Z

Redakcja
- Ile razy przekroczył Pan nielegalnie granicę?

- Ani razu. Zasada była taka, że spotykaliśmy się na granicy na Grzesiu albo w rejonie Piwnicznej albo na Babiej Górze - tam nasze plecaki lub tylko ich zawartość przejmowali Słowacy. Choć bywało, że musieliśmy ukrywać je w kosodrzewinie; tak było z ostatnim transportem - zobaczywszy idących za nami wopistów, musieliśmy go zostawić. Dopiero po paru tygodniach, gdy po halnym zeszły pierwsze śniegi, Słowacy mogli zabrać plecaki do siebie.
- Ile razy uczestniczył Pan w akcji przemytu?
- Kilkadziesiąt - na pewno.
- Był Pan jednym z "kurierów Słowa Bożego", przenosząc dla słowackich katolików literaturę religijną, Biblię, katechizmy, różańce... Jak Pan trafił w te szeregi?
- Kontakt ze Słowacją i jej Kościołem nawiązałem w drugiej połowie lat 70. przez pana Juliusza Zychowicza, ze środowiska Znaku, a poznaliśmy się w naszej parafii, gdzie wykłady o historii Słowacji wygłaszała pani Zofia Bik, nie ukrywając i prześladowań tamtejszego Kościoła. Potem poznałem Słowaków - m.in. lekarza Mariana Mra`za i inżynier Marię Nechalovą, bardzo zaangażowaną w tę działalność.
- Świadomość jak dużego ryzyka towarzyszyła Wam, polskim kurierom?
- Wiedzieliśmy oczywiście, że możemy wpaść. Gdyby ktoś sprawdził zawartość naszych plecaków, byłby kłopot. Na szczęście nigdy do większej wpadki nie doszło. W znacznie trudniejszej sytuacji byli Słowacy, wówczas obywatele Czechosłowacji. Oni musieli jeszcze te książki rozwieźć do rozmaitych punktów. Zatem każda kontrola drogowa, która łączyła się z otwieraniem bagażnika samochodu, mogła się skończyć tragicznie; to wszak nie były zwykłe plecaki, a bardzo kanciaste, mocne - musiały wytrzymać co najmniej 30 kilogramów ładunku.
- Kościół w Czechosłowacji był w znacznie trudniejszej sytuacji, zatem i represje wobec tych, którzy mu wbrew prawu służyli, były surowe.
- W grudniu 1983 roku trzech młodych Słowaków wpadło z plecakami w rejonie Piwnicznej w ręce patrolu WOP. W efekcie Tomasz Konc, Bronisław Borovsky i Alojz Gabaj najpierw przesiedzieli do kwietnia za kratami w Polsce - ich rodzin w ogóle nie zawiadomiono o aresztowaniu, mówiło o tym jedynie Radio Wolna Europa - po czym przekazano ich władzom CSRS. Jednego skazano na 14 miesięcy, dwóch na rok więzienia, po czym dwaj trafili jeszcze do karnych jednostek wojskowych.
- Z Pana książki wynika, że interesowała się Wami SB.
- Już po ukazaniu się książki dowiedziałem się o porozumieniu pomiędzy IPN-em a jego słowackim odpowiednikiem oraz o istnieniu wielu grubych teczek, dowodzących, że SB szukała organizatorów tych przerzutów. Jest np. dokumentacja śledztwa, wszczętego na podstawie zdjęcia kawałka volkswagena, którym jeden z nas jeździł. Znano jedynie jego kolor, zatem w całej Polsce przesłuchiwano właścicieli takich aut.
- Z tego, co mówi w książce, w obszernej rozmowie z Panem, ks. Stanisław Ługowski, główny organizator pomocy, osoba do specjalnych kontaktów pomiędzy prymasem Polski a przedstawicielami Kościoła podziemnego na Słowacji, Polacy zaangażowani w tę pomoc mieli wiele szczęścia.
- Cały czas mieliśmy ogromne zaufanie do opatrzności Bożej, myśmy naprawdę wierzyli, że skoro niesiemy pomoc dla Kościoła, to i możemy liczyć na opiekę Nieba. Opowiem panu zdarzenie... Jest początek grudnia, idziemy z kolegami w osiem osób od schroniska w Dolinie Chochołowskiej; śnieg po kolana, poza nami nikogo, i w którymś momencie kolega Tadeusz Kołaczyk widzi podążających w naszym kierunku wopistów. Wyrwał zatem do przodu, zaczął pytać ich o pogodę, zapalił z nimi papierosa, dołączył do niego Zdzisek Ignacok, a myśmy spokojnie przeszli z plecakami do góry... I potem Zdzisek, nieżyjący już taksówkarz z Zakopanego, dołączywszy do nas, powiedział, że jak patrzył na patrol i na nas, to miał wrażenie, że to niemożliwe, by oni niczego nie zauważyli... Tak, mieliśmy poczucie opieki Bożej. Jeden z kolegów, który ze mną parokrotnie szedł w góry, zawsze powtarzał: "Załatwiłem z zakonnicami, że będą się cały dzień modlić, by nic złego się nam nie stało". Był też w naszym gronie np. Włodzimierz Cywiński, zapalony taternik, który także w książce przedstawia się jako niewierzący. On z kolei mówił: "Jeżeli mogę w jakikolwiek sposób się przyczynić, by komunistom było gorzej, to biorę w tym udział. W latach pięćdziesiątych więzili mi niewinnego ojca przez trzy lata, nienawidzę ich". I bardzo nam pomagał. Była też spora grupa studentów, którzy z początku traktowali to jako przygodę, po czym rozumieli, że to nie przygoda, a ryzykowna służba.
- Jak dużo osób było zaangażowanych w tę działalność?
- Trudno powiedzieć. Wiem, że środowisko dominikanów bardzo pomagało, trzeba to jeszcze badać. W Tarnowie np. chodził z grupą młodzieży młody wikary z tamtejszej diecezji, ks. Krzysztof Czermak... Takich grup było sporo. Wiem też, że jeden z paulinów z Jasnej Góry, który obecnie jest na Słowacji, również był zaangażowany w tę działalność. A u początków stał wspomniany już ks. Ługowski, który już w połowie lat 70. nawiązał kontakty z działającym w podziemiu biskupem Janem Chryzostomem Korcem, który miał za sobą 12-letni pobyt w więzieniu za działalność duszpasterską. Po zdławieniu praskiej wiosny zmuszony był pracować w rozmaitych cywilnych zawodach. Gdy po 1989 r. jechał po biret kardynalski do Rzymu, żartowano, że przyjechał biskup, który będzie w Watykanie naprawiał windy, bo to była jego ostatnia praca w Bratysławie. Innymi osobami ważnymi dla podziemnego Kościoła na Słowacji byli Vladimir Jukl, matematyk ze Słowackiej Akademii Nauk, który w tym charakterze bywał w Polsce, gdzie spotykał się z hierarchami Kościoła, a po wyzwoleniu okazał się tajnie wyświęconym księdzem, a także lekarz Silvester Krčméry. Ale skali zjawiska nie umiem określić. To jednak, zwłaszcza po tamtej stronie, była działalność w konspiracji. Obarczona dużym stopniem ryzyka. By je ograniczyć, od początku po obu stronach jasno było określone - nie nosimy żadnej literatury nie religijnej, a przypomnę, była już słynna Karta 77.
- W książce przytacza Pan wiele rozmaitych sytuacji związanych z tą działalnością, opisuje Pan też swoje przeżycia, co z tych lat zapadło w Pana pamięci najbardziej?
- Najważniejsze były spotkania z poznawanymi ludźmi, nieraz trwające raptem 5 minut, bo nie zawsze był czas, by w górach wypić herbatę, dłużej porozmawiać. Ale czuło się wielką życzliwość, serdeczność, poczucie wspólnoty, zaufania... Pamiętam, że w stanie wojennym, kiedy u nas nie było niczego, benzyna była na kartki - od Słowaków dostawałem nie tylko kartki na nią, ale i krupicę dla dzieci, a czasami i borovickę, co pozwalało wypić herbatkę po góralsku.
- Jak się kontaktowaliście ze Słowakami?
- Rozmaicie. Poprzez kogoś, czasami pisaliśmy kartki, oczywiście w sposób zakamuflowany.
- Pan wszedł w tę działalność pod koniec lat 70.
- Bo dopiero wówczas zaczęto drukować te książki. Podjęli się tego w ówczesnej RFN salezjanin Anton Hlinka, w Rzymie z kolei, w Instytucie Cyryla i Metodego, biskup Pavol Hnilica, do tego dołączyli jezuici w Kanadzie, i tak te książki poprzez Szczecin, gdzie magazynował je pastor Kościoła protestanckiego Henryk Zaremba, trafiały na południe Polski. Ponadto po wyborze Karola Wojtyły na papieża wielu młodych Włochów przyjeżdżało do Polski i tamtejsze ruchy kościelne też ich wykorzystywały, by brali choć po parę egzemplarzy. Część książek trafiała w postaci wysyłanych z Włoch paczek, sam takie otrzymywałem. A później trzeba było wszystko wynieść w góry. W pewnym okresie udało się zorganizować grupę ośmiu zakopiańczyków, działaczy "Solidarności", którzy szli w góry w każdą sobotę i niedzielę. To było w latach 1986-87. Wtedy na Podhale książki przywozili głównie niemieccy i holenderscy protestanci. Lokowane były w stodołach w Czarnej Górze, w Jurgowie. W sumie, jak się szacuje, na plecach przeniesiono na Słowację samych tylko książek ponad dwieście tysięcy.
- 21 X 1989 roku - z ks. Jerzy Borsem i Józefem Gąsiorem - przemierzał Pan ów "przemytniczy szlak" po raz ostatni; w listopadzie aksamitna rewolucja obaliła reżim w Czechosłowacji...
- ...i Słowacy nie musieli już chodzić w góry, by wziąć do ręki Pismo Święte, różaniec lub katechizm. Niemniej po ten ostatni transport jeszcze poszli, już w listopadzie, bo my, widząc kręcących się w pobliżu polskich pograniczników, musieliśmy schować plecaki w kosodrzewinie.
- Z jakimi uczuciami witał Pan zmiany w Czechosłowacji?
- Z oczywistą radością i uczuciem ulgi, że moje dzieci już nie będą musiały prowadzić takiej działalności. A w ostatnich latach brałem ze sobą w góry syna, by, gdy ja już nie będę miał siły, kontynuował moją misję. I oto okazało się, że można książki zawieźć zwyczajnie w bagażniku, wkrótce zresztą sami Słowacy już mogli je drukować. Pamiętam, że po trzech latach odwiedziłem ten kraj i widziałem w księgarniach książki m.in. autorstwa wtedy już kardynała Korca, i encykliki Jana Pawła II.
- Innym wątkiem Pana książki jest tajne wyświęcanie słowackich księży przez polskich hierarchów, w tym Karola Wojtyłę...
- To niejako oddzielna historia, której zamierzam poświęcić kolejną pracę, już teraz mam wiele materiału świadczącego, że nasi biskupi z kardynałem Stefanem Wyszyńskim na czele wspierali podziemny Kościół na Słowacji udzielając na własne ryzyko tajnych święceń kapłańskich. Wielu z tych hierarchów już nie żyje, dokumentacji, co oczywiste, nie ma... Ale są na Słowacji wyświęceni księża. Jednego na pewno wyświęcił późniejszy papież, co potwierdził, gdy po latach spotkali się w Watykanie. W Krakowie, jak wiem, najwięcej święceń udzielał ksiądz biskup Julian Groblicki. Ostatnio otrzymałem list od kardynała Henryka Gulbinowicza, który potwierdził, że wyświęcił tajnie przynajmniej czterech jezuitów, pamięta takie fakty też kardynał Franciszek Macharski, ale szczegóły otacza tajemnica. Wszak słowaccy klerycy, przygotowywani do święceń w działających w podziemiu zgromadzeniach zakonnych, przyjeżdżali do Polski jako turyści, po czym wracali i nadal musieli się ukrywać. Oni dla bezpieczeństwa woleli o tym nie mówić nawet rodzicom. Jeden z takich przypadków opisuję w książce... O ich kapłańskiej posłudze wiedziało tylko małe grono, dla którego odprawiali mszę św. - nierzadko w mieszkaniach. Sam w 1977 roku uczestniczyłem w takiej mszy świętej dla 12 osób, w miejscowości Žiar nad Hronom, a odprawiał ją zaprzyjaźniony ksiądz Martin Čabak pracujący jako robotnik w tamtejszej hucie aluminium.
- Swą książkę zatytułował Pan "Doświadczenie i dar"...
- Swą działalność zawsze traktowałem w kategoriach służby, powinności - jako osoba wierząca winienem nieść pomoc, gdy mój Kościół jest w potrzebie. Doświadczaliśmy prześladowania Kościoła i ogromnej przyjaźni od Słowaków, a w zamian otrzymywaliśmy świadectwo wiary prześladowanych chrześcijan. Tytuł pochodzi od księdza Ługowskiego, który zawsze podkreślał, że owo świadectwo wiary było elementem umacniającym jego młode kapłaństwo. Wiedzieliśmy też, jak to jest ważne dla naszych współbraci. Ksiądz Jerzy Bors, z którym niejednokrotnie chodziliśmy z plecakami przemytniczym szlakiem, opowiadał mi, jak kiedyś na Słowacji pokazano mu książkę - jakże już zniszczoną, bo w ciągu roku skorzystało z niej ponad 50 osób. A jak bardzo potrzebne były katechizmy dla dzieci - oj, jakie one były ciężkie, podobnie jak drukowana w Jugosławii kolorowa Biblia dla dzieci, wszystko na kredowym papierze... Kiedyś dotarł sygnał, że dzieciom słowackim brakuje obrazków pierwszokomunijnych. W Krakowie, u ojców jezuitów, wydrukowano ich 25 tysięcy, ale nie takich dużych, jakie my znamy, a malutkich, by można je było schować w książeczce do nabożeństwa.
- Swą książką pokazał Pan nieznane dzieje w kontaktach obu Kościołów...
- I też moim celem było uratować od zapomnienia ten epizod wspólnej historii; Bogu dzięki - udało się. I jeszcze wyciągnąłem na światło dzienne film Macieja Szumowskiego, który w TVP3 powstał w 1990 roku, tuż po błękitnej rewolucji, a opowiada o prześladowaniu Kościoła w tej części Europy. Miałem świadomość, że to fakty nieznane polskiemu społeczeństwu. Zresztą i na Słowacji ich świadomość nie jest powszechna, zatem cieszę się, że kardynał Korec obiecał, że da pieniądze, by praca ta ukazała się także po słowacku. Niech i Słowacy poznają fragment swej najnowszej historii, dla nich dostępny jedynie z osobistych doświadczeń. Znam na przykład rodzinę z Dolnego Kubina. Ona jako nauczycielka nie mogła chodzić do kościoła, jej dzieci nie mogły oficjalnie chodzić na religię, niemniej wychowywano je w duchu religijnym. Najmłodszy syn w 1986 roku był bierzmowany ponad 100 km od domu, z kolei najstarszy, już dorosły, dopiero gdy reżim upadł, przyznał się rodzicom, że do swego pokoju zapraszał w przeszłości kolegów i księdza, który odprawiał dla nich mszę. Rodziców o tym nie informował, by nie chciał ich narażać. I to są fakty - na szczęście z minionej już przeszłości - które kazały mi przez te kilkanaście lat chodzić przemytniczym szlakiem.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie