Z gołą głową

Redakcja
Jeżeli ktoś szuka na terenie Polski granicy pomiędzy zachodnią i wschodnią Europą, niech patrzy na konne wozy, nakrycia głowy i niech zagląda ludziom do szklanek, kubków i filiżanek Sławomir Mrożek w "Polsce w obrazach" twierdził, że urzędnik bez teczki jest jak nagi. Na rysunku kłębił się tłum nagusów w łaźni, niektórzy spośród nich dzierżyli wielgachne teczki, zadanie dla czytelnika - kolorową kredką oznaczyć urzędników...

ANDRZEJ KOZIOŁ

ANDRZEJ KOZIOŁ

Jeżeli ktoś szuka na terenie Polski granicy pomiędzy zachodnią i wschodnią Europą, niech patrzy na konne wozy, nakrycia głowy i niech zagląda ludziom do szklanek, kubków i filiżanek

Sławomir Mrożek w "Polsce w obrazach" twierdził, że urzędnik bez teczki jest jak nagi. Na rysunku kłębił się tłum nagusów w łaźni, niektórzy spośród nich dzierżyli wielgachne teczki, zadanie dla czytelnika - kolorową kredką oznaczyć urzędników...
 Teczka rzeczywiście, podobnie jak rząd ołówków zakończonych metalowymi skuwkami, była - zwłaszcza w wiejsko-małomiasteczkowych środowiskach - symbolem urzędniczego statusu. Wyróżniała nosiciela spośród tłumu czarnoroboczych, i to nawet wtedy, kiedy nie została zrobiona ze skóry, ale z parcianego płótna. Trzeba jednak sprawiedliwie dodać, iż teczki parcianki miały to i owo z prawdziwej, świńskiej skóry: ucha i naszyte na rogach trójkąty.
 Jednak Mrożek w rzeczywistości nie miał racji, mężczyzna bez teczki nie był jak nagi, natomiast dość dziwnie prezentował się bez nakrycia głowy...
 Spójrzmy na stare - przedwojenne, ale jeszcze lepiej sprzed pierwszej wojny światowej - fotografie. Nawet jeżeli zrobiono je w pełni lata, wszyscy uwiecznieni na nich mężczyźni - ale także kobiety - noszą nakrycia głowy. Wyjątek stanowią zdjęcia z uroczystości religijnych, ale tylko chrześcijańskich, bowiem to, co stanowi obowiązek w kościele, odkrycie głowy, w synagodze uchodzi za grubą nieobyczajność. Według naszych obyczajów, przed ołtarzami z nakrytymi głowami stają tylko duchowni...
 Pokazywanie światu włosów - albo łysiny - należało do takich rzadkości, że aż mogło uchodzić za brak dobrych obyczajów. Ba, nawet w nocy, w ciemności sypialni, głowę przyzwoitego człowieka ozdabiała szlafmyca, czyli - dokładnie tłumacząc z niemieckiego
- czapka do spania. Stanowiła nieodłączną część nocnego ekwipunku, podobnie jak nocnik pod łóżkiem lub w dolnej części tak zwanego nakastlika.
 Nocą czapkę noszono jednak nie tyle z powodów obyczajowych, co ze względów zdrowotnych. Przez całe pokolenia ludzkość, a przynajmniej jej część zamieszkująca nasz obszar klimatyczno-kulturowy, panicznie bała się tak zwanych cugów. Przeciąg groził najstraszliwszymi konsekwencjami, do paraliżu włącznie. Dlatego sypiano w szlafmycach (kobiety w nocnych czepkach), dlatego przez większą część roku - a niekiedy przez okrągły rok - nie otwierano okien, co najwyżej tak zwane oberlufty. Z tym zwyczajem walczył wraz z innymi higienistami ojciec Antoniego Słonimskiego, lekarz, pierwowzór doktora Szumana z "Lalki". Zdarzało się, że kiedy kazał wietrzyć smrodliwe mieszkania, pacjenci ograniczali się do kupowania tak zwanej leśnej wody, archaicznego dezodorantu o zapachu sosnowych szpilek. Przy kolejnej wizycie zwracali doktorowi uwagę na tę niezwykłą dbałość o świeże powietrze, na co ten odpowiadał, że owszem, teraz pachnie, ale jakby g... w lesie.
 Jeżeli tak dbano o głowę w nocy, tym bardziej dbano o nią w dzień. W dzień bowiem nie tylko panowały cugi, ale na dodatek surowe obyczaje, kontrolowane ludzkimi spojrzeniami.
Zacznijmy od kobiet, które z grubsza dzieliły się na chuściane i kapeluszowe. Przejście od chustki do kapelusza oznaczało społeczny awans (we lwowskiej piosence dziewczyna, niedawno przybyła do miasta, z dumą stwierdza, że już chodzi w kapelusiku), chociaż nie zawsze, bowiem często zamiana plebejskiego nakrycia głowy na pańskie oznaczała zdegradowanie uczciwej panny do prostytutki. Jednak i to nie jest do końca prawdą, bo także wśród tych panienek, sądząc według lat, niekiedy wręcz matron, zdarzały się chuściane. W przywoływanych wspomnieniach Słonimskiego po ulicach Warszawy (nie lubił, bardzo nie lubił, swojego miasta pan Antoni, uważając je za skażone Azją, za coś w rodzaju Mukdenu) cwałują całe szwadrony chuścianych prostytutek.
 Nic nie jest proste, jeżeli chodzi o nakrycia głowy. Moja matka, która dopiero w czasie wojny, kiedy udało się jej z Reichu przyjechać do Generalnej Guberni, poznała Galicję, przeżyła mały szok. Kiedy wysiadła z zatłoczonego pociągu na małej, śródleśnej stacyjce i ruszyła
polną drogą, pierwszy napotkany chłop szedł za pługiem w kapeluszu. Owszem, widywała zdjęcia ukapeluszowanego Witosa, ale w tym przypadku nakrycie głowy uważała za coś w rodzaju wysferzenia. Chłop poseł, chłop premier mógł nosić kapelusz, tak jak według kodeksu Boziewicza mógł stawać do pojedynku. Chłop zwyczajny, chłopski, w jej okolicach mógł chodzić tylko w kaszkiecie. Kapelusz stanowił miejsko-inteligencki lub miejsko-żydowski rekwizyt...
 Jeżeli ktoś szuka na terenie Polski granicy pomiędzy zachodnią i wschodnią Europą, niech patrzy na konne wozy, nakrycia głowy i niech zagląda ludziom do szklanek, kubków i filiżanek. Wschód - to konie w hołoblach, podwójnych dyszlach, chłopi w kaszkietach, w kubkach - zamiast kawy herbata, często pita w rosyjski sposób, "na prikusku" lub rozbełtana z konfiturami.
 W zasadzie powinienem używać czasu przeszłego, bo ostatnich kilkadziesiąt lat nie tylko przeorało kraj migracjami, ale przede wszystkim zhomogenizowało, zglajchszaltowało obyczaje, kultura masowa dotarła wszędzie, nawet do Taplar, rzuconej pomiędzy bagna, wymyślonej przez Redlińskiego wsi...
 W przypadku kobiet, w przeciwieństwie do mężczyzn nakrywających głowy w kościołach i cerkwiach (gołogłowa niewiasta jeszcze dzisiaj nie wejdzie do świątyni we Włoszech, nie mówiąc o ortodoksyjnej greckiej cerkwi), w sposób niejasny można domyślać się, że włosy mogą być schroniskiem szatana. Nie bez kozery białogłowy podejrzane o czary golono - gruntownie i wszędzie. Chodziło wprawdzie o szukanie diabelskich znamion, ale trochę chyba także o pozbawienie diabła kryjówki, bowiem włosy mogły być dla niego tym, czym dżungla dla partyzantów. Zresztą długie włosy nosiły tylko młode dziewczęta, które - przynajmniej teoretycznie - nie miały seksualnych doświadczeń. Traciły je wraz z dziewictwem. Obrzęd oczepin - czyli nałożenia czepca noszonego przez mężatki - który w szczątkowej formie przetrwał na wsi do dzisiaj, poprzedzało obcięcie warkoczy. Żydowski obyczaj - kultywowany jeszcze w Stanach Zjednoczonych i niektórych społecznościach w Izraelu - był jeszcze bardziej surowy. Mężatkom golono głowy i od tej chwili musiały chodzić w perukach.
Z mężczyznami sprawa ma się nieco inaczej (chociaż, jeżeli wierzyć historii Samsona, i w męskich włosach może być ukryta magiczna moc). Mężczyźni w nakryciach głowy i przede wszystkim w prawie do noszenia specjalnych ich rodzajów widzieli potwierdzenie swej społecznej pozycji, swej niezależności. Nie bez powodu nasi górale, na dobrą sprawę chrystianizowani dopiero przez księdza Stolarczyka, nie chcieli zdejmować kłobuków w kościele. Rozumowali dość logicznie - Pan Bóg jest gazdą, bacą pasącym ludzkie owieczki, najhrubszym z gazdów, najhrubszym z baców, ale przecie gazdą, przecie bacą, bo nie juhasem. A baca przed bacą nie będzie zdejmował kłobuka. Co innego ludzki drobiazg, niech staje w kościele z odkrytą głową...
 Podobnie rzecz się ma w opowieści o Wilhelmie Tellu. W tym przypadku kapelusz nie tylko jest oznaką władzy, ale wręcz symbolizuje ją per procura; górale mają oddawać hołd starościńskiemu nakryciu głowy.
 Kapelusz starosty, podobnie jak korona (a odmian koron mieliśmy ogromną ilość), ale w proporcjonalnie mniejszy sposób, oznaczał władzę. Instytucją, która jak żadna inna petryfikuje obyczaje, jest wojsko i właśnie w wojsku nakrycia głowy nie tylko ciągle stanowią integralną część ubioru, żołnierz bez czapki wydaje się niekompletny, ale także niosą informacje o statusie nosiciela. Na dobrą sprawę trzeba mieć bystre oko, aby odróżnić oryginalny kapelusz borsalino od pilśniaka, oficerska, generalska czapka, oficerski, generalski beret z daleka sygnalizują, kto je nosi. W pewnym sensie i w pewnej mierze wojsko jest reliktem średniowiecza, społeczeństwa stanowego, w którym formalnie wyznaczano nie tylko ubiór, ale cały status stanów. Na przykład czerwień generalskich lampasów stanowi szczątek norm, które chłopom, łykom (sam termin "łyk", mieszczanin, niektórzy wywodzili od ubiorów w kolorze łyka) i Żydom zakazywały noszenia ubrań w niektórych kolorach. Podobnie jest z posiłkami. Jeżeli skromny pracownik cywilnej firmy nie jada w restauracji, którą systematycznie odwiedza jej prezes, dzieje się tak tylko z powodów ekonomicznych. W wojsku i to zostało uregulowane w stanowy, nieomal średniowieczny sposób: szeregowcy i podoficerowie mogą bywać w kasynach oficerskich tylko jako personel, nigdy jako goście...
Wracając zaś do odkrywania - albo też nieodkrywania
- głów. Hardzi bacowie doskonale zdawali sobie sprawę, że nic tak nie określa niskiej pozycji człowieka, jak stanie z kapeluszem w ręku przed człowiekiem z nakrytą głową. Co najdziwniejsze, potwierdzenie tej prawidłowości znalazłem w dość dziwnej książeczce. Jeszcze w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ambasada albańska w Polsce rozsyłała pięknie wydane materiały propagandowe. Wpadła mi wtedy w ręce książka Hodży, permanentnego albańskiego przywódcy, zatytułowana "Wspomnienia o Stalinie". Rzecz została wydana po rosyjsku i nie wiem, czy kiedykolwiek ją spolszczono.
 Jedno ze swych spotkań z Nadzieją Ludzkości Hodża opisał w szczególnie entuzjastyczny sposób. Spotkali się chyba na tarasie, może w ogrodzie, w każdym razie pod gołym niebem. Stalin był w czapce (zapewne wojskowej, typowej dla niego, tak jak kaszkiecik dla Lenina, jak czapka hamburskich dokerów dla niemieckich socjaldemokratów), więc albański Stalinek czym prędzej odkrył głowę. Znaj proporcjum, mocium panie, co Związek Radziecki, to nie Albania, co Stalin, to nie Hodża... I wtedy Ten, co Usta Słodsze Miał od Malin, odezwał się łaskawie: Skoro ja jestem w czapce, ty też możesz ją nosić...
 Następną stronę pamiętników wypełniły ekstatyczne zachwyty nad wielkością i prostotą Wielkiego Człowieka. Gubernatorowi biednej, odległej prowincji pozwolił w swojej obecności nosić nakrycie głowy cesarz imperium, tak wielki, że aż zatrącający o boskość. Oczywiście specyficzną, ateistyczną boskość...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie