reklama

Wspomnienia z misji

RedakcjaZaktualizowano 
Czy armia ma pomysł, jak wykorzystać "ambasadorów polskich interesów", jakimi okrzyknięto uczestników irackiej operacji?

EWA ŁOSIŃSKA

EWA ŁOSIŃSKA

Czy armia ma pomysł, jak wykorzystać "ambasadorów polskich interesów",

jakimi okrzyknięto uczestników irackiej operacji?

   Żeby spotkać weterana z Iraku, trzeba pojechać do Tomaszowa Mazowieckiego, bo to żołnierze stacjonującej tam 25. Brygady Kawalerii Powietrznej znaleźli się w jednej z pierwszych grup powracających do kraju. Andrzej, oficer tej brygady, nie widział się jeszcze z rodzicami, którzy mieszkają daleko. Czeka też wciąż na wyniki badań, jakie przechodzą wszyscy uczestnicy misji.
   Na początku mamy problem z ustaleniem stopnia wojskowego mojego rozmówcy. - Do końca 18-dniowego urlopu, który przysługuje mi po tym wyjeździe, jestem porucznikiem. Potem być może czeka na mnie w jednostce niższy stopień - tłumaczy żołnierz. Kiedy zdziwiona pytam, czy udział w misji stabilizacyjnej nad Zatoką Perską nie gwarantuje raczej służbowego awansu, uśmiecha się.
   - Awans? To dziś może oznaczać mniej pieniędzy, czyli karę - mówi. - Kilku moich kolegów poprosiło przełożonych na piśmie, by im nie dawać awansu, właśnie z powodów finansowych. Nawet pójście na Akademię Obrony Narodowej nie jest teraz dla wielu z nich atrakcyjne, bo czasem równa się utracie pracy.
   Zmiany w wojsku, nie zawsze zrozumiałe nawet dla oficerów, to rzeczywistość, jakiej Andrzej będzie musiał za chwilę stawić czoła. Na razie planuje wypoczynek w pokrytych śniegiem polskich górach. Upalne wspomnienia irackie ciągle działają na niego równie silnie jak zima za oknem. - To pierwsza misja w historii Wojska Polskiego, za którą nie ma specjalnego medalu. A każdy, kto brał udział w pierwszej zmianie tej misji, zasługuje na medal - nie ma wątpliwości oficer.
   Jaki ślad pozostanie w jego życiu po tym wyjątkowym doświadczeniu? Czy czeka go prawdziwa kariera w szeregach sił zbrojnych, czy jedynie nie zawsze przyjemne egzotyczne wspomnienie? Misję nad Zatoką Perską trudno na razie przełożyć na konkretny indywidualny wymiar. Podobnie zresztą, jak ocenić jej wpływ na przyszły stan finansów polskiej armii i całej, złaknionej irackich kontraktów gospodarki.
   Mimo to oficer, który po raz pierwszy brał udział w podobnej misji, nie oczekuje żadnej szczególnej gratyfikacji i zapewnia, że w przyszłości też zgłosiłby się do udziału w takim przedsięwzięciu. Człowiek zapomina w końcu o butach, którym pod wpływem pustynnego piasku rozklejały się podeszwy. Przecież części radiostacji zazdrościli nam nawet Amerykanie, a buble z wyposażenia naszego kontyngentu zostały już wymienione. Trudniej jednak zapomnieć, że zachodni dowódcy na każdą okazję mieli gotowe odpowiednie procedury. A w szeregach znad Wisły, choć "zwartych i gotowych", nierzadko królowała improwizacja.

Sylwestrowa seria

   Jak przetrwać sześć miesięcy na pustyni? Jak radzić sobie z wszechobecnym poczuciem zagrożenia? Na takie niezbyt oryginalne, zdawałoby się, pytania odpowiedzi są ciągle interesujące. Dlatego słucha ich uważnie dziewczyna Andrzeja, Ania, która zapewnia, że choć chłopak dzwonił do niej z Iraku czasem trzy razy dziennie, to wszystkiego na temat misji dotąd nie wie.
   Polscy żołnierze odczuwali każdego dnia, jak bardzo niebezpiecznie jest nad Zatoką Perską. Noc 31 grudnia zrobiła na Andrzeju szczególne wrażenie. - Miałem służbę w Karbali. Bazę otaczają tam dwa rzędy grubych murów. Stosunkowo blisko jest też sporo irackich budynków. O północy ze wszystkich niemal okien tych gmachów rozległy się kilkunastominutowe salwy z karabinów maszynowych. To nie były tylko strzały na wiwat i wyraz radości, że nadchodzi Nowy Rok. To był spektakl dla nas - pokaz siły. Przypomnienie, że praktycznie każdy mieszkaniec tego kraju ma broń - mówi.
   Według niego, "potencjał" ognia, jakiego doświadczył w sylwestrową noc, był porównywalny z tym, jakim dysponuje cała polska baza. Zresztą broni i amunicji, regularnie konfiskowanej i skupowanej przez siły koalicji, jest w Iraku tak dużo, że - zdaniem oficera - nie da się jej zniszczyć jeszcze przez wiele lat.
   Sylwestrowa demonstracja siły to i tak niewiele w porównaniu z widokiem ciał ofiar ataków terrorystycznych czy świstem kul tuż nad własną głową. Żołnierz 25. Brygady doświadczył takiego niespodziewanego ataku. Konwój, w którym brał udział, został ostrzelany na drodze do Karbali, w pobliżu punktu kontrolnego, gdzie pojazdy sprawdzali iraccy policjanci. Ktoś skierował w stronę polskiego auta serię z karabinu maszynowego, a dwa samochody, w których ukrył się uzbrojony napastnik, w pośpiechu odjechały z punktu kontrolnego.
   Polacy szybko dogonili zdezelowane pojazdy (jeden okazał się taksówką). Wśród ich pasażerów zatrzymali członka partii Baas. - Miał pistolet. Woził też ze sobą interesujące fotografie. Na jednej uwiecznił się z nowoczesną radiostacją motoroli, co oznacza, że mógł podsłuchiwać rozmowy sił stabilizacyjnych - mówi Andrzej.
   Co gorsza, okazało się, iż funkcjonariusze irackiej policji tak bardzo się tego człowieka boją, że słyszeć nie chcą o tym, by to oni mieli go aresztować. Nawet, kiedy był już skuty kajdankami. Taka "odwaga" tworzonych od podstaw przez siły koalicji szeregów miejscowych stróżów porządku nie nastraja optymistycznie - nie kryje oficer.
   Podobnie jak żale Bułgarów. Kiedy w wyniku ostrzału ich obozu w Karbali zginęło kilku żołnierzy, zarzucili Polakom, iż porozumieli się z Irakijczykami, by ataki dotykały jedynie innych baz. - Oskarżenia były bezpodstawne. Okazało się natomiast, że bułgarscy żołnierze nie wypełniali właściwie swych obowiązków, obóz nie był odpowiednio zabezpieczony - mówi. Nie ma jednak wątpliwości, że - mimo poważnych uchybień - bułgarskie oddziały są siłom koalicji niezbędne. Także z powodów politycznych - im więcej państw zaangażowanych w iracką misję, tym lepiej. Cele propagandowe operacji też się przecież liczą.

Czarna mamba koi stres

   Nie zmienia to faktu, że zachowanie niektórych uczestników wielonarodowej dywizji stacjonującej w naszej strefie stabilizacyjnej pozostawia wiele do życzenia. - Kiedy irakijscy kupcy przyszli do nas poskarżyć się na żołnierzy ukraińskich, którzy zabierali im skrzynki piwa, coca-coli czy papierosy, za nic nie płacąc, na usta same cisnęły się przekleństwa - nie kryje oficer.
   Takie wyskoki sojuszników nie pomagały koalicji w próbach ułożenia sobie stosunków z miejscową ludnością, zwaną czasem nieco pogardliwie przez weteranów z Iraku "Szuszwolami" (etymologii tego określenia żołnierz wyjaśnić nie potrafi). W przypadku zwykłej grabieży nie wystarczy bowiem fakt, że przestrzega się zakazu lotów nad meczetami, nie demonstruje obecności obcych wojsk w czasie świąt muzułmańskich, a wiele poważnych przedsięwzięć konsultuje z lokalnymi liderami religijnymi.
   Najlepiej, rzecz jasna, rozwija się podstawowa "wymiana handlowa". Kiedy żołnierze nie radzili sobie ze stresem, tęsknotą za domem i zabójczą temperaturą, która w słońcu przekraczała czasem 70 stopni, niektórzy sięgali po alkohol. Najpopularniejsza jest puszka miejscowej "kolki", zwanej przez Polaków "czarną mambą". - Kosztuje dolara i smakuje paskudnie. Nie wiem, z czego to pędzą. Myślę, że mamba jest toksyczna - nie kryje oficer.
   Mimo to trunek cieszy się powodzeniem. Nierzadko większym niż wizyty u części psychologów, którzy mieli podtrzymywać żołnierzy na duchu. - Jedna z pań psycholog sama potrzebowała pomocy, bo nie radziła sobie z własnymi problemami - twierdzi oficer.
   Lepsze mniemanie ma, na szczęście, o duchowym wsparciu kapelanów, których obecności, szczególnie w okresie świąt Bożego Narodzenia, nie da się przecenić. Tym bardziej, że listy od rodziny z kraju szły do Iraku nawet ponad trzy tygodnie.
   Andrzej do swej sympatii nie pisał. Wszystko jest bowiem dokładnie czytane i cenzurowane, co nie zachęca do romantycznych wyznań. Wysłał jej za to paczkę z niecodziennym podarunkiem - pierścionkiem. Dotarł do kraju w uroczysty dzień - święto Trzech Króli.

Ciężar

wspomnień

   Część pamiątek, które oficer kawalerii przywiózł z Iraku, szokuje. Bo oprócz setek cyfrowych zdjęć, wśród których obok widoków kolorowych bazarów i urokliwych zachodów słońca są fotografie spalonych ciał ofiar zamachów, kupił dostępne tam powszechnie nagrania z katarskiej telewizji Al-Dżazira. A na nich są np. drastyczne sceny egzekucji więźniów reżimu Husajna, w tym wysadzanie ludzi w powietrze. Takie przerażające suweniry cieszyły się - obok zgrabnych wazoników czy grających wschodnie rytmy pluszowych wielbłądów - sporym powodzeniem.
   Czy sceny bestialstwa obalonego dyktatora mają utwierdzać uczestników misji w poczuciu sensu bliskowschodniej eskapady? Trudno na to pytanie uzyskać jednoznaczną odpowiedź.
   Oficer ma także fotografie monumentalnych zabytków Babilonu sprzed kilku tysięcy lat, pamięta piękno pustynnych pejzaży, ale nie ukrywa, że większość jego wspomnień z Iraku jest dość ponura.
   Nawet jeśli kawalerzyści z Tomaszowa sprawdzili się także w najtrudniejszych warunkach. - Chwalili nas polscy i amerykańscy dowódcy. Świetnie współpracowało nam się z marines. Wszystkie VIP-y chciały być przez nas ochraniane - mówi z dumą oficer. - Kiedy pojawialiśmy się w Karbali, w mieście natychmiast panował spokój.
   Jest przekonany, że obecność Polaków w Iraku ma ogromne znaczenie. Jego wiarą w sens tej misji nie zachwiało nawet niedawne oświadczenie byłego szefa komisji inspekcyjnej ONZ w Iraku, Davida Kaya, który powiedział, że Saddam Husajn prawdopodobnie nie miał w ostatnich latach broni masowego rażenia.
   - Jesteśmy w NATO, a to oznacza, że dbamy także o bezpieczeństwo sojuszników, nie tylko o tych, co są tuż za naszym płotem - mówi. - A sojusz misję w Iraku poparł. Saddam był tyranem, który mordował własnych ludzi. Widziałem wiele masowych grobów. Uważam, że takiego człowieka trzeba było usunąć siłą.

Czas na rewanż?

   Ania ma nieco inne zdanie na temat misji. - Mam wrażenie, że uszczęśliwiamy Irakijczyków na siłę. Jestem przeciwna atakowi USA na ten kraj. Husajn nie jest Świętym Mikołajem, ale nasze wojsko powinno się stamtąd jak najszybciej wycofać - twierdzi.
   Mimo istotnej różnicy poglądów na operację nad Zatoką Perską i Andrzej, i Ania są zgodni co do jednego: Polska powinna obecność naszych żołnierzy w Iraku wykorzystać. - Zasady rynku są bezwzględne. To normalny biznes - mówi oficer. - Polsce należy się jakiś rewanż, zwłaszcza naszej armii, bo Irak to tak naprawdę sprawa Amerykanów - dodaje Ania. Ma na myśli np. kontrakty dla polskich firm, które chcą uczestniczyć w odbudowie Iraku i pomoc w zakupie nowoczesnego wyposażenia dla naszych sił zbrojnych.
   Czy polska gospodarka doczeka się takiego korzystnego finału militarnego zaangażowania po stronie Stanów Zjednoczonych? Na to pytanie nie znają odpowiedzi ani oficer kawalerii, ani jego dziewczyna. W dodatku mają niezbyt miłe wrażenie, iż może nie zna ich także nasz rząd.
   Dochodzą do tego wątpliwości, czy wyjątkowe irackie doświadczenie przełoży się kiedyś na militarne kariery uczestników misji, czy też przyjdzie im raczej szukać wkrótce swego miejsca w cywilu. Jak armii uda się wykorzystać weteranów z Iraku? Być może takie wątpliwości rozwieje dowódca wielonarodowej dywizji. Na razie jednak próba podsumowania misji na gorąco nie wypada zbyt optymistycznie.
   Dlatego Ania zastanawia się, czy nie za ostro się wypowiedziała na temat obecności naszego wojska w Iraku. To może Andrzejowi zaszkodzić w oczach przełożonych - obawia się. Jej narzeczony chciał przeczytać ten tekst przed publikacją. Kiedy skończył lekturę, uznał, że choć artykuł mu się podoba, to za takie wyznania straciłby pracę. Dlaczego? Bo oficjalnie żaden polski żołnierz w czasie misji nie wypił kropli alkoholu, a żaden sojusznik nigdy nie zabrał irackim kupcom skrzynki coca-coli. Toteż imię oficera i jego stopień wojskowy zostały tuż przed publikacją zmienione.
EWA ŁOSIŃSKA

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3