Z łodpustami na wsiak downi to inacy bywało jako dzisiok

Katarzyna Hołuj
Katarzyna Hołuj
Zwyczaje. Górale Kliszczaccy z Trzebuni przypominają jak kiedyś wyglądały odpusty na wsiach. Jak wyglądają dziś można się przekonać w niedzielę w Trzebuni.

FLESZ - Jak zapobiec odwodnieniu?

Że Trzebunianie to społeczność pobożna nie trzeba nikogo przekonywać. Wszak to nie kto inny tylko oni, co roku od ponad 200 lat w lipcu wyruszają z pielgrzymką na Jasną Górę (w tym roku też byli i właśnie przed kilkoma dniami wrócili). Podobnie wielkim świętem jest dla nich odpust w trzebuńskiej parafii pw. Św. Marii Magdaleny, który przypada 22 lipca. W tym roku świętowany będzie jutro.

Trzebunianine są też dumni ze swojej kultury i tradycji. Dlatego powołali do życia oddział Górali Kliszczackich, który jest częścią Związku Podhalan. I właśnie członkowie tego oddziału przygotowali z okazji zbliżającego się odpustu specjalną niespodziankę.
- W statucie mamy zapisaną dbałość o kulturę, podtrzymywanie tradycji i przekazywanie jej młodym – mówi Andrzej Oskwarek, prezes oddziału Górali Kliszczackich w Trzebuni.
Właśnie z myślą o młodych nagrali kolejny już odcinek „Kliszczackich bajań”, tym razem poświęcony dawnym odpustom i temu jak je przeżywano. Zrobili to z wydatną pomocą Jakuba Oskwarka, który nie jest członkiem oddziału, a razem z Danuty Oskwarek, był odpowiedzialny za zdjęcia, montaż i reżyserię. Film można obejrzeć w sieci (jest dostępny na profilu Facebookowym oddziału).

Przygotowania do odpustu zaczynały się dużo wcześniej. Dorota Lech, wiceprezes oddziału Górali Kliszczackich w Trzebuni i autorka gwarowego tekstu o odpuście, pisze, że „w chałpie ryktowacki było wiele”, bo dom na odpust przygotowywano jak na Boże Narodzenie lub Wielkanoc. I tak jak przed świętami w kuchni roboty było co niemiara, bo gotowano rosół, pieczono kołacze i bukty z kruszonką. Właśnie w odpust, jak wspomina Andrzej Oskwarek, zwykle jadło się pierwsze młode ziemniaki. Dużo później niż można ich kosztować dziś.
Szykowano też najlepsze stroje, a w miarę możliwości kupowano coś nowego do ubrania, bo odpust był taką okazją, kiedy każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony.
Tak samo kościół musiał być przygotowany na tę okazję wyjątkowo, dlatego sprzątano go i przystrajano.

Dzieci zawczasu dbały o to, żeby zarobić pieniądze, za które będą mogły sobie coś kupić.
- Dugo przed łodpustem szykowali się i pieniądze zbiyrali co by było na cukierki, szczelnice i na karuzele. Zbiyrali borowki, maliny , handlowali z letnikami i jakiegoś grosza kozdy mioł, a jesce przed samem łodpustem matka wraziła złotowke „ ino żeby łociec nie widzioł” a potem posed do łojca ten tyz cosi doł ale godo „ino się matce to się nie kfol” - opowiada Dorota Lech.
Potem zostało już tylko pójść do spowiedzi (czego bardzo pilnowali dorośli) i można było zacząć świętowanie.

- To była wielka uroczystość, zresztą do dziś jest, choć teraz wygląda inaczej niż kiedyś. Lud tu zawsze był pobożny, dlatego najpierw szło się do kościoła, ale po mszy odwiedzało się stragany, gdzie można było kupić pistolety na korki lub kapiszony i drewniane zabawki. W latach 70-tych nie jeździło się do miasta tak często jak dziś, a odpust był jak… przyjazd sklepu z zabawkami do wsi – wspomina Andrzej Oskwarek.
Starsi chłopcy kupowali dziewczętom serca z piernika, albo na strzelnicy własnoręcznie „zestrzeliwali” kwiaty.

Potem był obiad (często jedzony na powietrzu, gdzieś pod jabłonką, pod którą ustawiano ławę). Starszym popołudnie mijało leniwie na rozmowach z sąsiadami i gośćmi przybyłymi na odpust. Młodzi strzelali z korków i kapiszonów, a nieco starsi szykowali się do zabawy, która wieńczyła odpust. Do tańca przygrywali oczywiście miejscowi muzykanci. - Kozdy kroku przyspiyszo, bo spopod Kolącki słychać jak Bolek na skrzypkach wywijo, Jasiek wali w bęben a Henryk z Jozkiem nie są gorsi i polki wygrywają – opowiada Dorota Lech.

Trzebunianie nie poprzestawali na odpuście we własnej parafii. W połowie sierpnia pielgrzymowali do Kalwarii Zebrzydowskiej na tamtejszy kilkudniowy odpust, zwłaszcza że trzebuńska Orkiestra Dęta „Orzeł” tradycyjnie uświetniała go swoją obecnością i grą. - Ale były tyz i pobożne ciotunie co zodnego łodpustu ani we wsi ani w okolicy nie łodpuściły. Zawse jeździły na łodpust Podwyzszenio Krzyza do Mogiły – opowiada Dorota Lech.

„Kliszczackie bajania” to sposób miejscowych górali na czas pandemii, kiedy spotkania i próby są mocno utrudnione, a wszelkie większe imprezy odwołane. Ale nie ograniczają się tylko do nich. Czas pandemii wykorzystali też na przygotowanie questu, czyli gry terenowej, która pozwala połączyć spędzanie czasu na powietrzu oraz poznanie legend Trzebuni i najbardziej charakterystycznych miejsc. Kiedy po wakacjach rozpocznie się szkoła będą zachęcać uczniów do lepszego poznania historii i tradycji swojej miejscowości w ten właśnie sposób.
Jesienią szykuje się największe wydarzenie w historii oddziału od czasu złożenia ślubowania w maju 2019 roku. Będzie to poświęcenie sztandaru oddziału.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie