Z brązu i kamienia

Redakcja
Dyskusja, czy Chromy jest realistą, a nawet gorzej: animalistą, czy też twórcą, który znalazł się w głównym nurcie czasu i sięgnął po przedmioty gotowe, trwa już parę dziesiątków lat

Jolanta Antecka

Jolanta Antecka

Dyskusja, czy Chromy jest realistą, a nawet gorzej: animalistą,

czy też twórcą, który znalazł się w głównym nurcie czasu

i sięgnął po przedmioty gotowe, trwa już parę dziesiątków lat

   Kim jest Bronisław Chromy? Chłopakiem ze wsi Leńcze, który odbył długą drogę do krakowskiej ASP i akademickich godności? "Piwniczaninem" z pierwszej, a nawet przed-pierwszej zmiany Piwnicy pod Baranami? Rzeźbiarzem cenionym tak dalece, że obecnym (również) na niekochającym rzeźby polskim rynku sztuki? Twórcą pierwszej w Krakowie galerii autorskiej? Malarzem, który w drugiej połowie życia zmierzył się z malarską materią i płaszczyzną obrazu? Autorem książki autobiograficzno-albumowej, która właśnie ma swoją premierę wydawniczą? Z ilu różnych cegiełek zbudowany jest monolit tego życia, krzepkiego, choć w kalendarzu właśnie 80. urodziny?

\*

   - Jestem góralem - mówi Bronisław Chromy - przynajmniej w połowie.
   Dziadek przywędrował ze Słowacji i osiadł w Bieńkówce. Tam urodził się ojciec, który później przez kilkanaście lat wędrował za chlebem po szerokim świecie: Francja, USA. Matka pochodziła z góralskiego rodu Łataków; jeden z odłamów tej rodziny osiedlił się koło Bielska-Białej. Ojciec znalazł matkę w Leńczach i tam założyli gospodarstwo.
   Kiedyś Bronisław Chromy, zapytywany w jednej z okolicznościowych ankiet naszej gazety o najważniejszy prezent, jaki w dzieciństwie dostał od Świętego Mikołaja, powiedział, że po wsi Święty Mikołaj nie chodził. Zabawki rodzice przywozili czasem z odpustu: konika na czerwono malowanego, malowane ptaszki z drewna. A najwięcej zabawek zrobił sam. Wystarczył kozik i kawałek drewna. Zabawek miał dużo, więcej niż czasu na zabawę.
   - Byłem przypisany ziemi - określa swoje (a raczej rodziców) życiowe plany z nim związane. Najstarszy brat, Jan, wyjechał do Krakowa, pracował w odlewni metali, z której korzystali krakowscy rzeźbiarze. Do domu rodzinnego przywoził książki i swoje opowieści o Krakowie. - Był otwarty na świat - mówi teraz, po latach, jego młodszy brat. Po latach stał się cenionym fachowcem od rzeźbiarskich odlewów.
   - Wabiła mnie ta zorza, którą wieczorem było widać nad Krakowem. Ale umocowany byłem tu, na 5 hektarach...
   Gdy w 1947 roku następny brat wrócił z wojska, Bronisław wyruszył do Krakowa, do brata pracującego w odlewni. Brat właśnie pracował nad nagrobkiem dla ojca. - Ty wyrzeźbisz - zadecydował.
   - Miałem plastelinę, usiadłem i w trzy godziny projekt był gotowy - streszcza artysta historię swojego faktycznego debiutu. Debiut ten miał daleko idące następstwa: dostał pierwszą w życiu glinę rzeźbiarską, rysunek wskazujący, jak zrobić konstrukcję, i polecenie zrobienia rzeźbiarskiego portretu brata. - Bronek urodził się rzeźbiarzem - orzekli przyjaciele i klienci odlewni.
   A skoro tak - to musi studiować w ASP. Zaprowadzono go do gmachu przy placu Matejki, optymistycznie nie biorąc pod uwagę faktu, że to szkoła akademicka wymagająca matury. - Przyjmiemy__warunkowo, jeżeli złoży oświadczenie, że w ciągu roku zda maturę - oznajmili bardzo ważni ludzie. Takiego oświadczenia absolwent wiejskiej szkoły podstawowej złożyć nie mógł. - To może liceum plastyczne - poradziła sekretarka z rektoratu. Ba, ale krakowskie Liceum Plastyczne przyjmowało uczniów mających tzw. małą maturę. Ale dyrektor Włodzimierz Hodys pozwolił mu na razie chodzić na zajęcia. Zajęcia plastyczne to była sama radość. Przedmioty ogólnokształcące - całkiem przeciwnie. Trwało to do dnia, gdy nauczycielka historii zadała mu pytanie: Co wiesz o genezie państwa polskiego? - Przepraszam, a co to jest geneza? - zapytał uczeń. Klasa ryknęła. Tego nie wytrzymał.
   - No i skończyła się szkoła - relacjonuje pierwszy etap artystycznego terminowania. - Przynajmniej na kilka miesięcy...
   - Pracując z bratem w odlewni, opłacił korepetycje z matematyki, podręczniki wypożyczał od kolegów z liceum, profesor Hodys załatwił kurs przygotowawczy. Zdał, co należy, i po wakacjach został przyjęty do II klasy.
   Potem Akademia to już był naturalny ciąg dalszy.
   Do dziś artysta, emerytowany profesor Akademii, podkreśla, że był uczniem Xawerego Dunikowskiego. Zarazem - o czym mówić nie musi - należał do nielicznych, którzy nigdy nie ulegli trudnej magii mistrza. Choć akurat w tym roczniku zdarzyło się kilkoro; Bronisław Chromy wspomina, że razem z nim w pracowni byli: Bereś, Pinińska, Lelicińska (gwiazda wczesnej Piwnicy pod Baranami), Szpunar, Podsiadły, Hajdecki...
   Nieliczne korekty, jakie Dunikowski przeprowadzał w swojej pracowni, Bronisław Chromy opisał w książce, która właśnie wychodzi do czytelników. Ostatnia rada, jakiej udzielił dyplomantowi, brzmiała: - Dobrze zamykaj skrzynkę, żeby ci glina nie wyschła.
   - Mnie interesuje tylko brąz i kamień - odpowiedział.
   Zuchwalstwo wielkie. W tamtych czasach glina długo szła za rzeźbiarzem. Gipsy pokazywali na wystawach dojrzali artyści. Odlew w brązie to była najwyższa półka, od której absolwenta Akademii dzieliły osiągnięcia (dopiero do zdobycia) i czas (niezbędny dla dokonania osiągnięć).
   Młody rzeźbiarz pracował na pełny zegar: pół dnia w odlewni, po południu i wieczorem przy własnych rzeźbach. Kiedy uzbierało się już trochę prac, zaczął rozglądać się za wystawą. Poszedł do Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, do Ignacego Trybowskiego. - Świetnie - powiedział Trybowski - ma pan wystawę w najbliższym wolnym terminie.
   - To znaczy kiedy?
   - Za trzy lata.
   Podziękował i ruszył w miasto. Zainteresował go Barbakan. Otoczona murami przestrzeń była czymś pośrednim pomiędzy salą wystawową a otwartym plenerem, jaki niebawem odkrył dla swoich rzeźb. Barbakan okazał się osiągalny, pod warunkiem że wystawa będzie w czerwcu, później miejsce zajmą aktorzy grający "Igrce w gród walą" Polewki.
   Na wystawę przyszedł Xawery Dunikowski z prof. Wandą Ślędzińską.
   - Widzi pani? Wszystko w materiale. To bardzo niebezpieczny__człowiek...

\*

   Stary mistrz niewątpliwie miał rację. Bronisław Chromy to niebezpieczny artysta, który przekreślając akademickie tradycje rzeźby, równie stanowczo odrzucił awangardę. Jerzy Madeyski, który rzeźby Chromego ogląda "od zawsze", zwraca uwagę, że u podstaw pierwszego znaczącego cyklu była linia, której artysta dawał prymat przed bryłą, a to w rzeźbie co najmniej niecodzienne.
   "W cyklu oświęcimskim Bronisław Chromy stanął z pełną świadomością w punkcie zerowym. Zaczął od tego, co w sztuce__najważniejsze, od myśli i uczucia, od pojęć czystych, zwanych błędnie abstrakcyjnymi. W tym celu usunął z rzeźby wszystko, co było jej sensem i językiem przez tysiące lat, a mianowicie układ konkretnych mas, tworzywo i relacje zachodzące pomiędzy zamkniętymi a otwartymi obszarami przestrzemi. Świetlisty stop, z którego je odlewał, podkreślał dodatkowo niematerialność człekopodobnych zjaw. Cykl oświęcimski był sensacją późnych lat pięćdziesiątych, a wzbudzić sensację w czasach nieustannej galopady nowości nie było sprawą łatwą" - pisze Jerzy Madeyski. W tym samym tekście krytyk konstatuje: _"W sztuce Bronisława Chromego treść szuka formy". _I to jest - w największym skrócie - wszystko, co najważniejsze.
   Dyskusja, czy Chromy jest realistą, a nawet gorzej: animalistą, czy też twórcą, który znalazł się w głównym nurcie czasu i sięgnął po przedmioty gotowe, trwa już parę dziesiątków lat i raczej nie dobiega końca. Sam artysta jej nie ułatwia, a - prawdę mówiąc - nie chce i nie potrafi wejść w żadną szufladkę. Gotowe materiały, po jakie sięgał (i sięga) to nie kawałki karoserii samochodowej czy inne wytwory przemysłowe po przejściach, ale otoczaki wydobyte z wartkich rzek górskich, kamienie uformowane przez wodę. Gdy połączył je z metalem, stały się owcami. Kierdel kamienno-brązowych owiec ustawiony w Dolinie Chochołowskiej i - jeszcze raz - w lasku koło ronda w Zakopanem był bardzo na swoim miejscu. Bacowie tatrzańscy życzyli sobie, aby artysta pozostawił je jako pomnik i ślad owiec wypędzonych z Tatr. Wtedy akurat nie było to możliwe, te owce zostały już wcześniej zakontraktowane.
   Sięga po kopalne amonity i sercówki, w których odnajduje kształty ślimaków, a niekiedy całkiem dużych zwierząt. Więc jednak animalista? Tylko że ten zwierzyniec Chromego jest mocno uczłowieczony, dość popatrzeć na "Sowy"...
   Ma w dorobku pomniki (pierwszy konkurs, w którym z powodzeniem wziął udział pospołu z architektem, to jeszcze lata studenckie), duże i mniejsze realizacje sakralne - i najmniejsze formy rzeźbiarskie: medale. No i to wszystko, co zbiorczo określa się jako rzeźby plenerowe: te wszystkie owce i żubry, ślimaki i mrówki, krokusy agatowymi głowami otwarte ku słońcu, solidnie wsparte na metalowych łodygach okrytych jaskrawą zielenią patyny.
   Nadal nie ma szufladki, w której zmieści się ze swoją filozofią i praktyką rzeźby, o obrazach nie wspominając.

\*

   "Piwnica" zaczęła się od wyjazdu prof. Włodzimierza Hodysa do Paryża. Po powrocie opowiadał, że w Paryżu modne są kluby piwniczne, gdzie młodzi ludzie spotykają się, grają swoją muzykę, recytują i śpiewają swoją poezję, są u siebie.
   Owszem, ciekawe, tylko skąd wziąć u nas piwnicę? Po dłuższych zabiegach znalazła się: w pałacu Pod Baranami, gdzie rezydował wówczas Wojewódzki Dom Kultury. Piwnicę oczyścili, Skrzyneckiego jeszcze nie było, ale był Penderecki i inni. Pierwsze przedstawienie - jak wspomina Chromy - zrobił Pankiewicz. Piotr Skrzynecki, zaprotegowany przez panią Olczakową (matkę Joanny), przyszedł na zastępstwo i został razem z koncepcją kabaretu.
   - Na początku działałem mocno, ale nabierałem wrażenia, że nie pasuję; nie paliłem, nie piłem...
   Piwnica pod Baranami pozostała w życiorysie jako coś, na czym bardzo zależało - i jako temat rzeźbiarski, który ostatecznie przybrał kształt pomnika. Pierwsze głowy - jak wspomina - zaczęły powstawać w latach pięćdziesiątych.
   Zgodzili się - Chromy i Skrzynecki - po dłuższej debacie, że pomnik czegoś, co istnieje, trwa, rozwija się i przekształca - to, oczywiście, czyste kabotyństwo. I że koniecznie trzeba to zrobić.
   Pomnik Piwnicy pod Baranami stoi w Parku Decjusza, nieopodal autorskiej galerii Bronisława Chromego, która kiedyś była muszlą koncertową, później zdewastowaną muszlą koncertową, teraz jest miejscem wystaw i innych szaleństw artystycznych.

\*

   Osiemdziesiąte urodziny (krakowskie apogeum 3 i 4 bm.) zaczęły się wystawami. Jedną otwarto na zamku w Niepołomicach, w ogrodach królowej Bony.
   - Zmieniło się tam ogromnie. Pamiętam Niepołomice z lat sześćdziesiątych. Pracowałem wtedy przy konserwacji niepołomickiego kościoła. To była zapyziała miejscowość, z knajpą, w której podawano przedwczorajsze potrawy, ze zruderowanym zamkiem królewskim. Posadzono wtedy drzewka, takie cienkie patyki z kistkami liści. Teraz, idąc pod ich wysokimi koronami, pomyślałem, że jestem stary...
   Przed wyjściem z domu i pracowni artysty oglądam pomnik Chopina (nowy, jeszcze nie na cokole, tylko zwyczajnie, pod płotem), zaraz będzie katalog prac przygotowanych przez artystę na aukcję na rzecz Fundacji Chromego.
   Więc może i pomyślał tam, pod drzewami w Niepołomicach, że jest stary. Ale czy uwierzył - to całkiem inna sprawa. Metryka to - jakkolwiek by nie spojrzeć - zawodna miara wieku rzeczywistego.

Wyższe mandaty od skarbówki z początkiem maja

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie