Wyścig z czasem

Redakcja
Statek "Norman Pioneer" z LR5 i ekipą ratowników na pokładzie opuścił wczoraj norweski port Trondheim. Rejs na miejsce katastrofy potrwa dwa dni. - Staramy się być optymistami. Zawsze istnieje szansa - oświadczył przed wypłynięciem z Trondheim dowódca brytyjskich ratowników, komandor porucznik Alan Hoskins.

Brytyjczycy płyną na miejsce katastrofy

 Brytyjska ekipa ratunkowa z miniaturowym okrętem podwodnym LR5 dotrze na miejsce zatonięcia rosyjskiego atomowego okrętu podwodnego "Kursk" w sobotę po południu - poinformowały wczoraj władze brytyjskie. Tymczasem brytyjska telewizja BBC podała wczoraj, iż prawdopodobnie doszło do wycieku radioaktywnego z zatopionego okrętu.
 Zakłada się, że LR5 będzie w stanie zacumować do włazu ratunkowego "Kurska", mimo 60-stopniowego przechyłu wraku, spoczywającego na głębokości 108 metrów. Może on zabrać na pokład jednorazowo 16 osób.
 "Kursk" (inaczej K-141) zatonął w ubiegłą sobotę podczas próbnych strzelań torpedowych na Morzu Barentsa, około 85 mil morskich od swej bazy w Siewieromorsku koło Murmańska. Przyczyna katastrofy nie jest na razie znana. Uwięziona w kadłubie załoga liczy 118 osób. Nie ma z nią żadnego kontaktu.
 - Sytuacja związana z awarią okrętu "Kursk" jest bliska katastrofalnej, ale wciąż istnieje szansa uratowania ludzi, znajdujących się na pokładzie jednostki - oświadczył wczoraj rano rosyjski premier.
 - W ciągu ostatniej doby - dodał Michaił Kasjanow - sytuacja rosyjskiego okrętu podwodnego nie zmieniła się ani na lepsze, ani na gorsze. Nadal jest nadzieja i szansa na uratowanie ludzi - zapewniał rosyjski premier przed wczorajszym posiedzeniem gabinetu.
 Kasjanow wczoraj wysłał na miejsce awarii wicepremiera Ilję Klebanowa i dowódcę rosyjskiej marynarki wojennej admirała Władimira Kurojedowa. Konsultacje w brukselskiej siedzibie NATO rozpoczyna natomiast zastępca szefa sztabu marynarki wojennej Aleksandr Pobożij.
 W rejonie awarii nieprzerwanie trwa akcja ratownicza - rosyjskie źródła podają, że mimo sztormowej pogody, złej widoczności, a także coraz silniejszych podwodnych prądów, trzy kapsuły ratownicze na zmianę podejmują próby przywarcia do kadłuba "Kurska".
 Załoga, która jeszcze we wtorek dawała sygnały, wystukując SOS alfabetem Morse’a, od dwu dni milczy. Rosyjskie dowództwo wyjaśniało w środę, że w ten sposób uwięzieni marynarze nie chcą zakłócać akcji ratowniczej. Argument ten w miarę upływu czasu wydaje się jednak coraz mniej przekonujący.
 Do Brukseli przybył wczoraj zastępca szefa sztabu rosyjskiej marynarki wojennej Aleksandr Pobożij, aby odbyć w siedzibie NATO konsultacje w sprawie koordynacji akcji ratowania członków załogi "Kurska". Na czele delegacji Sojuszu na rozmowy stoi przedstawiciel dowództwa NATO na Atlantyku, wiceadmirał Egmond Van Rijn.
 - Rosja dysponuje niezbędnymi technologiami, pozwalającymi w razie potrzeby zapobiec wyciekowi materiałów radioaktywnych z podwodnego okrętu atomowego "Kursk", który uległ awarii na Morzu Barentsa - twierdzi rosyjski minister ds. sytuacji nadzwyczajnych.
 Siergiej Szojgu powiedział wczoraj po posiedzeniu rosyjskiego rządu, że w razie konieczności zostanie zastosowana technologia podobna do tej, jakiej użyto przy usuwaniu skutków katastrofy okrętu podwodnego "Komsomolec", który zatonął w 1989 roku. Jego reaktor atomowy został zakonserwowany i - jeśli zajdzie taka konieczność - zakonserwowany zostanie też reaktor "Kurska" - oświadczył minister.
 Przypomniał, że technologia ta została opracowana jeszcze w latach 1993-1994 i wysoko ocenili ją eksperci międzynarodowi. Przez ostatnie sześć lat nie zgłaszano wobec Rosji żadnych pretensji, związanych z wyciekami materiałów radioaktywnych.
 Szojgu powiedział też, że jeśli "Kursk" nie zostanie w najbliższym czasie podniesiony z dna Morza Barentsa, to problem wycieku substancji radioaktywnych może pojawić się za 15-20 lat.
 - Nie sądzę, by doszło do tak poważnej sytuacji - dodał Szojgu. Według niego, poziom radiacji w Morzu Barentsa jest sprawdzany i nie ma informacji o ewentualnych zagrożeniach.
 Przed katastrofą "Kurska" marynarka radziecka straciła na pełnym morzu trzy atomowe okręty podwodne - K-8 w 1970 roku, K-219 w 1986 roku i "Komsomolca" w 1989 roku. W żadnym z tych wypadków nie zginęła jednak cała załoga okrętu. Nikt nie ocalał natomiast z dwóch utraconych amerykańskich atomowych okrętów podwodnych - "Threshera" i "Scorpiona". Pierwszy z nich zatonął w 1963 roku, drugi zaś pięć lat później.

(PAP)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie