Wojownik miłości

Redakcja
- Och, to był decydujący wpływ, totalny. Ja się wychowałem na ich piosenkach. One mnie ukształtowały. Kocham muzykę twórców, których pani wymieniła i do dziś uważam ich za moich największych mistrzów, nauczycieli. Od nich nauczyłem się, że piosenka powinna o czymś mówić, że może być sposobem na komunikowanie się z ludźmi - często najlepszym sposobem. Wykonawcy hiszpańscy nie przemawiali do mnie - cenzura sprawiała, że to, co robili, brzmiało dla mnie sztucznie, było pozbawione większych wartości.

Z LLUISEM LLACHEM - rozmawia Dominika Ćosić

-Wychował się Pan w rejonie Hiszpanii, graniczącym z Francją. Ponoć bliżsi byli Panu piosenkarze frankojęzyczni niż hiszpańscy. Jaki wpływ na Pana stylistykę mieli Jacques Brel i Leo Ferre?
 - W 1967 dał Pan swój pierwszy koncert, a już rok później otrzymał Pan intratną propozycję nagrania płyty z piosenkami w języku kastylijskim. Odmówił Pan jednak. Nie żałował Pan swej decyzji?
 - W grę wchodziły sprawy ważniejsze niż kariera. Pozwolę sobie na małą dygresję - pochodzę z niewielkiej społeczności - Katalończycy to zaledwie 10 mln ludzi, stąd jesteśmy bardziej niż większe narody wyczuleni na kwestię tożsamości narodowej. Naród, jak wiadomo, to język. W tym przypadku wybór języka był jednocześnie wyborem drogi życiowej. Za rządów generała Franco nie wolno się było posługiwać katalońskim. Ja jednak jestem i byłem przywiązany do mojego kraju i już we wczesnej młodości postanowiłem za pomocą piosenek reprezentować go. Dlatego śpiewałem po katalońsku. Jak w takiej sytuacji mógłbym nagrać płytę z repertuarem kastylijskim? Byłoby to zdradą wobec moich ideałów.
 - Ta decyzja wpłynęła na wybór Pana drogi życiowej, określiła Pana.
 - Tego wyboru dokonałem już wcześniej. Abstrahując od tego, że wychowałem się w domu z silnymi tradycjami katalońskimi, jako już dorosły człowiek świadomie określiłem się jako Katalończyk. W 1963 r. poszedłem na studia w Barcelonie. Szybko nawiązałem kontakt z młodymi intelektualistami, zaangażowanymi w działalność opozycyjną - ruch Szesnastu Sędziów. Następnie trafiłem do ruchu Nova Canca.
 - Był to również ruch opozycyjny?
 - Tak, było to stowarzyszenie założone w latach 60. zrzeszające młodych Katalończyków. Jak już wspominałem, we frankowskiej Hiszpanii nie wolno było mówić po katalońsku. My znaleźliśmy na to sposób - zaczęliśmy śpiewać piosenki w języku katalońskim. Śpiewanie nie było przecież zakazane. Ludzie przychodzili do nas, by posłuchać piosenek śpiewanych we własnym języku. To było coś więcej niż tylko muzyka, to porozumienie. Piosenki były środkiem służącym do osiągnięcia wyższych celów. Za pomocą gitar i piosenek chcieliśmy walczyć z dyktaturą.
 - Jak Pan wspomina ten czas?
 - Moje osobiste przeżycia były ściśle powiązane z ówczesną sytuacją polityczną w Hiszpanii. Jak pani wie, rządził wówczas twardą ręką generał Franco. Sytuacja była ciężka. Ludzi, którzy buntowali się przeciw dyktaturze, spotykały represje. Życie nie było łatwe, ale z drugiej strony byliśmy może bardziej solidarni, wspieraliśmy się nawzajem. Mieliśmy ideały, w które wierzyliśmy.
 - Pisał Pan wówczas piosenki, ale sięgnął Pan też po większą formę - napisał symfonię "Companodes a morts".
 - To nie była symfonia. Nigdy nie chciałem tworzyć muzyki klasycznej - moje ambicje nie sięgały tak daleko. Natomiast faktycznie w 1977 r. napisałem sztukę dla uczczenia pamięci pomordowanych przez reżim faszystowski robotników. Pomysł był prosty - poszczególne piosenki połączyłem w większą całość, którą podzieliłem na części. Wykorzystałem orkiestrę symfoniczną, by zwiększyć siłę utworu, nadać mu większej dramaturgii. Po raz pierwszy pracowałem wówczas z orkiestrą - było to ciekawe doświadczenie. Później napisałem kantatę, ale najlepiej czuję się w małej formie - piosenkach.
 - W tym okresie powstała też Pana najsłynniejsza piosenka, "L’Estace" (znana w Polsce głównie dzięki interpretacji trzech bardów: Jacka Kaczmarskiego, Zbigniewa Łapińskiego i Przemysława Gintrowskiego jako "Mury"). Do dziś jest ona symbolem, hymnem. Czy z takim nastawieniem pisał Pan tę piosenkę?
 - Nigdy pisząc piosenkę nie nastawiam się na to, czy się ona spodoba, czy nie. Komponuję zazwyczaj w nocy, zatapiam się wtedy w innej rzeczywistości, rządzącej się innymi prawami. Żadna chłodna kalkulacja nie wchodzi w grę. Pisanie - przynajmniej dla mnie - to zbyt intymny proces. Przede wszystkim ja piszę z potrzeby serca, kieruję się emocjami. Owszem, chciałem dzięki "L’Estace" powiedzieć kilka, moim zdaniem, istotnych rzeczy, ale, broń Boże, nie nastawiałem się na to, że to będzie symbol. Ta piosenka dopiero dzięki publiczności stała się symbolem.
 - Ale co sprawiło, że stała się tak popularna?
 - Nieświadomie reżim przyczynił się do tego. Dzięki temu, że śpiewanie "L’Estace" było zabraniane, ludzie wykonywali "Mury" potajemnie. Zakazany owoc smakuje przecież najlepiej. Ciekawe jest to, że szybko ją pochwycili ludzie z innych krajów: Anglicy, Polacy, Amerykanie... Moja piosenka stała się uniwersalna, bo każdy doszukiwał się w niej tego, czego chciał i znajdował te treści.
 - Co Pan sądzi o nowych interpretacjach "Murów"? Czy nie jest Pan zazdrosny, gdy ktoś inny zdobywa popularność dzięki Pana piosence?
 - Nie kieruję się takimi względami. Za każdym razem, gdy słyszę "Mury" w nowym wykonaniu, jestem jednakowo zaskoczony i dumny. To zainteresowanie pochlebia mi. To ciekawe popatrzeć na własne dzieło cudzymi oczyma, z innego punktu widzenia. Dzięki temu dowiaduję się więcej i o tej piosence, i o sobie. Czuję się jak matka, której dziecko poszło w świat i nabrało tam nowych doświadczeń. Moje "dziecko" stało się zupełnie innym człowiekiem, do tego stopnia innym, że go czasem nie poznaję...
 - Dlaczego ciągle wykonuje Pan "Mury"? Domyślam się, że publiczność domaga się ich, ale czy to jedyna przyczyna?
 - Oczywiście - tego chce publiczność, to dla mnie bardzo ważne. Ale ważniejsze jest to, że ciągle na świecie powstają jakieś nowe mury, które trzeba obalać i burzyć. Ja chcę do tego nawoływać - dlatego np. w ubiegłym roku nagrałem piosenkę, w której protestuję przeciwko wojnie w Kosowie.
 - W 1976 r., po śmierci Franco, triumfalnie wrócił Pan do Hiszpanii. W Barcelonie dał Pan wówczas trzy legendarne koncerty.
 - To było interesujące, ale i oczywiście bardzo osobiste, emocjonalne przeżycie. Powróciłem przecież do kraju, który zaczął się gwałtownie zmieniać. Runął jeden mur - reżim i trzeba było odbudowywać wszystko. Niesamowite było to, że indywidualne losy poszczególnych ludzi połączyły się w jedno, wspólne doświadczenie. To był czas nadziei - na lepsze jutro, ale i nie tak dawnego cierpienia. Oczywiście spotkały nas też rozczarowania, ale warto było je przeżyć, by się czegoś nauczyć. Ludzie zajmujący się sztuką mieli pełne ręce roboty. Musieli wypowiadać się na różne tematy, wyrażać solidarność, dawać wskazówki, czasem krytykować. Krytyka zawsze jest trudna. Bardzo często narzucano im rolę społecznych, moralnych autorytetów. Spoczywała na nich duża odpowiedzialność.
 - A same koncerty, jakim były doświadczeniem?
 - Były dla mnie wielkim przeżyciem. Ludzie wyrażali na nich swoją ogromną radość z odzyskanej wolności, entuzjazm, krzyczeli, płakali. Atmosfera była jak na manifestacjach. Naprawdę niezapomniane chwile. Sądzę, że Polacy wiedzą, o czym mówię - wy przeżyliście podobny okres w 1989 r. i jeszcze wcześniej, w 1980 r. Rozumiecie więc chyba, jak się czuliśmy po śmierci Franco.
 - Teraz żyje Pan w Hiszpanii?
 - Mieszkam na południu Katalonii, w małej wiosce, w pobliżu miasta, w którym się urodziłem - Verges. Mój czas dzielę pomiędzy wyjazdy z koncertami po świecie i przebywanie w domu. Mam winnicę i produkuję czerwone wino, szczerze mówiąc - nie za bardzo dobre. Bawi mnie to.
 - Czy takie spokojne, niemalże sielankowe życie nie nudzi Pana, nie tęskni Pan do mocniejszych przeżyć?
 - Przez ostatnich 20 lat wiele podróżowałem, mieszkałem w wielu krajach: głównie we Francji, ale też w Ameryce Południowej, bardzo często zmieniałem domy. Na brak mocnych przeżyć narzekać nie mogę. Czuję, że teraz nadszedł wreszcie czas odpoczynku, powróciłem więc do korzeni. Koncerty i nagrywanie płyt zapewniają mi wystarczająco dużo emocji.
 - Czy dalej jest Pan bardem, wojownikiem z gitarą w ręku? Czy nie denerwuje Pana ta etykietka?
 - Jestem bardem i wojownikiem i w przeciwieństwie do niektórych kolegów - nie wstydzę się tego. Taką mam naturę, że muszę się angażować, uczestniczyć w tym, co się dzieje, wypowiadać się. Nie potrafię patrzeć obojętnie na otoczenie, zajmując się tylko swoimi własnymi, prywatnymi sprawami. Robię to też dla ludzi, którzy czekają na moje piosenki.
 - Ostatnio częściej śpiewa Pan o miłości.
 - Teraz częściej angażuję się na inny sposób, śpiewając o miłości, piosenki z pozytywnym przesłaniem, mające dać ludziom odrobinę szczęścia. Więcej mówię o miłości, braterstwie, sprawiedliwości. Może to choroba, ale piosenka jest dla mnie sposobem komunikowania się z ludźmi, docierania do tych, których kocham. Wracając do pani poprzedniego pytania - jeśli nazwie mnie pani "wojownikiem" - to będzie to prawdą, bo jestem nim, jeśli powie pani, że jestem po prostu człowiekiem, kochającym życie, afirmującym je - to też będzie to zgodne z prawdą.
 - Czy te dwa określenia w Pana przypadku są jednym i tym samym?
 - Tak mi się wydaje - teraz walczę o miłość i pozytywne wartości.
 - Przyjaźń, miłość - te słowa pojawiają się często w Pana piosenkach i równie często w naszej rozmowie. Czy są one dla Pana naprawdę tak ważne?
 - Przyjaźń i miłość to sens życia. Banalnie powiem, że każdy musi mieć jakiś cel w życiu. Dla jednych jest to kariera, dla innych zbijanie fortuny. Ja mam proste potrzeby - najważniejsze w życiu są dla mnie przyjaźń i miłość. To uczucia dają mi siłę do życia. Staram się otaczać ludźmi, z którymi się dobrze czuję, na współpracowników dobieram sobie też takich ludzi. Dziś jestem - jak już przed chwilą powiedziałem - wojownikiem miłości.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie