Wizja bagna

Redakcja
- Jakie znaczenie dla przeciętnego Polaka ma to, co się dzieje wokół PKN Orlen, a szczególnie powiązania z tą aferą najważniejszych polityków polskich i udział w niej szpiega Władimira Ałganowa?

Rozmowa z prof. JACKIEM WASILEWSKIM, politologiem

   - Statystyczny Polak cieszy się, bo jego generalna wizja polityki jako bagna oraz negatywna opinia o klasie politycznej potwierdza się. Celowo przesadzam z tym cieszeniem się, ale faktem jest, że nasza natura jest taka, iż jesteśmy zadowoleni, kiedy uzyskujemy informacje, które wzmacniają nasz dotychczasowy tok myślenia. Lubimy przecież mieć rację. A o politykach przeciętny Polak ma złą opinię; więcej - całe życie publiczne jawi mu się w dwóch kolorach: czarnym i białym, rzecz jasna czarnego jest znacznie więcej.
   - Kto jest winien takiemu dwubiegunowemu widzeniu rzeczywistości?
   - Przede wszystkim sami politycy. Afera Orlenu w odbiorze społecznym pogłębia fatalny obraz niemal całej klasy politycznej. Chcę podkreślić, że staram się dociec sposobu myślenia szerokich rzesz, a nie jednostek, które potrafią niuansować opinię o świecie polityki. W dodatku politycy, którzy są uwikłani w sprawę Orlenu oraz związani z nimi publicyści, przekonują, że oni są bez skazy i jednocześnie winę zrzucają na żądne sensacji media. Efekt jest taki, że krąg "zarażonych" się poszerza. Jego rozrost jest łatwy i groźny, ponieważ mało kto dokładnie wie, co się dzieje wokół tej afery. Sam nie śledzę już "od deski do deski" informacji na ten temat. Nie staram się zapychać pamięci szczegółami związanymi z tą aferą, kolejnymi interpretacjami, sprzecznymi ze sobą wyjaśnieniami. Zadowalam się uogólnieniami. Podobnie - jak sądzę - zachowuje się zdecydowana większość społeczeństwa. Zdaję sobie sprawę, że niedobrą rzeczą jest bagatelizowanie tej afery ze względu na jej znaczenie. Jest to jednak, niestety, zrozumiała reakcja. Mam świadomość, że takie podejście prowadzi do schematyczności ocen, łatwego przyklejania "łatek", np. "winien jest Kwaśniewski" lub "prezydent jest czysty jak łza".
   - Czy dostrzega Pan wyjście z sytuacji?
   - Sprawa musi być konsekwentnie wyjaśniana. Skoro powiedziało się a, trzeba iść dalej, mimo krytycyzmu wobec działań komisji śledczej, prokuratury i innych organów publicznych. Należy też mieć świadomość, że na wymierne efekty trzeba będzie poczekać. Nieporównywalnie lepiej jest jednak, że sprawa jest wyjaśniania niż gdyby było inaczej. Na szczęście, media w Polsce są wolne.
   - Jaki wpływ na nasze życie publiczne może mieć pogłębiający się od lat negatywny i stereotypowy stosunek większości Polaków do polityków i polityki?
   - Konsekwencje złego myślenia na temat szeroko pojętej aktywności publicznej mogą być fatalne. Twierdzę, że ten problem jest znacznie ważniejszy niż wyjaśnienie afery Orlenu, ponieważ tego rodzaju myślenie ogółu rodaków przeciwdziała tworzeniu się społeczeństwa obywatelskiego, hamuje przyjmowanie reguł demokratycznych za własne. Zdaję sobie sprawę, że mówię patetycznie, odwołuję się do fundamentalnych pojęć, ale - moim zdaniem - jest to zagadnienie najważniejsze, a lekceważenie go jest karygodne. Jesteśmy na początku drogi prowadzącej do pełnego rozwoju postaw obywatelskich, ale nie możemy mówić, że nadal raczkujemy. Przez 15 lat sporo można było zrobić. Tymczasem niemal powszechne jest takie przekonanie, że - mówiąc dosadnie - cokolwiek zrobimy, politycy i tak nas "wykiwają" i w dodatku wciągają w szambo, w którym sami tkwią. Dramatyczne jest to, że taką lekcję postaw obywatelskich otrzymują młodzi ludzie, co spowodować musi, że patologia będzie trwała przez całe dziesięciolecia.
   - Politycy wszystkich opcji powołują się niemal na każdym kroku na rację stanu, dobro państwa itp. Czy wiedzą, o czym mówią?
   - Po pierwsze - politycy doskonale wiedzą, o czym mówią. Oni nie są tacy głupi, co cyniczni. Rzecz jasna są wyjątki. Po drugie - z odwoływaniem się polityków do wyższych racji mamy do czynienia od bardzo dawna. Jest to standardowy zabieg polityków mający na celu uzyskanie przychylności społeczeństwa. Jednocześnie owe wyższe wartości i cele są mgliście zdefiniowane. Politycy mówią o "dobru państwa" czy "racji stanu", ale nie definiują tych pojęć. Dla niemal każdego polityka hasło "dobro państwa" znaczy tyle samo, co "moje dobro państwa", czyli jak on sam lub jego partia je widzi. Brak określenia powoduje, że również prawie każdy wyborca rozumie np. "rację stanu" po swojemu.
   - Tworzy się galimatias?
   - Ale dzięki enigmatyczności pojęć politycy osiągają swoje cele. Wmawianie obywatelom, że tylko ja i moja partia dbamy o polską rację stanu, prowadzi do tego, że wyborcy, zwłaszcza zwolennicy danego ugrupowania, podkładają sobie pod owe "dobro państwa" to, co uważają za stosowne. Moim zdaniem politycy specjalnie rozmywają swoje programy polityczne, a cały ten zabieg ma im służyć do lawirowania i manipulowania społeczeństwem.
   - Proszę podać przykład.
   - Liga Polskich Rodzin nie mówi przecież wprost, że polską racją stanu jest współpraca z Rosją i przeciwstawienie się Zachodowi. Owszem, człowiek dobrze obeznany z życiem publicznym może wyczytać to z programu czy wypowiedzi działaczy LPR, ale większość Polaków ma zapewne kłopoty z prawidłowym odczytaniem ideologii Ligi. Podobnie sprawa wygląda w przypadku innych formacji.
   Prof. Jacek Wasilewski jest kierownikiem Zakładu Badań nad Elitami i Zachowaniami Politycznymi w Instytucie Nauk Politycznych PAN, wykładowcą w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.
Rozmawiał:
WŁODZIMIERZ KNAP

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie