół siebie wiele osób, które dobrze mi życzą. Oczywiście dla każdego najważniejsi są najbliżsi. W moim przypadku dziewczyna, rodzina, ale cenię sobie również każdy inny wpis, również te od kibiców. Ten ze strony Startu Namysłów sprawił mi wiele radości. Cieszę się, że w tym klubie o mnie pamiętają, że interesują się tym, jak sobie radzę.

- Jak uczcił pan swój debiut w ekstraklasie?
- Wróciłem w nocy do domu, położyłem się spać, ale bardzo długo nie mogłem zasnąć. Po meczu zresztą nie było co świętować, bo na drugi dzień trzeba było jechać na trening. Trochę oddechu miałem natomiast w niedzielę, wtedy mój tata miał urodziny i powiedział mi, że lepszego prezentu niż ten mój debiut, nie mógł sobie wymarzyć.

- Pewnie taka reakcja otoczenia jest tym większa, że ten piątkowy mecz, to jak na warunki naszej ekstraklasy było naprawdę świetne widowisko. Widać, że te słynne już przygotowania u trenera Petera Hyballi przynoszą efekt.
- To prawda. Widziałem takie porównanie, które zamieścił na Twitterze Michał Zachodny, w którym porównał nasz mecz do spotkania Stali Mielec z Cracovią. Przebiegnięty dystans ponad 121 km to jedno, ale do tego doszły sprinty, szybki bieg, w jakich odległościach, na jakiej intensywności. Jeśli weźmiemy te wszystkie parametry pod uwagę, to rzeczywiście wyglądało to bardzo dobrze. Ja już przed sezonem czułem po sobie, że praca u trenera Hyballi przyniesie efekt. Nasze pierwsze mecze w tym sezonie pokazują, że już są malutkie tego efekty, ale sądzę, że to nie wszystko, że to dopiero początek.

- Gdy rozmawiałem ze starszymi zawodnikami, to mówili, że tak ciężko jeszcze nie trenowali i nawet zastanawiali się czy dadzą radę. Przełamywali jednak swoje bariery i dzisiaj podkreślają, że czują się znakomicie. Z panem jest podobnie?
- Ja przede wszystkim jestem zdania, że jeśli człowiek chce zrobić postęp, to musi przełamywać swoje bariery. Jeśli nie będziemy ich łamać każdego dnia, to będziemy stali w miejscu. Czasami zrobimy dwa kroki do przodu, później trzy do tyłu i tak w kółko. Teraz było bardzo ciężko, ale skoro widać efekty, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że to jest najwłaściwsza droga. Trener pokazuje nam, jak to wygląda na Zachodzie, a skoro praktycznie wszyscy powtarzają, że to był dla nas najcięższy okres przygotowawczy, to chyba konkluzja musi być taka, że trzeba zrobić wszystko, aby dorównać do tego najlepszego futbolu…

- Ciężkie treningi to jedno, a druga sprawa to psychologia. Można odnieść wrażenie, że trener Peter Hyballa ma umiejętność takiego piłkarskiego „pompowania” zawodników. Widać to było choćby w materiale stacji ZDF, gdzie pokazano rozmowę trenera z Felicio Brown Forbesem przed meczem z Pogonią. Jak pan odbiera ten aspekt współpracy z Hyballą?
- Na pewno jest tak, że trener chce pomóc każdemu zawodnikowi, z którym pracuje. Jest bardzo bezpośredni i szczery. Jeśli ma kogoś pochwalić, to pochwali. Jeśli ma komuś powiedzieć nawet najgorszą prawdę, to zrobi to w oczy. Ja osobiście cenię sobie takie podejście. Moim zdaniem szczerość to jedna z najważniejszych rzeczy. Trener jest też rzeczywiście bardzo dobrym motywatorem. Słychać to w trakcie meczów bardzo dobrze. Cały czas stara się podpowiadać, mobilizować. Ten człowiek ma w sobie takie pokłady energii, że czasami aż się dziwimy. Najważniejsze jednak, że potrafi tą dobrą energię przekazywać zawodnikom. Bywało, że niektórzy piłkarze byli na boisku skryci, a teraz sami pokrzykują, podpowiadają. Trener podpowiada, sami sobie podpowiadamy i robi się z tego taki samonakręcający się łańcuszek.

- Jaki ma pan plan na najbliższe tygodnie, miesiące? Pewnie skoro już zadebiutował pan w ekstraklasie, to teraz chciałby pan w niej grać i grać.
- Na pewno. To jest teraz taki mój krótkoterminowy cel, żeby wychodzić na boisko, żeby wywalczyć sobie miejsce w składzie. Jeśli dostanę swoją szansę, to zrobię wszystko, żeby ją wykorzystać. Zupełnie natomiast w tym momencie nie myślę o tym, co będzie za pół roku, rok. Liczą się tylko najbliższe treningi i mecz z Wisłą Płock.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o Wiśle Kraków

EKSTRAKLASA 2021: wyniki, tabela, terminarz

Kogo powoła nowy selekcjoner?

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Serafin Szota: Trener Hyballa przekazuje nam dobrą energię - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie