Wojownik kobieta

Rozmawia Wacław Krupiński
Macroconcert Polska
Lubię grać postaci silne. Z charakterem. Bo sama taka jestem. Typowy Baran, co to się musi ścierać i mocować. Nieraz niepotrzebnie - mówi Hanna Śleszyńska

- Wierzysz w poczucie humoru Polaków?

- Oczywiście. Sprawdziłam. Wędrując po kraju i grając dla Polonii. A przemierzałam setki kilometrów - choćby z monodramem "Kobieta pierwotna", który opowiada o przygodach z mężczyznami. Śmieją się panie, śmieją się panowie, choć im się trochę dostaje.

- Lec zauważał: "Człowiek lubi się śmiać. Z innych".

- Nie jest tak źle. Mężczyźni, zwłaszcza w towarzystwie kobiet, śmieją się chętnie, nawet z siebie. Dla mnie facet, który ma poczucie humoru na swój temat, to jest to.

- Wyobrażasz sobie życie z mężczyzną bez poczucia humoru?

- No co ty! To cecha, którą cenię najbardziej. Poczucie humoru na swój temat, i w ogóle, to jest coś, co przyciąga jak magnes. Czyni mężczyznę seksownym. Naturalnie, miło, jak posiada i inne zalety.

- Kobiety z poczuciem humoru są równie atrakcyjne.

- Bo śmiech na co dzień naprawdę pomaga żyć. Choć pewnie ten dystans, ta zdolność śmiania się, nawet gdy nie jest wesoło, przychodzi z wiekiem. Zwłaszcza w układach męsko-damskich. Wiem po sobie. Gdy byłam młodsza, często obrażałam się o wiele rzeczy, traktowałem je zbyt serio. Poczucie humoru może nawet ocalić związek. Pamiętam słowa Adama Hanuszkiewicza, że jeżeli para umie się nawzajem rozśmieszyć, to jest nieźle. I to prawda.

- Wierzysz w ocalającą silę komedii?

- Mogłabym nie wierzyć? Po tylu, w których zagrałam? Ważne, że widzowie też wierzą, że jej potrzebują. Idą do teatru, by się pośmiać, by znaleźć w tym śmiechu energię dla siebie. A i do nas ona powraca, gdy nagle na sali wybucha petarda śmiechu. Też chętnie oglądam komedie, co nie oznacza, że nie lubię popłakać sobie na filmie, także dokumentalnym. Oczywiście ideałem jest spektakl lub film, który budzi czysty śmiech, by po chwili wywołać wzruszenie i nostalgię.

- Mówimy o ocalającej sile śmiechu i komedii, ale Kabareciku Olgi Lipińskiej nie ocalił. Wręcz przeciwnie.

- Niestety. W zderzeniu z polityką nie ma szans.

- Zwłaszcza czołowym, gdy czoła płaskie i twarde.

- A i tak nasz program bronił się od 1990 roku przez 15 lat. I byłby oglądany dalej, bo tęsknota za nim wciąż w widzach tkwi. To była fantastyczna przygoda; zawdzięczam jej także odkrycie Gałczyńskiego, w którym się dzięki Oldze zakochałam - choć oczywiście znałam go wcześniej choćby z genialnych kreacji Ireny Kwiatkowskiej. Aktorki, która z takim pietyzmem podchodziła do komedii. Trzeba ją traktować bardzo poważnie, trzeba ją grać prawdziwie, bez robienia jaj, uprawiania tandeciarstwa - powtarzała nam zawsze Olga Lipińska.

- "Ze śmiechem nie ma żartów" - zauważył już Gogol.

- A nam na planie Kabareciku się nieraz zdarzały. Byliśmy dużą, zgraną grupą, pracowaliśmy nad programem co miesiąc przez dwa tygodnie. A w studio od 9 rano do 18, nieraz i w nocy, gdy duble trwały w nieskończoność. I gdyby nie poczucie humoru, pewnie nie zawsze byśmy to przetrzymali. Wymyślaliśmy na przykład, że ten, kto ostatni zejdzie z planu podczas danego ujęcia, przegrywa. Zatem kończyła się piosenka, po czym każdy czmychał sprzed kamer, by nie być ostatnim.

A wtedy odzywała się Olga: "Co wy mi tak szybko schodzicie, ja tam mam czarną dziurę". Zdarzało się, że byliśmy w kostiumach i zmieniał się plan, kręciliśmy coś innego. To wymagało szybkiej przebiórki, a także zmiany charakteryzacji, co dla niektórych panów oznaczało nowe wąsy. Pamiętam krzyk charakteryzatorki: "Teraz hiszpański wąsik!', a po chwili krzyk Czesia Majewskiego: "Zostaw, to moje, prywatne!", bo właśnie Olga chciała mu usunąć jego osobiste wąsy.

- O temperamencie pani reżyser dużo się mówiło.

- Potrafiła do operatora, który wykonał za bliski podjazd, krzyczeć: "Morderco, dusisz mi aktora...". Ci, którzy pojawili się pierwszy raz na planie, może i się bali, ale my, stara gwardia, byliśmy już jak rozbrykana klasa ze swoją wychowawczynią. A przede wszystkim wiedzieliśmy, że Olga jest profesjonalistką, a my jesteśmy przy niej bezpieczni, bo wybierze najlepszego dubla, o wszystko zadba. Jak w piosence ma być wiatr, to choćby się stara dmuchawa zepsuła, Olga zarządzi przyniesienie stu suszarek. Byle wiało.

- Skoro ustaliliśmy już rangę śmiechu i ocalającej siły komedii, to zapytam i o to, czy wierzysz w siłę kobiet.

- Są potęgą, tkwi w nich wielki potencjał. Widzę to choćby po "Kobiecie pierwotnej". Panie przychodzą do mnie na rozmowy. Jest w nich tyle siły i woli życia. Potrafią być niezwykle solidarne. Kobieta potęgą jest, i basta!

- Skoro śmiech to siła i kobieta to siła, oznacza to, że kobieta walcząca śmiechem, jak Ty, jest już nie pokonania.
- No, piękna puenta. Ale nie kończymy rozmowy?

- Nie, bo muszę zapytać, czy czujesz się kobietą nie do pokonania.

- Jak to mówisz, to dobrze brzmi.

- Twoje bohaterki z "Bożej podszewki", z "Rodziny zastępczej", z "Domu" czy "Ja wam pokażę" to kobiety silne, z charakterkiem.

- Lubię grać takie. Ja jestem charakterna, moja mama też... Jestem Baran, kobieta walcząca, naścieram się, namocuję - nieraz niepotrzebnie. Cieszę się, że miałam okazję odtwarzać kilka takich postaci, jak: Józia, Lodzia, Genia, Jadzia...

- Nieraz były to walki z filmowymi mężami i partnerami.

- Miałam ich paru. Jurka Bończaka w "Domu" jako Lodzia "Cielęcina", Witka Dębickiego w "Podszewce", z Piotrkiem Gąsowskim długoterminowo tworzyliśmy parę w życiu i w serialu "Daleko od noszy" - nawet po naszym rozstaniu. Dzięki wzajemnemu poczuciu humoru śmialiśmy się z "Gąsem", że sztuka jest silniejsza niż życie.

- Nadal też występujecie wspólnie z Robertem Rozmusem jako Tercet, czyli Kwartet. To już 20 lat.

- Jak ten czas leci... I wciąż go brakuje, nawet nie zdążyliśmy zrobić jubileuszowej fety Tercetu. Ostatnio z Andrzejem Grabowskim na planie "Blondynki" uświadomiłam sobie, przed ilu to laty graliśmy razem w pierwszej części "Bożej podszewki". To było po urodzeniu Kuby, a on już ma 19 lat...

- I poprzez TVN wkracza w świat show-biznesu...

- Teraz przeżył mocno fakt , że nie udało mu się dostać za pierwszym razem do szkoły teatralnej. Ani w Warszawie, ani w Krakowie.

- Paru gigantów, jak Wojciech Pszoniak, też się nie dostało od razu.

- Na szczęście są takie przykłady - także Janusza Gajosa. To dodaje otuchy takim osobom jak nasz Kuba.

- A co robi silna kobieta, gdy się jej zdarzy gorszy nastrój? Chandra? Fryzjer, pójście do SPA, whisky?

- Fryzjer zawsze polepsza samopoczucie, to wiedzą wszystkie kobiety. Nieraz dzwonię do Wojtka Sochy i mówię: "Przyszłabym do ciebie, bo jakoś tak fatalnie się czuję". Pomaga mi też działka, którą mam nad jeziorem; nawet jak brakuje czasu, to myślę sobie o tym, że pojadę, zasadzę jakiegoś iglaka, lawendę czy rajskie jabłuszko i od razu zrobi się lepiej. Kiedyś czytałam, że uprawianie czegoś daje siłę w życiu.

- Można uprawiać seks.

- Też, ale słyszałam, że już się od tego odchodzi... I jeszcze - wiem, wszyscy to mówią, ale i ja nie mogę pominąć - rodzina. Z wiekiem osiągnięcia zawodowe postrzega się z większym pobłażaniem, a na dwóch wspaniałych synów patrzę z niezmiennym zachwytem. Mogę również cieszyć się tym, że jest ze mną wspaniała mama. Nawet mam to szczęście, że mam dobre relacje ze wszystkimi moimi byłymi mężczyznami. To wszystko daje tak potrzebne poczucie oparcia.

- Czyli zamiast pójścia do SPA rozmowa z synem?

- SPA też mile widziane i nieraz coś w nim sobie funduję. Ale bez żadnych drastycznych zabiegów, o co prosili mnie synowie, bo chcą mnie nadal rozpoznawać. A i ja, jako aktorka, muszę mieć pełną swobodę mimiki twarzy. Zatem wolę się ze zmarszczkami zaprzyjaźnić. Chyba że coś mi nagle strzeli do głowy... Choć z drugiej strony ostatnio, w serialu "Blondynka", zostałam już babcią... Przecież i babcie mogą mieć charakterek.

- A szaleństwa na harleyu wciąż aktualne?
- Szaleństwa to za dużo powiedziane. Towarzyszyłam w wyprawach na tylnym siodełku, może na wiosnę znowu gdzieś wyruszymy?

- Irena Kwiatkowska - wzór pracowitości - którą ogromnie cenisz, rzadko była z siebie zadowolona. Masz podobnie?

- Wiem, że jak coś jej choć minimalnie nie wyszło, to siebie za to karciła. W tym zawodzie zawsze boli, kiedy coś pójdzie gorzej. Ale ja aż tak staram się nie biczować.

- Życie z komedią za pan brat musi być wesołe.

- I też nie narzekam. Tak, czuję się komedii przeznaczona, a nie od początku tak było. Pamiętam, jak na II roku robiliśmy sceny z Fredrowskich "Ślubów panieńskich", i to była dla mnie męka. Potem przy jego "Ciotuni" już lepiej się czułam, jakbym bardziej wiedziała, o co chodzi. A gdy na III roku przygotowywaliśmy z prof. Andrzejem Łapickim "Męża i żonę" oraz z prof. Zofią Mrozowską "Wariatkę z Chaillot", już wiedziałam, że to materiał dla mnie.

Równolegle grałam też Jewdohę w "Sędziach" i się przy tym poryczałam, na co prof. Mrozowska zwróciła mi uwagę, "że płakać to mają widzowie". Nie wzbraniam się przed takimi rolami, ale później jeszcze chętniej wracam do komedii. Zawsze czułam się lepiej w tych chwilach, kiedy budzę śmiech, niż w tych przejmujących, które rodzą ciszę... Na początku wręcz nie mogłam się z tą ciszą oswoić.

- Miałaś szczęście, trafiając po studiach do Teatru Komedia pod skrzydła Olgi Lipińskiej.

- Wielkie szczęście. Bo od razu weszłam w komedie muzyczne, w spektakle kabaretowe... A dużo wtedy grałam. Później parę lat spędziłam w teatrze u Adama Hanuszkiewicza; i były spotkania z Izabellą Cywińską i z Januszem Majewskim, który obsadził mnie w telewizyjnym "Upiorze w kuchni", gdzie grałam córkę Ireny Kwiatkowskiej. I z Wojtkiem Młynarskim, z Andrzejem Strzeleckim... Lubię pracować, lubię próby, podobnie jak codzienne spektakle -znacznie bardziej niż fety, gale, premiery. Bo ja jestem wyrobnikiem. Od codziennego grania.

- Z taką pokorą podchodzisz do swego zawodu.

- Pokora jest nieodzowna; całe życie się uczysz, nigdy nie masz patentu na rolę i zawsze przy następnej się boisz, że spotkasz się z zarzutem kopiowania.

- Aktorstwo wymaga pokory, ale też dużej dozy próżności, by wychodzić do ludzi z nastawieniem: no, patrzcie na mnie.

- Jest w tym zawodzie jakiś rodzaj narcyzmu, choć nie czuję, żebym wpadała w stany samozachwytu. A jednocześnie część z nas, aktorów, jest ogromnie nieśmiała. Wiem to po sobie. Występowałam w szkole na akademiach, recytowałam wiersze, a zarazem nie mogłam opanować nieśmiałości. Także w sytuacjach codziennych. Kiedy jeszcze nie mieliśmy telewizora w domu, chodziłam do sąsiadki, by np. obejrzeć kolejny odcinek "Zorra" - ile ja się czasem nastałam przed jej drzwiami, nie mając odwagi zapukać.

- Film, myślę o komedii, nie do końca umiał z Twoich przewag skorzystać.

- Tak się potoczyły moje losy. Pewnie też sama o to nie zadbałam. Rekompensuję to sobie na scenie, na estradzie... I nie mam żalu do losu.

- Pamiętam, jak pisano: Hanna Śleszyńska - polska Lisa Minnelli.

- Miło, bo to też mój wielki wzorzec.

- Zagrałaś tę samą rolę w musicalu "Kabaret", a wiele lat później zbierałaś pochwały, grając jej matkę w spektaklu "Własność znana jako Judy Garland".

- Ogromnie ceniłam te spektakle. Wypełniały pewną pustkę, bo nigdy nie zadbałam o to, by mieć swój recital marzeń, zastępowały go programy Tercetu. Podobnie jak nie zrealizowałam swej płyty. Mimo iż mówię o niej od lat.

- Skoro się ma stale nowe wyzwania - spektakle, monodram, a to granego od pięciu z Janem Jankowskim "Akompaniatora", w którym śpiewasz arie operowe!

- Długo się przed tym broniłam, uznając, że to wyzwanie zbyt ekstremalne. To jakbym miała szpagat zrobić. Ostatecznie podszkoliłam się u prof. Ewy Iżykowskiej z Akademii Muzycznej i cały czas mnie ta rola mobilizuje, by dbać o głos, tak aby te góry zabrzmiały. A reżyser Grzegorz Chrapkiewicz wplótł w ten spektakl kilka pięknych arii.

- Także w wykonaniu Marii Callas. Niezła konkurencja.
- To ci jeszcze powiem, że na premierę do Syreny były zaproszone Małgorzata Walewska i Aleksandra Kurzak! Umierałam ze strachu. Na szczęście im się podobało. Ola zaprosiła mnie nawet do Covent Garden w Londynie, gdzie była Rozyną w "Cyruliku sewilskim". I tak otarłam się o świat wielkiej opery.

- Tytułowy akompaniator wyznaje wielkiej śpiewaczce, którą grasz, że kocha się w niej od 30 lat. Wyobrażasz sobie, że Tobie mówi ktoś coś takiego?

- Po 30 latach to już chyba trudno się ucieszyć.

- A propos lat. Twoja Ewa z "Kobiety pierwotnej" marzy o prawdziwej miłości z mężczyzną, z którym mogłaby być nawet 400 lat. Wierzysz w tak długie płci obcowanie?

- Nikt się nie przyznaje, ale wszyscy marzą o takiej miłości. Na całe życie. Nawet tak zwane kobiety niezależne.

- Pozwolisz, że powrócę do "Tańca z gwiazdami" sprzed 9 laty?

- Długo w nim nie potańczyłam.

- Czy dla aktorki sceny muzycznej odpadnięcie w trzecim odcinku to był ból?

- Oczywiście, bo jako Baran lubię wygrywać. Żałowałam, że nie zdążyłam dojść do tańców, które by mi sprawiły radość, jak tango czy pasodoble... Ale też nigdy wcześniej się tańcem towarzyskim nie zajmowałam. Daleko mi do Małgosi Foremniak czy Agaty Kuleszy.

- Myślę, że jako aktorka czujesz się spełniona.

- Pewnie tak, ale tkwiąc w wirze pracy, nie mam czasu na przedwczesne bilanse. Ta praca jest jak narkotyk, stąd ciągłe uczucie nienasycenia i stała chęć czegoś więcej.

- A pragnienia, marzenia...

- To wszystko się odbywa głównie intuicyjnie. Nigdy specjalnie niczego nie planowałam ani w pracy, ani w życiu. W pracy nawet miałam większe szczęście do długoterminowych związków - z Kabarecikiem Lipińskiej - 15 lat, z "Rodziną zastępczą" - 10. Faktycznie, wychodzi na to, że sztuka jest silniejsza niż życie. Nawet życie kobiety nie do pokonania.

***
Hanna Śleszyńska
W 1982 ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną Warszawie. Na scenie zadebiutowała w "Niebie zawiedzionych" Bertolta Brechta w reż. Leny Szurmiej w Teatrze Ateneum. Występowała w teatrach warszawskich: Komedia, Nowy, Rampa...
Obecnie przygotowuje się do premiery sztuki "Psiunio" na scenie warszawskiego Teatru Kamienica.

W Krakowie wystąpi dwukrotnie 29 września na scenie Bagateli w komedii krakowianki Anny Burzyńskiej "Akompaniator", zealizowanej w 2009 r. na scenie Teatru Syrena.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie