Wyrzucili mnie na bruk

RedakcjaZaktualizowano 
Wojciech Fortuna dla "Dziennika": - Tak traktuje się mistrzów olimpijskich

   Widok mistrza olimpijskiego z dużej skoczni w Sapporo (1972) Wojciecha Fortuny za kratami jest bardzo przygnębiający, choć on sam nie wygląda na załamanego. Bardziej jest zły na całą sytuację (przebywa w nowosądeckim areszcie jako oskarżony o znęcanie się nad byłą konkubiną Marią B. w latach 1996-97) niż sfrustrowany.
   - Sporo szumu zrobiło się wokół Pana, chyba podobnie jak po olimpiadzie w Sapporo.
   - Dla mnie ta cała sytuacja jest dziwna. Przed ponad pięciu laty całkiem legalnie wyjechałem do USA. Zarobiłem tam pieniądze. Kiedy postanowiłem wrócić do kraju, do swojego, jak mi się wydawało, Zakopanego, sprzedałem dom w Chicago. Przyjechałem i kupiłem sobie mieszkanie. Mam z żoną drugie w Suwałkach. Praktycznie przebywam dwa tygodnie pod Tatrami i dwa na Mazurach. A tam grzyby i ryby. Pokazują moje fotografie w gazetach, jak marynuję prawdziwki. Poznałem tam członka kadry narodowej wędkarzy Piotra Kowalewskiego. Wiodłem spokojne życie emeryta.
   - To jak Pan trafił tutaj? Media podały informację, że znęcał się Pan nad najbliższymi?
   - Jak już mówiłem, wyjechałem do USA pięć i pół roku temu. W tym czasie skończył mi się paszport. Musiałem iść do ambasady po nowy. I tam w marcu br. dowiedziałem się, że jest za mną wystawiony list gończy. Wcześniej w tym samym budynku byłem przyjmowany jako gość honorowy z różnych okazji. Ale wtedy zachowali się dziwnie i powiedzieli mi, że nie dostanę paszportu. Wtedy poprosiłem o paszport jednorazowy, w jedną tylko stronę. Po prostu chciałem wrócić do domu. Czy człowiek ukrywający się przed wymiarem sprawiedliwości tak by się zachowywał? Wiedziałem, że jest jakaś sprawa karna, ale nigdy bym nie przypuszczał, że aż taka, bym musiał być aresztowany czy ścigany listem gończym. Kiedy się o tym dowiedziałem, zadzwoniłem z ambasady do sądu w Zakopanem. Powiedziano mi, że to nieprawda, że nie ma żadnego listu gończego. Wziąłem jednorazowy paszport i wróciłem.
   - To skąd takie zamieszanie?
   - Stało się tak dzięki m.in. naszej władzy w Zakopanem. Kiedy umarła moja mama, mnie wtedy nie było w Polsce, zostałem sądownie wymeldowany z mieszkania. Kiedy się o tym dowiedziałem, zrobiło mi się bardzo przykro. Poczułem się jak śmieć. Po powrocie do Zakopanego kupiłem dom, koledzy i znajomi pomogli mi go wykończyć i umeblować. Zamieszkałem tam, choć budynek był niewykończony. Dostałem zameldowanie, bo zagroziłem, że rozdmucham sprawę, jak pod Tatrami traktuje się mistrza olimpijskiego. Władze wiedziały, gdzie jestem, bo musiały w końcu wydać meldunek. Gdybym po powrocie z USA był bez pieniędzy, to chyba musiałbym zamieszkać na dworcu PKP, a żeby żyć, zmuszony byłbym do kradzieży. Tak się traktuje w Zakopanem mistrzów olimpijskich.
   - Ale przywitanie w kraju było zupełnie inne?
   - Jak wracałem, to w jednej z gazet na pierwszej stronie było moje zdjęcie z podpisem "Góral z Chicago powrócił". Spotykałem się z ludźmi pod skocznią, chodziłem po urzędach itd. Musiałem zmienić dowód osobisty, to wszyscy wiedzieli, gdzie jestem. Robiłem prawo jazdy, zdawałem normalne egzaminy…
   - I nikt Pana nie szukał, nie zatrzymywał?
   - Wtedy nikt nie mówił o żadnym liście gończym. Mało tego. Z żoną jeździłem na Słowację. Chciałem jej pokazać nasze strony. Bardzo się jej podobało. Byłem też na zaduszkach sportowych Komara i Ślusarskiego w Teatrze STU w Krakowie. Wszędzie jeździłem, gdzie tylko miałem potrzebę. Byłem zatrzymywany przez policję do rutynowych kontroli. I nic.
   - Dlaczego dopiero teraz zrobiło się takie zamieszanie?
   - W czwartek zadzwonił do mnie Jasiek Krzysztof (naczelnik TOPR-u) i przeczytał mi ogłoszenie w jednej z gazet podhalańskich, że jestem poszukiwany. Było tam również moje zdjęcie. Jeszcze tego samego dnia powiedziałem żonie, że muszę jechać do Zakopanego, aby sprawę wyjaśnić. Wsiadłem w samochód i w drogę. Po drodze byłem kontrolowany przez policję i znów nic. Rano w piątek byłem już u pana sędziego.
   - Czyli zgłosił się Pan sam?
   - Tak, i to mnie dziwi. W sądzie powiedziano mi, że list gończy został wystawiony 8 sierpnia. Natomiast nikt nie powiedział, że wcześniej też, a przecież w ambasadzie, w USA wiedzieli. Sędzia powiedział mi ponadto, że właściwie to powinien mnie zamknąć. Kazał mi napisać prośbę o nienakładanie aresztu tymczasowego, którą złożyłem na dziennik podawczy. Zapytałem, kiedy otrzymam odpowiedź. Stwierdzono, że przyjdzie pocztą. Poszedłem więc uspokojony do domu. Wieczorem, w piątek, ok. 23 ktoś rzucił kamieniem w okno. Przez firankę zobaczyłem czterech funkcjonariuszy policji. Otworzyłem drzwi, kazali mi zabrać rzeczy osobiste. Zadzwoniłem jeszcze do żony. Później zawieźli mnie do komendy, gdzie spędziłem noc. Następnie w sobotę trafiłem do Nowego Sącza.
   - Ale nie mówi Pan o sednie sprawy.
   - Kiedyś przed laty żyłem z jedną panią. Mieliśmy nawet zamówiony ślub, do którego, na szczęście, nie doszło. Faktem jest, że ta pani i ja także sporo piliśmy wódki. Jednak tak naprawdę, to nie o nią chodzi, a jej eksmęża, który kiedy tylko do niej przychodziłem, robił awantury. Ubliżał mi, potem ja jemu. Później wyłamał furtkę i ogrodzenie. Wtedy też dochodziło do przepychanek. Postawiono mi zarzut znęcania się nad nią, ale to o niego chodzi. Dzisiaj dziękuję Bogu, że z tego bagna wyszedłem i wyjechałem do Kanady. Dostałem szansę, by wrócić na prostą drogę i chcę ją wykorzystać.
   - Wie Pan, kto złożył donos na Pana, że się ukrywa?
   - Wiedzieć nie wiem, ale się domyślam, kto. Natomiast cała zawierucha jest dziwna. Siedzę w więzieniu i rozmyślam, co dalej. W celi jest aptekarz, łyżwiarz, piłkarz, konsul, są też narciarze z Zakopanego. Są tu źli i dobrzy ludzie, jak w życiu.
   - Co dalej?
   - Mam nadzieję, że nie będę siedział, choć sądzę, że zostanę ukarany. Po to wróciłem do kraju, aby żyć normalnie. By zająć się rodziną i sobą. Nie jest łatwo być w Ameryce. To ciężki kawałek chleba. Żyje się dobrze w swoim kraju, gdzie się zna język i ludzi. Wyjadę z Zakopanego, gdzie mnie nie chcą. Z mistrzem olimpijskim się tak nie postępuje, nie wyrzuca na ulicę.
Tekst i fot.:
JERZY CEBULA

polecane: FLESZ: Ekologia na co dzień: 6 mitów, w które wierzymy

Materiał oryginalny: Wyrzucili mnie na bruk - Dziennik Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3