Wszystkie dzieci pani Ani

Redakcja
Udostępnij:
Na początek Andrzej Stasiuk zaprosił do Krzywej fotoreportera Piotra Janowskiego. Ten rozdał dzieciom aparaty i kazał fotografować wszystko dookoła. To z tego powstał album "Świat”. Potem projekty stowarzyszenia posypały się jeden po drugim.

Kiedy przyjechała tu prawie piętnaście lat temu o dzieciach mówiło się, że skoro są z PGR–u, muszą być gorsze od innych. A teraz mówi się zupełnie inaczej: – Wy z Krzywej chcielibyście mieć wszystko, co tylko na świecie... Bo o najmłodszych nie dba się tak nigdzie w okolicy.
I w tym dbaniu Anna Dobrowolska ma swój niemały udział. Dba o dzieci wszystkich dookoła, o dzieci aż z trzech wsi – z Krzywej, Jasionki i Wołowca. Słyszał o nich chyba każdy.
Urodziła się w okolicach Morąga, ale niemal całe życie mieszkała w górach: w Komańczy, potem w Mucznem – w samym "worku bieszczadzkim”, a kiedy mąż dostał pracę jako leśniczy, trafiła tu: do Krzywej. Nawet się ucieszyła. Było stąd bliżej do szkół, do świata, a i mieszkanie większe i lepsze. I regularnie dojeżdżał autobus.
Tyle że właśnie upadł PGR w Jasionce. Trwała wyprzedaż majątku, a miejscowi, pozostawieni bez pracy, próbowali ugrać coś dla siebie. Bez powodzenia. Zostali w sfatygowanych czworakach, nawet bez kawałka ziemi. Bali się nowego, które właśnie nadeszło.
Nowego bały się także dzieci. Przecież zewsząd słyszały, że wzorem swych rodziców nic w życiu nie osiągną; że są z prowincji, że są "pegeerowskie”.
Dlatego "dziećmi z PGR–u”
trzeba się było zająć. Zajęło się Stowarzyszenie Rozwoju Sołec-twa Krzywa. Jednak zanim powstało, musieli się zaktywizować rodzice.
Pierwszy raz stali się aktywni, gdy pod ich nosami, w najdzikszym zakątku Gorlickiego, chciano zbudować wysypisko śmieci. Pisma, protesty; udało się: wysypiska nie ma.
Ale Anny Dobrowolskiej tu wtedy jeszcze nie było. Był za to jej mąż, Jurek Jucha. Był też w Wołowcu Andrzej Stasiuk, pisarz, który kilka lat wcześniej osiadł na stałe w Beskidzie. Była też jego żona Monika Sznajderman, wybrana potem prezesem stowarzyszenia.
Anna Dobrowolska to jej zastępczyni, choć tak naprawdę – to ona tu teraz sprawuje rządy.
Drugi zryw był wtedy, gdy samorząd chciał zlikwidować maleńką szkołę. Gdyby nie ona, życia kulturalnego nie byłoby tu wcale. I znów udało się miejscowym postawić na swoim: szkoła została, choć tylko trzyklasowa.
Owocem tych działań było właśnie stowarzyszenie. Miało pomagać i szkole, i dzieciom. Żeby mimo piętna mogły wyjść na ludzi.
Na początek Stasiuk zaprosił do Krzywej fotoreportera Piotra Janowskiego. Ten rozdał dzieciom aparaty i kazał fotografować wszystko dookoła. To z tego fotografowania powstał album "Świat”, który dostrzeżono nie tylko w Polsce. Potem projekty posypały się już jeden po drugim: "W Krzywej zwierciadle”, "Żeby Krzywa była prosta”, "Być u siebie”, itd. Dzieci kręciły filmy, wydawały gazetki, robiły wywiady z rodziną i sąsiadami. Powstał nawet przewodnik po ich podwórku, a właściwie po podwórkach – każdego z dzieci.
Od dobrych kilku lat żadne przez to
nie powie, że się nudzi.
Będzie ich z pięćdziesięcioro; od najstarszych, już u progu dorosłości, po niemowlęta, bo noworodków chwilowo tu nie ma. Choć wróble ćwierkają, że wkrótce się zjawią. Statystycznie rodzi się w sołectwie dwoje, troje dzieci co roku, choć zdarzają się też puste roczniki. Kiedyś w liczebności rodzin przodowali ci z PGR–u. Teraz rekordziści mieszkają w Krzywej, z sześciorgiem pociech. Tylko w Wołowcu dzieci wciąż jak na lekarstwo. Starsi ludzie tam, albo kawalerowie; brak rodzin w wieku rozwojowym. Nieraz zdarzyło się, że nikt stamtąd nie chodził do szkoły.
Teraz chodzi jakieś dwadzieścioro dzieci – ale z całego sołectwa i to licząc z przedszkolem.
– Nieraz mówią: "Proszę pożyczyć nam kartkę papieru, musimy odrobić zadanie; oddamy, kiedy mamusia będzie miała pieniądze”. Takie to tu życie. – Może to nie bieda, że aż piszczy, że nie ma co do garnka włożyć, ale ich rodzice do najbogatszych nie należą – mówi pani Ania.
Na rentach lub zasiłkach z opieki jakoś muszą sobie radzić. Często nie stać ich na zapewnienie dzieciakom jakichkolwiek atrakcji.
Sporo wybywa za pracą. I na budowy w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Krakowie, część także za granicę. To kwestia ostatnich lat; czy będą ściągać rodziny, czy wrócą z kasą – ciężko jeszcze przewidzieć.
Spośród pierwszych podopiecznych pani Ani, i całego stowarzyszenia, niektórzy pozakładali już rodziny, śpieszyło się im. Studentka, pierwsza w historii sołectwa, nadal studiuje; w tym roku Krzywa doczekała się aż trzech maturzystów. Dawniej dzieci takie, jak te, naukę kończyły na zawodówce. Też z tego powodu trzeba się było nimi zaopiekować.
Kiedy spytano je, czego im najbardziej brak, potrafiły odpowiedzieć: oświetlenia i ogrzewania na przystanku PKS. Tak przyszedł
czas na "Przystanek”,
kolejny projekt. Pani Ania: – Uświadomiliśmy sobie, że takich miejsc, w których przystanek autobusowy jest jedynym miejscem rozrywki, jest w Polsce wiele. I nie tylko na wsi, także w miasteczkach i dużych miastach.
Michał, jej syn, lat 21, opowiada: od zawsze starsza młodzież spotykała się właśnie tu. Piwko, muzyka z samochodu; stało się do dwudziestej drugiej, nierzadko dłużej. Hierarchia była ustalona: młodszych zawsze przeganiano. Dla wygody wiatę – blisko cerkwi i szkoły – zabudowano dechami.
I znów były warsztaty: plastyczne, filmowe, muzyczne, teatralne. Nawet na chwilę autobus z Krzywej – szmaciany, uszyty przez dzieci – przeniósł się pod Barbakan w Krakowie. I wszyscy ich tam znali!
Ale teraz przystanek, choć od zeszłego roku w tęczowych kolorach, jako miejsce spotkań – upadł; nie ma racji bytu. Starsi się porozjeżdżali, a młodzi – ci, co byli gonieni – zawsze mają coś ciekawszego do zrobienia. I zamiast tam, gdzie stają autobusy, wolą pójść do chaty. Teraz tu
znalazły kąt dla siebie.
Starą, drewnianą chyżę: łemkowską chatę, Anna Dobrowolska kupiła z mężem kilka lat temu. Ma swoją historię, stoi tu przynajmniej od wieku – naprzeciw szkoły. Typowa: z izbą, sienią, boiskiem, stajnią, spichlerzem albo raczej sypańcem na zboże, z dużym, wciąż używanym piecem we wnętrzu. Więc kiedy szkoła, już niepubliczna, stała się dla stowarzyszenia czynszowo zbyt droga, pani Ania oświadczyła: – Słuchajcie, chata pusta. Zaadaptujmy ją na szybko, wezmę tylko za prąd...
Dzieci ochrzciły ją "Chatą Puchatą”.
Codziennie dzieje się tu coś ciekawego, nawet w weekendy. Angielski, muzyka, informatyka, plastyka, granie na fletach – wszystko za darmochę. Regularne wyjazdy na basen. I jeszcze przejażdżki w stadninie (projekt "Z koniem na ty”). Powstała też biblioteka: trzy tysiące woluminów, podarowanych im przez ostatnie lata.
Dzieci stąd rozsławiają już nie tylko sołectwo, rozsławiają całą gminę. – Radzą sobie dobrze, choć może wciąż nie doskonale. Ale na pewno nie mówi się już o nich: "dzieci z PGR–u” – powiada Anna Dobrowolska.
Wszyscy wiedzą, że
skoro są z Krzywej,
umieją się zaprezentować, potrafią więcej niż inne. Przecież wszystkiego dotknęły, tyle zobaczyły...
Były w Berlinie i w Anglii; w Goeteborgu i Brukseli pokazano wystawę ich fotografii. Przyjeżdżają tu muzycy, plastycy, reżyserzy teatralni. Na wycieczkę po Słowacji pojechała kiedyś cała wieś, a właściwie trzy wsie – dzieci z rodzicami. I teraz znów chcą pojechać – tym razem na Węgry; "Pusta wieś” – ma się to nazywać.
Nic się dobytkowi nie stanie, przecież psy zostają...
Ale to śpiew przyszłości. "Krótkie spodenki mojego dziadka” – to projekt, który właśnie wystartował; dla dzieci – priorytet. Zbiorą wspomnienia obecnych i dawnych mieszkańców okolicy, zbiorą stare dokumenty i fotografie. To ostatnia na to chwila. Odchodzą staruszkowie i zaraz sprząta się po nich rupiecie, te ze strychu i z szuflady.
Będzie z tego muzeum: łemkowsko–pegeerowskie, jedyne bodaj takie w Polsce. Tak jak jedyne w Polsce odbywa się tu "Święto PGR–u”, czyli oficjalnie "Dzień w Krzywej”. Dzieci dziękują wtedy sponsorom. A takich, którzy chcą im dawać, choć nie muszą – naprawdę nie brakuje. Gdyby nie oni, można by było tylko bezradnie rozłożyć ręce.
Przez to wszystko
zmienili się nie tylko najmłodsi,
zmienili się także ich rodzice. W Krzywej, Jasionce i Wołowcu powoli robi się kolorowo. Nawet wśród mieszkańców dawnego PGR–u uczucie tymczasowości odeszło w zapomnienie.
Planów stowarzyszenie ma co niemiara. Choćby Dolina Nieznajowej. Pusta, wysiedlona, pełna krzyży i starych sadów: chcą się nią zaopiekować, zanim rozjadą ją quady. To również ostatnia szansa na ratunek – tym razem dla dzikiej przyrody.
Pani Ania przyznaje: na razie następców nie widzi, jeszcze ich sobie nie wychowała. Choć podkreśla: na pomoc zawsze może liczyć; jeśli nie tym razem akurat, to innym – z pewnością.
W wolnych chwilach wiedzie swe prywatne życie.
Przez dziewięć lat prowadziła sklep w Krzywej, ale zamknięty już – w grudniu minęły dwa lata. Po prostu żaden to interes: od rana do wieczora na nogach, a zarobek nijaki. Sklep przyjeżdża teraz pod drzwi każdego domu, kilka razy na tydzień.
Wychowała czworo dzieci, wychowuje piąte – Julię (o właśnie!, jeszcze Juleczka przez to wszystko nieodebrana z przedszkola...). Mało ma czasu dla siebie, choć dla dzieci własnych i wnuków też go zawsze znajduje.
Nie żałuje, że kiedyś przeniosła się z Bieszczadów do Krzywej. I tam, i tu, to te same góry. "Moje kochane” – mówi.
Mówi też, że spełnia się przez to, co robi; co dzieje się wokół niej. Boi się tylko, że zabraknie jej czasu, by wcielić w życie wszystko to, co ma w głowie. Już teraz dzień stał się za krótki, już teraz dla dzieci zarywa noce...
Piotr Subik

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie