Wszelkie nieprzychylne uczucia

Redakcja
Andrzej KozioŁ

Nie ma sensu udawać, że jest się wyjątkiem i ukrywać obsesję, właściwą wszystkim Polakom. Przeciwnie, trzeba się do niej przyznać i starać się ją badać w sobie samym możliwie beznamiętnie. Polacy i Rosjanie nie lubią się, albo, ściślej, mają do siebie wszelkie nieprzychylne uczucia, od pogardy, odrazy, do nienawiści, co nie wyklucza niejasnego wzajemnego pociągu, ale zawsze naznaczonego nieufnością.

Czesław Miłosz

   Dlaczego my nie lubimy Rosjan, mniej więcej wiadomo. Przede wszystkim dlatego, że są naszymi sąsiadami, a sąsiadów zawsze najtrudniej pokochać. Nie bez kozery nasze sympatie lokowaliśmy w bardziej odległych rejonach, kochając Francję i Stany Zjednoczone - często głupio, po szczeniacku, naiwnie i bez wzajemności.
   Mamy też porachunki z Rosją. Każdy, nawet niezbyt wykształcony Polak słyszał o kolejnych rozbiorach, kościuszkowskiej insurekcji i Naczelniku padającym na maciejowicką ziemię z okrzykiem: Finis Poloniae. Ma w pamięci dwa dziewiętnastowieczne powstania, rusyfikację, kibitki uwożące na Sybir najlepszych Polaków i bydlęce wagony zmierzające w tym samym kierunku podczas II wojny światowej, katyńską zbrodnię i kilkadziesiąt lat sowieckiej dominacji w Polsce.
   Jednak na tym nie koniec, nie tylko nie lubimy Rosjan, ale także gardzimy nimi. W dzieciństwie byłem świadkiem bezbrzeżnej pogardy, tak wielkiej, że u nas, w Galicji, prawie niewyobrażalnej. Kiedy skończyłem czwartą klasę szkoły podstawowej, wiedziałem, że w następnej czekają mnie lekcje języka rosyjskiego. Babcia - pochodząca z Łomży - mówiła świetną ruszczyzną, kiedy jednak poprosiłem ją o wprowadzenie w tajemniczy świat cyrylicy, skrzywiła się, mówiąc: "Ucz się lepiej francuskiego. Rosyjski to język stójkowych i stróży". Nie Puszkina, nie Czechowa, nie Gogola, ale ludzi nie tylko niższej kondycji społecznej, ale także reprezentantów - na najniższym szczeblu - niegdysiejszej, znienawidzonej i obcej władzy. W łomżyńskim domu, pełnym starych mebli i patriotycznych obrazów, nikt by nie znalazł ani jednej cyrylicznej książki, ani jednego tłumaczenia z rosyjskiej klasyki. Nieliczne tomy, które Sowieci oszczędzili w 1939 roku, były wyłącznie polskie, nawet jeżeli nosiły sakramentalną formułę "Dozwolieno cenzuroju". W łomżyńskim domu nawet nie padało określenie "Rosjanin", mówiło się "kacap" lub "bolszewik".
   Babcia, wychowanka rosyjskiej szkoły, żywiła przekonanie, że wszyscy powinni mówić po polsku, a jeżeli trafi się jakiś dziwoląg z zachodniej Europy, można się z nim dogadać po francusku. Po trosze żyła w odległych czasach, w XVI i w XVII wieku, kiedy - jak pisał Miłosz - "język polski, jako język klasy dominującej a więc oświeconej, oznaczał wykwint i ogładę daleko na wschód, w Połocku czy Kijowie". Nawiasem mówiąc, ciągle zdumiewa wszechobecność polszczyzny w dawnych republikach sowieckiego imperium - na Litwie i w niektórych regionach Ukrainy. Wszystkiego nie tłumaczy polska obecność, dawna, państwowa, i współczesna, etniczna. Z Grigorijem Kanowiczem, znakomitym rosyjskojęzycznym pisarzem, najczęściej rozmawiamy po polsku. Grigorij urodził się na niepodległej Litwie, językami jego dzieciństwa był jidysz i litewski, rosyjskiego nauczył się podczas zsyłki. Polski - najzupełniej mu obcy - stał się dla niego, podobnie jak dla wielu radzieckich inteligentów, kluczem do zakazanego Zachodu; umożliwiał czytanie "Tygodnika Powszechnego", "Twórczości" i innych polskich literackich czasopism, słuchanie polskiego radia, oglądanie polskiej telewizji.
   Wróćmy jednak do wzajemnych uczuć, "pogardy, odrazy, nienawiści". Dlaczego Rosjanie nas nie lubią? Z tych samych powodów, dla których my obdarzamy ich niechęcią: bo nie kocha się sąsiadów, bo Polacy - urodzeni "mietieżniki", buntownicy - sprawiali im zawsze mnóstwo kłopotów. Jednak w przypadku rosyjskiej niechęci i pogardy żywionej wobec Polaków, przyczyny wydają się nieco bardziej skomplikowane.
   Przede wszystkim do rosyjskiej tradycji należy głęboka pogarda do wszystkiego, co obce, zachodnie, a Polska - łacińska, katolicka - w rosyjskich oczach niewątpliwie stanowiła Zachód, Bliski Zachód, ale jednak. Nawet Warszawa, najbardziej wschodnie z wielkich polskich miast - jak pisał Antoni Słonimski - "być może robiła (...) wrażenie Paryża na prowincjonalnych kupcach rosyjskich, którzy tu spędzali noce w szantanach". Tak było na początku XX wieku i przez kilkadziesiąt lat niewiele się zmieniło. Ktoś opowiadał mi, jak pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku pewna młoda towarzyszka ze Związku Radzieckiego, zacne kołchozowe dziewczę, wysłane z oficjalną delegacją do Krakowa, popadła w coś w rodzaju małej psychozy reaktywnej. Delegację zakwaterowano w hotelu "Francuskim", gdzie wszystko było "pańskie" - obce, nieprzyjazne, sztywne. W czasach, kiedy my ubolewaliśmy nad własnym schamieniem, resztki dawnego splendoru, dawnej "pańskości" kłuły w rosyjskie oczy.
   Nie wolno nie doceniać tej, z pozoru trzeciorzędnej, śmiesznawej sprawy. W "Rodzinnej Europie" dostrzegał ją Miłosz, pisząc: "Zapewne każda cywilizacja otrzymuje na trwałe piętno okresu dla niej kluczowego. Francja wszystko zawdzięcza swemu mieszczaństwu, twórczemu i potężnemu już na parę stuleci przed Rewolucją. W tym samym czasie rozwijała się w Polsce kultura szlachty i dotychczas chłop czy robotnik polski razi Rosjanina, bo jest pod jej wpływem w mnóstwie swoich odruchów naznaczony, przez co zyskuje od niego złośliwą nazwę 'pana'".
   Rzeczywiście. Podczas pobytu w Związku Radzieckim polski turysta co rusz kłuty był "panem" - na poły złośliwie, na poły pogardliwie. Konduktorzy, kelnerzy, pracownicy hoteli doskonale wiedzieli, że w Polszy, w tym dziwnym kraju, gdzie nie ma kołchozów, gdzie trwają resztki systemu wielopartyjnego, a kościoły pełne są wiernych, ludzie nie mówią do siebie "towarzyszu" i "obywatelu". Dlatego w każdym zdanie akcentowali to obce słowo, przydając mu wyjątkowy charakter: "Izwinitie, p a n, riestoran użie nie rabotajet", "P a n, wy zakazali uchu? Uchy użie niet, p a n".
   Pamiętajmy jeszcze o czymś - określenie "polskije pany" miało zdecydowanie negatywny wydźwięk. Określano nimi i "królewięta", polskich magnatów ze wschodu, i szlacheckich szaraczków, i polskich żołnierzy, wkraczających w latach dwudziestych do Kijowa. Przedwojenna Polska była dla sowieckiej propagandy "pańską Polską". "Polskij pan" był straszakiem, postacią równie złowrogą, choć jednocześnie nieco śmieszną, jak później wuj Sam z rysunków Kukuryniksów - sępi, z kozią bródką, w pasiasto-gwiaździstym kapeluszu. Nie mógł tego zrozumieć prof. Kot, ludowiec, ambasador RP w Moskwie, który w czasie rozmów na Kremlu afiszował się swym chłopskim pochodzeniem. Naiwnie sądził, że w kraju rządzonym przez robotników i chłopów chłopscy rodzice będą stanowili dobrą rekomendację. Nic podobnego! Sowieccy dostojnicy stawali się jeszcze bardziej niechętni. Zakładali, że jeżeli w pańskiej Polsce syn chłopa został uniwersyteckim profesorem, to albo wywodził się z kułactwa, albo, co gorsza, stał się zdrajcą swej klasy i gorliwie służył panom.
   W umyśle prostego Rosjanina następował związek czasowy pomiędzy propagandowymi "polskimi panami" a panami, którymi byli wszyscy Polacy, nawet chłopi, nawet - o zgrozo! - przedstawiciele klasy robotniczej.
   Czy można było czuć sympatię do narodu składającego się z panów? Do narodu, który nie potrafił nawet zbudować porządnego, ortodoksyjnego socjalizmu, tak jak umieli to zrobić towarzysze czescy lub niemieccy? Do narodu, który puszy się, nie czuje wdzięczności za wyzwolenie przez Armię Czerwoną i opowiada antysowieckie dowcipy? Owszem, mogła Polska fascynować jako przedsionek innego świata, namiastka prawdziwie zachodniej Europy, ale rosyjskiej fascynacji bardzo często towarzyszy niechęć, wręcz nienawiść. Marina Vlady, francuska żona Władimira Wysockiego, w swoich wspomnieniach opisywała podróż z Moskwy do Niemiec. Już w Warszawie, gdzie rosyjskich gości podejmował jeden z czołowych polskich aktorów, posiadacz samochodu, przy którym moskwicz wyglądał jak latawiec przy kosmicznej rakiecie, zaczęło się: Wysocki, zafascynowany "Zapadem", wpadał w agresję. W Niemczech, które pieśniarz znał z powojennych czasów jako syn sowieckiego oficera, było jeszcze gorzej. Fascynacji dobrobytem, wolnością, towarzyszyła coraz większa agresja, coraz większa nienawiść do wszystkiego i wszystkich: do Niemców, bo mają za dobrze, do losu - bo skrzywdził Matuszkę Rosję i Rosjan. Wysocki, na co dzień niezbyt sprzyjający sowieckiej rzeczywistości (co nie przeszkadzało mu zagrać filmowej roli szlachetnego funkcjonariusza NKWD), stawał się radzieckim patriotą.
   Nigdy nie zapomnę też opowieści Macieja Zembatego, który przyznawał się do absolutnej klęski artystycznej. Usiłował zaśpiewać piosenkę, w której skrajnie wyczerpany więzień gułagu po dniu wypełnionym ciężką pracą znajduje strzęp "Prawdy" z informacją o kolejnym sukcesie radzieckiego przemysłu ciężkiego. Nagle wszystko staje się nieważne: niewolnicza praca, mróz, poeta Mandelsztam, umierający na sąsiedniej pryczy. Czytającego zaczyna przepełniać wielka duma, wielka radość. Kiedy śpiewam tę piosenkę, pozostaje z niej tylko groteska, tragifarsa - mówił Zembaty. - W oryginalnym wykonaniu wszystko brzmiało jak najbardziej autentycznie, z tekstu biła psychologiczna prawda.
   Wspominam o rosyjskiej dwoistości - żeby nie powiedzieć schizofrenii - bo wydaje się, że stanowi ona jedną z tych cech l'ame russe, _które decydują o negatywnym stosunku nieomal do wszystkiego, co nierosyjskie, i to nawet wtedy, gdy przedmiot nienawiści jest jednocześnie przedmiotem podziwu.
   Jeżeli coś uderza w tej dwoistości, to przede wszystkim rozziew pomiędzy czynami a słowami - immanentna cecha, nie tyle może rosyjska, co sowiecka. Jeden z przywódców Praskiej Wiosny opisał dość przerażającą scenę. Na Kremlu, kiedy sowieckie Politbiuro postraszyło już czechosłowackie czołgami, zza długiego stołu podnieśli się radzieccy towarzysze i ruszyli ku swoim rozmówcom. Z szeroko rozłożonymi ramionami - do niedźwiedziego uścisku. Z ustami rozchylonymi - do pocałunku zwanego u nas karpikiem.
   Miłosz był w 1945 roku świadkiem szczególnego zdarzenia. Sowiecki patrol przyprowadził młodego niemieckiego jeńca: "Może powinien go był nienawidzić, przede wszystkim za głupotę, która, mnożąc się przez głupotę milionów takich jak on, podarowała władzę Hitlerowi, a z niego zrobiła ślepe narzędzie mordu. Ale nie znalazłem w sobie nienawiści.(...). Oni też go nie nienawidzili. Ponieważ bał się, jak złapane w klatkę zwierzę, nieznanego, jeden z nich wstał i dał mu papierosa, ten ruch ręki oznaczał pojednanie. Inny podszedł i poklepał go po plecach. Potem zbliżył się do niego podoficer i powoli, dobitnie, wygłosił do niego długie przemówienie. Było to bezużyteczne, bo Niemiec nic nie rozumiał, ale przylepiał oczy do ust mówiącego: pies, który stara się odgadnąć treść słów swojego pana. I jednak z przyjaznego tonu wywnioskował, że nie chcą się mścić, nie chcą wyrządzać mu krzywdy. Niech się nie boi - powtarzał z naciskiem podoficer. Nic złego mu się nie stanie, wojna dla niego już skończona, nie jest już wrogiem, ale zwykłym człowiekiem, będzie pracować dla pokoju i zaraz zostanie odprowadzony na tyły. Litość a nawet serdeczność w głosie, łagodna powaga autorytetu uspokajały jeńca i nieśmiało uśmiechnął się; wdzięczność. Kiedy jeden z żołnierzy zebrał się sennie ze swojej ławy, choć nie padł żaden rozkaz, i wziął go z izby, powrócili w poprzednią apatię, odpoczynek ludzi fizycznie strudzonych. Po upływie kilku minut konwojent wrócił, wlokąc za sobą biały kożuch, rzucił go obok swojego worka, siadł i skręcał papierosa. We wciąganiu dymu, w pluciu na podłogę zawarta była ich melancholijna refleksja o kruchości ludzkiego życia: _ot los".

   Jak się rzekło, rosyjska niechęć do Polski jest częścią rosyjskiej niechęci do nieomal całego świata, przede wszystkim do Zachodu, którego cząstką chciał uczynić Rosję Piotr I, zafascynowany tym, co zobaczył w niemieckiej dzielnicy w Moskwie. "To, co prawdziwie nasze, obce jest Europie" - twierdził Dostojewski, człowiek, który tak szczerze nienawidził Polaków i tak otwarcie dawał wyraz swym poglądom, że w naszych tłumaczeniach usuwano antypolskie fragmenty "Gracza". To przekonanie nieco złośliwie podsumowują Ian Buruma i Avishai Margalit: "Jest to ewidentna nieprawda. Wiele z tego, co Rosjanie uważali za 'nasze', nie było wcale Europie obce, albowiem w istocie z Europy pochodziło". Nawet wódka, nawet - jak twierdzą niektórzy - nazwa "Ruś", która ma mieć skandynawskie pochodzenie, nawet niechęć do Zachodu, wcześniej widoczna w stosunkach niemiecko-francuskich.
   Tak zazwyczaj bywa ze stereotypami, zwłaszcza autostereotypami. Mogą okazać się absolutnie bezpodstawne, a to z kolei może okazać się dodatkowym powodem do niechęci wobec innych.
   Cytaty wg:
   Czesław Miłosz, Rodzinna Europa, Instytut Literacki, Paryż 1980
   Ian Buruma, Avishai Margalit - Okcydentalizm, zachód w oczach wrogów, przekład Adam Lipszyc, Universitas, Kraków 2005
   Antoni Słonimski - Wspomnienia warszawskie, Czytelnik, Warszawa 1957

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie