Z miłości do matki, z miłości do pszczół

Redakcja
Feliks Bujakowski prezentuje najwyższe pszczelarskie odznaczenie Medal im. Jana Dzierżonia Fot. Aleksander Gąciarz
Feliks Bujakowski prezentuje najwyższe pszczelarskie odznaczenie Medal im. Jana Dzierżonia Fot. Aleksander Gąciarz
-A ile dałby mi Pan lat? - pyta w pewnym momencie. Takiego pytania raczej nie zada ktoś, kto czuje się starzej niż wynika to z jego metryki. Tak spyta ten, kto uważa, że udało mu się nieco oszukać przemijający czas. Kto, patrząc na swoich rówieśników (coraz ich mniej z każdym rokiem...), czuje się jeszcze krzepko. Feliks Bujakowski ma 84 lata, gęste białe włosy i wyprostowaną sylwetkę. Jest najbardziej doświadczonym pszczelarzem w okolicy. Jeżeli o kimś można powiedzieć, że o hodowli pszczół wie wszystko, to właśnie w jego przypadku będzie to najbliższe prawdy.

Feliks Bujakowski prezentuje najwyższe pszczelarskie odznaczenie Medal im. Jana Dzierżonia Fot. Aleksander Gąciarz

PASJA. Felis Bujakowski zajmuje się pszczelarstwem od 65 lat

Rodowity proszowianin, syn bednarza z ulicy Kosynierów, jako młody chłopak zupełnie się pszczołami się interesował. - Kontakty z nimi miałem takie, że jak grałem w piłkę na boisku, to jedna mnie użądliła - wspomina półżartem. Wszystko zmieniło się wraz z chorobą matki. To było w roku 1945, zaraz po "wyzwoleniu". Lekarz z Kocmyrzowa stwierdził, że najlepszym lekarstwem na dolegliwość serca będzie miód. - Ale miód był drogi. Litr kosztował tyle, co 10 kilo cukru. Nie było nas stać, żeby go kupować - mówi. Powiedział zatem ojcu, że będzie hodował pszczoły. Pan Bujakowski senior nie bardzo chciał wierzyć, że syn będzie się zajmował pszczelarstwem, ale ten odparł, że - skoro tego potrzebuje matka - zrobi to. Poszli zatem "na Zagrody" do pszczelarza nazwiskiem Gawron. - Wziął dla siebie siatkę, a mnie dał tylko małe sitko i poszliśmy do uli. Wtedy otworzył jeden z nich i podrażnił pszczoły. Zaczęły mnie żądlić po rękach, po głowie. Sitko nie dawało prawie żadnej ochrony. Uciekłem stamtąd, a Gawron mówi, żebym przyszedł za trzy dni - opowiada. Stary pszczelarz zdziwił się zapewne, gdy za trzy dni Felek ponownie się zjawił. Tym razem miał już ze sobą siatkę do ochrony przed pszczołami, którą kupili z ojcem w Krakowie (w Proszowicach do tej pory nie ma sklepu, w którym można byłoby kupić podstawowy sprzęt pszczelarski). - Gdy mnie zobaczył, powiedział: ty będziesz pszczelarzem - mówi. Okazało się, że poprzednia sytuacja miała być próbą. Podobnym byli poddawani również inni kandydaci. Bardzo rzadko zdarzało się, by pożądlony wracał do pasieki.

Od Gawrona kupili zatem pierwsze pszczoły, stolarz nazwiskiem Tomaszkiewicz wykonał ul (pan Feliks ma go do dzisiaj) i tak zaczęła się przygoda, która trwa od ponad 65 lat. - Początki nie były łatwe. Gdy dzisiaj ktoś się u mnie zjawia i mówi, że chciałby hodować pszczoły, staram się mu pomóc. Za darmo daję pszczoły, podpowiadam. Cieszy mnie ogromnie, że ktoś chce się tym zajmować. Gdy ja zaczynałem - pszczelarze nie byli skorzy do pomocy. Usłyszałem: kup sobie książkę i sam się naucz. No to kupiłem i po kolei wszystkiego się dowiadywałem.

Dziwna to pasja i obarczona pewną sprzecznością. Z jednej strony bowiem pszczoły hodowlane zajmują się dokładnie tym samym, co pszczoły dzikie: wytwarzaniem miodu z surowców dostarczanych przez kwitnące rośliny. Pszczelarz ma im w tym naturalnym procesie nie przeszkadzać. Z drugiej jednak strony owo "nieprzeszkadzanie" wymaga ogromnej fachowej wiedzy. W rozmowie z Feliksem Bujakowskim brali udział prezes proszowickiego koła Polskiego Związku Pszczelarskiego Janusz Wróblewski i skarbnik Helena Rzadkowska. Choć oboje zajmują się pszczołami od kilkudziesięciu lat, opowiadając o ich zwyczajach raz po raz zwracają się ku nestorowi, aby upewnić się, czy wszystko, co mówią, jest zgodne z prawdą. Odpowiedzią jest z reguły potwierdzenie ruchem głowy.
Dowiadujemy się zatem, że przeciętna pszczela rodzina, zasiedlająca jeden ul, liczy od 45 do 60 tysięcy osobników. Zdecydowana większość z nich to pszczoły-robotnice. Trudno o celniejszą nazwę, bo robotnice żyją około 35 dni (wyjątkiem są te zimujące) po czym umierają z wyczerpania. Oprócz tego ul zasiedla około tysiąca trutni, których jedyną rolą jest zapłodnienie królowej. Ta z kolei jest jedyną pszczołą w ulu zdolną do rozrodu. Robi to, składając dziennie około tysiąca jaj. Królowa, podobnie jak trutnie, jest niejako wytworem samych pszczół. - Niezwykłe jest to, że z tego samego jajeczka może się wylęgnąć robotnica, truteń lub królowa. Zależy to m.in. od sposobu karmienia, od wielkości komórki, w której czerw został umieszczony, oraz od zapłodnienia jaja - tłumaczy Janusz Wróblewski.

Miód pszczoły produkują, przetwarzając przyniesiony do ula nektar z kwitnących roślin. W okolicy Proszowic uzyskuje się zwykle miód akacjowy (w czerwcu) i lipowy (w lipcu). Są też miody z kwitnącego tytoniu czy cebuli, ale pszczelarze nie mają o nich dobrego zdania. Od czasu do czasu, przy sprzyjających warunkach pogodowych (ciepło i wilgotno), udaje się również zebrać miód spadziowy, najwyżej ceniony. Pszczoły wytwarzają miód, ponieważ jest to ich pokarm. Pszczelarz natomiast zabiera im to, co zmagazynują. - W najlepszym roku, jaki mi się trafił, zebrałem z każdego ula po 20 kg miodu. Tymczasem w górach, gdzie warunki do uprawiania pszczelarstwa są o wiele korzystniejsze, zbierają nawet 60 kg - mówi Feliks Bujakowski. To dlatego pszczelarstwo w Proszowicach nie przybrało charakteru przemysłowego, lecz jest jedynie hobby dla zajmujących się nim osób. W zamian za odebrany miód pszczelarz karmi owady mieszaniną cukru i wody, którą na zimę wstawia do ula. Bo - wbrew obiegowym opiniom - pszczoły nie popadają zimą w odrętwienie, tylko skupiają się w tzw. kłąb, utrzymując wewnątrz ula temperaturę około 30 stopni Celsjusza.

Miód i inne pszczele wyroby (kit, propolis, mleczko) to jednak nie wszystkie powody, dla których ta pasja ciągle jest popularna. - Mnie nic tak nie uspokaja jak pszczoły. Gdy się czymś zdenerwuję, zmartwię, idę do uli i momentalnie wszystko przechodzi - mówi Feliks Bujakowski. Po latach prowadzenia swojej działalności zyskał uznanie innych pszczelarzy, którzy wybrali go na stanowisko wiceprezesa proszowickiego koła. Aż do lat osiemdziesiątych było ono bardzo liczne, liczyło ponad sto osób. Po śmierci prezesa Zygmunta Zubalskiego Feliks Bujakowski został jego następcą. Od stycznia 2011 pełni funkcję prezesa honorowego. - Nie mam wątpliwości, że to dzięki panu Bujakowskiemu i pani Helenie Rzadkowskiej nasze koło przetrwało najcięższy okres. Teraz widać już oznaki odradzania się pszczelarstwa, mamy w tej chwili 19 członków, a były momenty, gdy wydawało się, że koło zniknie - mówi Janusz Wróblewski.

Dzisiaj, mimo podeszłego wieku, nestor nadal posiada 30 rodzin pszczelich i należy do największych hodowców w okolicy. Od kilku lat przy pracy pomaga mu córka Lucyna Bujakowska-Paluch, która pełni też funkcję sekretarza Gminnego Koła PZP. Feliks Bujakowski za swoją pszczelarską działalności otrzymał wszelkie możliwe odznaczenia. Ukoronowaniem było przyznanie mu w ubiegłym roku Medalu im. dra Jana Dzierżonia - najwyższego odznaczenia pszczelarskiego.

Aleksander Gąciarz

proszowcki@dziennik.krakow.pl

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie