Władza ludowa na tropie wampira

Redakcja
Dla każdego milicjanta, który w 1964 r. widział zwłoki kobiety w Dąbrówce Małej na Śląsku, było oczywiste, że zabił ją psychopata. Władze nie przejęły się zagrożeniem, zaś przez rok, kiedy znajdowano następne ofiary, milczały lub dementowały informacje o "wampirze"; wszak w kraju demokracji ludowej nie było zwyrodnialców. Sprawa miała więc od początku wymiar polityczny.

Anna Zechenter: NIEPRZEDAWNIONE

W 1966 r. z rąk tego samego człowieka zginęła, jako szesnasta z kolei, Jolanta Gierkówna, bratanica sekretarza wojewódzkiego partii w Katowicach Edwarda Gierka. Przypomniano sobie wówczas, że czternastą ofiarą była Maria Gomółka. Pal sześć ortografię ale nazwisko przywódcy PRL, Władysława Gomułki brzmiało tak samo, zbrodniarz musiał więc nienawidzić ustroju. Komunistyczne władze w Warszawie zaniepokoiły się. Nawet jeśli nie traktowały poważnie katowickiej hipotezy o grasującym wrogu systemu, nie mogły pogodzić się z koniecznością ostrzeżenia mieszkańców przed mordercą, a zarazem przyznaniem się do bezradności.

W 1964 r. odkryto w Będzinie ciało kobiety z obrażeniami identycznymi jak w Dąbrówce. Tragiczny okazał się 1965 r.: "Wampir z Zagłębia" zabił sześć osób; w 1966 r. - pięć, w 1967 r. - dwie, w 1968 r. - jedną. Zwłoki traktował sadystycznie, ale ich nie gwałcił. Aresztowania seryjnego mordercy domagał się zwłaszcza Gierek, rządzący na Śląsku twardą ręką.

O procesie skazanego za te zbrodnie w 1975 r. Zdzisława Marchwickiego mówi się zazwyczaj, że był oparty na poszlakach, a wiele kwestii budziło wątpliwości. Nie sposób dzisiaj rozstrzygnąć, czy powieszony Marchwicki był rzeczywiście "Wampirem z Zagłębia", czy wykorzystano jego lekkie upośledzenie umysłowe oraz pochodzenie z marginesu społecznego, aby spełnić żądania centrali w Warszawie.

Dlaczego w 1972 r. uwaga organów skupiła się właśnie na nim? W Katowicach powołano specjalną grupę "Anna". Najpierw wyznaczono za wskazanie tropu gigantyczną nagrodę - milion złotych. Telefony milicyjne zaczęły się urywać: wszystkie oszukane żony i zawiedzione kochanki oraz zazdrośni mężowie składali donosy, a funkcjonariusze nie nadążali ze sprawdzaniem śladów. Przy pomocy amerykańskiego specjalisty stworzono profil, uwzględniający 483 cechy fizyczne i psychiczne sprawcy. Wyłoniono ponad 250 podejrzanych, wśród których znalazł się także Marchwicki. Dziwne to, bo kryminolog z USA opisał człowieka o wysokiej inteligencji, ze średnim lub wyższym wykształceniem. A Marchwicki takim człowiekiem nie był.

Czterdzieści lat temu, w marcu 1970 r., zginęła Jadwiga Kucia zatrudniona w Uniwersytecie Śląskim. Nie było wątpliwości, że zabił ją "Wampir z Zagłębia". Milicja, której kazano złapać zwyrodnialca, za wszelką cenę szukała związku między Marchwickim a ofiarą. Traf chciał, że na Uniwersytecie Śląskim pracował również brat Zdzisława, Jan Marchwicki, znany ze swojego homoseksualizmu. Za pewnik przyjęto, że Jadwiga Kucia go szantażowała. Skąd milicja dysponowała taką wiedzą? Nie wiadomo. Ale wniosek brzmiał: Jan kazał Zdzisławowi zabić Jadwigę.

Igrzyska dla ludu miast i wsi

Aresztowano obu braci i przygotowano akt oskarżenia, nie zważając na fakt, że seryjni mordercy sami wybierają ofiary, kiedy odczuwają potrzebę zbrodni. Miałby to być pierwszy przypadek roboty na zlecenie wykonanej z zachowaniem sadystycznego rytuału? I jeszcze jedno pytanie: dlaczego Jan, znający prawdę o bracie, nie skorzystał wcześniej z okazji, żeby zarobić milion złotych? Nikt z całej rodziny, którą przedstawiano jako grupę ohydnych zwyrodnialców, nie skusił się na nagrodę? Nigdy nie wyjaśniono tej niekonsekwencji. MO zatrzymała również trzeciego brata Henryka, siostrę Halinę Flak, jej syna Zdzisława i Józefa - przyjaciela Jana.
Przez dwa lata szukano dowodów przeciwko Marchwickim. Znaleziono w ich domu pejcz, którym Zdzisław miał miażdżyć ofiarom czaszki. Mimo że giętki i miękki bat nie mógł być narzędziem zbrodni, przedstawiono go w sądzie. Przeciwko oskarżonemu zeznawał major Wiesław Tomaszek, technik grupy "Anna", uczestniczący w aresztowaniu. Marchwicki miał wówczas powiedzieć: "Dwa samochody marki Wołga, no, to po takiego jednego człowieka jak ja?" oraz "Ile was tu jest, jakbyście co najmniej tego wampira ujęli".

Przeinaczono te słowa, a w aktach znalazło się zdanie: "O, proszę, nareszcie żeście wampira ujęli!". W śledztwie się nie przyznawał, podczas jednego z przesłuchań o mało nie udławił się protokołem, który starał się w ostatniej chwili połknąć; zmęczony wielogodzinnymi wypytywaniami podawał szczegóły napaści, których nigdy nie było. Czasem podpisywał protokoły i dodawał na końcu: "Ale to nieprawda".

W grupie "Anna" znaleźli się ludzie niepewni jego winy: pułkownik Zygmunt Kalisz, porucznik Zbigniew Gątarz i pułkownik Stefan Tokarz zostali w związku z tym odsunięci od sprawy. Prokurator Leszek Polański, którego zadaniem było zebranie dowodów i przygotowanie aktu oskarżenia, zrezygnował, ponieważ nie wierzył, że Marchwicki popełnił zbrodnie.

Na pokazowy proces przeznaczono Klub Fabryczny Zakładów Cynkowych "Silesia" w Katowicach, w której zmieściło się około 800 widzów. O wejściówki na salę toczono bitwy, zaś tłumy ludzi oblegały budynek w nadziei, że jednak uda im się zobaczyć rodzinę zwyrodnialców. Na koniec, w 1975 r., sędzia spytał: "Oskarżony się przyznaje czy nie?" Marchwicki odpowiedział: "No cóż, Najwyższy Sądzie, cóż to jest za różnica". Sędzia powtórzył: "Czy oskarżony jest mordercą?". "No, z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to chyba tak" - brzmiało to niejednoznaczne przyznanie się do winy.

Orzeczono dwa wyroki śmierci - dla Zdzisława i Jana, dwadzieścia pięć lat więzienia dla Henryka, cztery dla Haliny, dwa dla jej syna oraz cztery dla Józefa.

Wtedy stała się rzecz niesłychana, która wywołała panikę nie tylko w komendzie w Katowicach, ale i w Biurze Politycznym KC PZPR. W 1976 r., kiedy Marchwicki czekał na egzekucję, zamordowano Mirosławę Sarnowską, głównego świadka zabójstwa Jadwigi. Zrobił to ten sam człowiek, który zabijał od 1964 r.

Wymiar sprawiedliwości świętował sukces, a wampir wciąż działał... Dziś w takiej sytuacji wznowiono by śledztwo. Wtedy nie było o tym mowy. W kwietniu 1977 r. na szubienicy zawiśli obaj Marchwiccy. Podczas gdy na Śląsku do 1982 r. zginęło jedna po drugiej sześć kobiet, milicja mówiła o "pogłoskach", "rozsiewaniu plotek" i "działaniu na szkodę społeczeństwa".

Urodzaj na winnych

W 1982 r. pojmano wprawdzie kolejnego zwyrodnialca, Joachima Knychałę, który przyznał się do niektórych morderstw, lecz nadal nie było wiadomo, kto jest winien czterech zbrodni przypisanych Knychale. Odpowiedź na to pytanie nadeszła przypadkiem: w marcu 1983 r. złapano na gorącym uczynku Mieczysława Zuba, odpowiedzialnego ponoć za resztę zabójstw. W 1985 r. obaj zawiśli na szubienicy.
Na tym sprawa się nie kończy. Około 1970 r., kiedy trwało polowanie na "Wampira z Zagłębia", przesłuchiwano Piotra Olszowego, chorego psychicznie właściciela zakładu rzemieślniczego. Przyznał się do zbrodni, za które siedem lat później powieszono Marchwickich. Władze postawiły już na obu braci, więc wypuszczono go do domu.

Może ktoś podjąłby ten wątek, lecz dziesięć dni później Olszowy zabił żonę, dzieci i siebie. Między jego przesłuchaniem a śmiercią do komendy w Tarnowskich Górach przyszedł list, którego autor pisał: "Już macie spokój z wampirem, nie wytrzymuję psychicznie, odbieram życie sobie i całej rodzinie".

Ostatnia - jak się później okazało - ofiara zginęła 4 marca. Olszowy był tego wieczoru u znajomych, trzy kilometry od miejsca zbrodni. Wyszedł stamtąd, by wrócić po paru godzinach. Ponieważ nie dało się urządzić publicznego widowiska z winnym w roli głównej, nie zadano sobie trudu ustalenia faktów.

W latach 90. odsiadujący wyrok Henryk Marchwicki zaczął domagać się uniewinnienia. Dziennikarze dotarli do pamiętnika Zdzisława, napisanego po ogłoszeniu wyroku za namową współwięźnia. Jego towarzysz z celi przyznał, że skrócono mu za to wyrok. Autentyczność wspomnień budzi wątpliwości: za dużo w nich sformułowań żywcem wziętych z protokołów. Czy ledwie piśmienny Marchwicki układałby zdania w rodzaju: "Oddaliłem się z miejsca przestępstwa" lub "Dokonałem zabójstwa"?

Henryk wyszedł na wolność w 1992 r. Pięć lat później spadł ze schodów w niewyjaśnionych okolicznościach - tyle wersja oficjalna.

O komunistycznym systemie napisano już całe tomy, ale niech sprawa "Wampira z Zagłębia" zostanie jako jeszcze jedno świadectwo historii PRL. Podobnie jak pościg za Karolem Kotem, który mordował w latach 60. w Krakowie. Gdyby MO wykorzystała wówczas zeznania świadka, lista ofiar Kota byłaby krótsza. Jednak taksówkarz "jako prywatna inicjatywa był niewiarygodny", a jego słowa "nie mogły zasługiwać na uwagę". Musieli więc ginąć ludzie...

Autorka jest pracownikiem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie