Zamordowani nie składają pozwów

Redakcja
Czy można dziwić się Niemcom, że nie pamiętają o polskich ofiarach, skoro Polacy im tego nie przypominają?

BOGDAN WASZTYL

BOGDAN WASZTYL

Czy można dziwić się Niemcom, że nie pamiętają o polskich ofiarach, skoro Polacy im tego nie przypominają?

   Niemiecki cmentarz wojenny w Nadolicach Wielkich pod Wrocławiem. Równo przystrzyżony trawnik, alejki z kamiennej kostki, rzędy granitowych krzyży i tablic z wyrytymi tysiącami nazwisk poległych żołnierzy Wehrmachtu. Obok znajduje się Park Pokoju, na który składają się drzewka posadzone przez fundatorów (za drzewko trzeba było zapłacić 500 marek). Ludowy Niemiecki Związek Opieki nad Grobami Wojennymi na dużej tablicy zawieszonej w bramie cmentarza informuje przybywających: W obu wojnach światowych na terenie Polski poległo około 850 tysięcy żołnierzy niemieckich. Również w Polsce można zapewnić poległym godne miejsce ostatniego spoczynku.
   Nie wszystkim. Kilka kilometrów dalej, w niewielkim lesie, znajduje się zapomniany i rozsypujący się ze starości siermiężny pomnik poświęcony kilkuset ofiarom filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Zamordowani więźniowie nie mają nazwisk, ich oprawcy - owszem. Część z nich spoczywa na nadolickim cmentarzu. Można tam też odnaleźć nazwisko członka załogi KL Auschwitz, Ericha Seega.
   Oprawcy jako ofiary wojny? W Polsce? Tym bardziej to dziwne, że Ludowy Związek Opieki nad Grobami Wojennymi współpracuje z Ministerstwem Kultury (w 2001 roku Andrzej Celiński jako SLD-owski minister kultury wykreślił z nazwy resortu słowa "i dziedzictwa narodowego" oraz zlikwidował Instytut Dziedzictwa Narodowego - BW), a wszelkie napisy i symbole powinny być konsultowane z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, tą samą, która nie zgodziła się (podobno z powodów artystycznych), by w warszawskim Murze Pamięci prócz nazwisk i pseudonimów poległych powstańców warszawskich pojawił się ich wiek, co miało uzmysłowić młodym zwiedzającym, że polegli byli ich rówieśnikami. Czyżby nie były konsultowane?
   - Mnie to wcale nie dziwi - mówi Józef Stós, krakowski architekt, były więzień KL Auschwitz nr 752, z pierwszego transportu do obozu. - 30 lat temu byłem w USA i po raz pierwszy usłyszałem, że my, Polacy, odpowiadamy za Holocaust. Kiedy podwinąłem rękaw i pokazałem numer obozowy, padło stwierdzenie, że my byliśmy w obozach tylko po to, by obsługiwać Holocaust.
   Od tamtego dnia Stós z uwagą śledzi wszelkie antypolskie kampanie, które przewalają się przez zachodnie media i w których używa się pojęć: "Polacy to naród nazistowski", "Polacy tworzyli obozy koncentracyjne", "Polacy są winni zbrodni Holocaustu", "Polacy byli i są gorsi od hitlerowców", "Polacy to najgorsi antysemici na świecie"... Jest przekonany, że świat może w te kłamstwa uwierzyć, jeśli polskie władze, jak dotychczas, nie będą ich zdecydowanie zwalczać.
   - Przez kilkadziesiąt lat świat wierzył w kłamstwo katyńskie - przekonuje Józef Stós.

Fala oszczerstw

   Od wielu lat można na Zachodzie usłyszeć lub przeczytać o "polskich obozach koncentracyjnych" lub "polskich obozach śmierci". Podobne określenia pojawiają się nawet w publikacjach Centrum Wiesenthala zajmującego się profesjonalnie Holocaustem. Przed kilkoma laty Centrum Wiesenthala zasłynęło zrównaniem Armii Krajowej z faszystami, a w tym roku postanowiło płacić za informacje o Polakach, którzy w czasie wojny kolaborowali z Niemcami lub brali udział w pogromach Żydów (10 tys. euro za skuteczny donos). Polska została wpisana do projektu, który obejmuje kraje nadbałtyckie i te kraje Europy Wschodniej, które współdziałały z Hitlerem (w projekcie tym skwapliwie pominięto Francję - Vichy, gdzie oficjalne władze kraju, kolaborując z Niemcami, wydawały im Żydów na śmierć - BW).
   Skąd taka niewdzięczność w stosunku do narodu, który dostał najwięcej odznaczeń Yad Vashem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata?
   W angielskim podręczniku szkolnym "Świat w XX wieku" podaje się: ...Hitler realizując swój plan zagłady Żydów nie był odosobniony... było wielu, którzy mu w tym pomagali. Należą do nich Polacy, Ukraińcy i ci Francuzi, którzy pracowali dla nazistów... Uniwersytet Tulane w Nowym Orleanie (USA) na swojej stronie internetowej przedstawia wizerunek AK jako zbrodniczej organizacji i pisze o negatywnej roli Kościoła katolickiego i Polaków w II wojnie światowej. Polski Żyd L. Scher z Częstochowy uważa ich nawet za gorszych od hitlerowców.
   Tylko w 2000 roku o "polskich obozach śmierci" pisały najbardziej wpływowe gazety: "The Australian", "Wall Street Journal" (dwukrotnie), "The Observer Magazine", "Le Soir Ilustre", "Le Soir", "New York Times". W kwietniu bieżącego roku w kanadyjskiej telewizji CTV pojawiła się opinia, że obozy koncentracyjne zbudowali Polacy i wymordowali w nich miliony Żydów. W Niemczech ukazała się gra komputerowa "Codename: Panzers", w której stwierdza się, że to Polacy rozpoczęli drugą wojnę światową, atakując Niemców. Radny Goerlitz rozklejał w Polsce antypolskie plakaty. Przywódca angielskiej partii konserwatywnej powiedział publicznie, że jego babka zginęła w "polskim obozie koncentracyjnym".
   "Detroit News" opublikował artykuł o Iwanie Demianiuku, hitlerowskim oprawcy z obozu w Treblince, przy czym Treblinkę nazwano "polskim obozem zagłady". "Washington Post" zdjęcia z Auschwitz podpisał "polski obóz Auschwitz-Birkenau", a tygodnik "Time" określił inny niemiecki obóz koncentracyjny "polskim obozem pracy". Izraelski wpływowy dziennik "Jediot Achronot" opublikował listy ministra sprawiedliwości tego państwa, jak i jego syna, oskarżające Polaków o współudział w Holocauście, nie wspominając o Niemcach, którzy go zgotowali.
   Paulina Migalska napisała na bostońskim uniwersytecie (USA) pracę magisterską o "polskich obozach koncentracyjnych", która jest krytyczną analizą tego pojęcia powtarzającego się w amerykańskich mediach. Tylko w dwóch gazetach - "The Washington Post" i "The Boston Globe" - 21 razy użyto określenia "polskie obozy koncentracyjne". Migalska wysłała listy do autorów z zapytaniem, dlaczego użyli takiego określenia. Odpowiedziały tylko trzy osoby, twierdząc, że każdy rozsądny czytelnik wie, o co chodzi, a z kontekstu wynikało, że nie były to polskie, lecz nazistowskie obozy.
   Trudno jednak wierzyć w niedoinformowanie autorów podobnych pomyłek, o czym może świadczyć choćby zaciekły opór przed sprostowaniem nieprawdziwych informacji właściciela stacji CTV (potrzeba było na to kilku miesięcy, setek protestów, odwołania się do kanadyjskiego odpowiednika Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zagrożenia pozwem sądowym). Nie sposób uwierzyć w niedoinformowanie Elie Wiesela, który w swojej książce "From the Kingdom of Memory" w ogóle nie wymienia Polski wśród krajów, które walczyły z Niemcami, Simone Weil, która radziła Polakom, by interpretacji historii uczyli się od Niemców, kanclerza czy prezydenta Niemiec.

Milczenie nie jest złotem

   Polacy nie potrafią walczyć o honor swoich współziomków, co rozzuchwala oszczerców i sprawia, że kłamstwa często pozostają bezkarne. Przez wiele lat obrona polskiego honoru spoczywała na barkach organizacji polonijnych, bo polskie władze i instytucje nie paliły się do prostowania nieprawdziwych treści.
   Wojciech Właźliński z Chicago opisuje wielomiesięczne zabiegi, by Centrum Wiesenthala zaprzestało używania określenia "polskie obozy koncentracyjne": - Najpierw mnie poinformowano, że list trafi do odpowiednich osób, a samo określenie ma znaczenie tylko geograficzne. Potem zmieniono je na "nazistowskie obozy w Polsce", jednak w innym miejscu wciąż używano określenia "polskie obozy śmierci". Dalsza korespondencja nie odniosła skutku. Centrum dodało tekst wyjaśniający, że obozy były wybudowane przez nazistowskie władze okupacyjne w Polsce, jednak postanowiło w dalszym ciągu posługiwać się terminem "Polish death camps". To bardzo osobliwe podejście.
   Godzące w Polaków terminy zniknęły z publikacji Centrum Wiesenthala dopiero po zdecydowanej interwencji Instytutu Pamięci Narodowej.
   Dziś problem z wyegzekwowaniem zwykłego sprostowania mają nawet polskie służby dyplomatyczne. Być może jest to efektem wieloletniego milczenia?
   - Mówienie o "polskich obozach koncentracyjnych" to forma zaprzeczania zbrodniom III Rzeszy, czyli tzw. kłamstwo oświęcimskie - uważa prezes Instytutu Pamięci Narodowej Leon Kieres. - W ten sposób przeczy się historii, bo za zbrodnie ludobójstwa w II wojnie światowej odpowiada III Rzesza, a nie Polska.
   Prof. Witold Kulesza, szef pionu śledczego IPN, uważa, że jest to kłamstwo oświęcimskie, czyli przestępstwo ścigane w wielu krajach. - Ponadto mamy tu do czynienia z przestępstwem znieważania narodu polskiego i znieważania pamięci ofiar nazistowskich zbrodni - dodaje. Czy ktoś jednak słyszał, by autorzy podobnych oszczerstw ponieśli odpowiedzialność karną?
   Jan Mokrzycki, prezes Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, uważa, że powtarzające się co jakiś czas oszczerstwa pod adresem Polski i Polaków są między innymi wynikiem małej aktywności polskiej dyplomacji oraz braku prężnej organizacji, która zajmowałaby się obroną polskiego honoru. - Na świecie działa kilkadziesiąt takich organizacji i są one bardzo skuteczne - mówi.
   Największa i najbardziej prężna z nich jest żydowska Liga przeciw Zniesławieniu, która działa od prawie 90 lat. Liga monitoruje gazety, audycje radiowe i telewizyjne, filmy, a nawet dzieła sztuki, tropiąc godzące w dobre imię Żydów określenia, po czym domaga się ich bezwzględnego wycofania. Aktywność ligi doprowadziła do tego, że tylko w sporadycznych przypadkach musi odwoływać się do sądu - najczęściej wystarczają ogłoszenia prasowe, kampanie wysyłania listów czy SMS-ów, zagrożenie bojkotem. Pracownicy ligi uchodzą za ekspertów w kwestiach związanych z Holocaustem i często są najważniejszymi konsultantami mediów.
   Nie do pomyślenia jest, by właściciel stacji CTV potraktował protest ligi tak obcesowo, jak uczynił to z protestem polskiej ambasady i licznych organizacji polonijnych, odmawiając publikacji sprostowania, gdyż nie widział niczego niewłaściwego w używaniu terminu "polskie obozy koncentracyjne". Zdanie zmienił dopiero po zdecydowanej interwencji Włodzimierza Cimoszewicza, ministra spraw zagranicznych, i publikacji jego listu w dzienniku "The National Post".
   Kto więc w Polsce zajmuje się tropieniem i zwalczaniem szkodzących wizerunkowi Polski i Polaków treści? Aktywna, lecz mało skuteczna Polonia oraz służby dyplomatyczne (w ostatnich miesiącach interweniowali ambasadorzy RP w Australii, USA, Kanadzie i Izraelu). Mogłoby się tym zajmować Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, ale czyni to tylko sporadycznie. Wykorzystując obecność wpływowych Niemców w swej radzie mogłaby to robić Fundacja na rzecz Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, ale tego nie robi (szef działu programowego tej instytucji wystąpił nawet w Niemczech z referatem, w którym użył stwierdzenia, że Polacy też mordowali Żydów).
   Na pewno powinna zdecydowanie interweniować Międzynarodowa Rada Oświęcimska, w skład której wchodzi wielu wpływowych Żydów, jednak przez lata nie słyszałem o żadnym stanowisku tej instytucji w sprawie pojawiających się na Zachodzie określeń "polskie obozy koncentracyjne". Nie zajmują się tym również Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ani Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.
   W miarę swych możliwości z kłamstwem oświęcimskim stara się walczyć IPN. To dzięki jego interwencji Centrum Wiesenthala sprostowało kontrowersyjne treści (pozostając przy określeniu "nazistowskie obozy zagłady w Polsce", choć za oceanem mało kto wie, że naziści to Niemcy, a nie Polacy) i przeprosiło za ich używanie, a w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie pojawił się hitlerowski plakat o karze śmierci dla Polaków za pomoc Żydom. - Sami musimy dbać o nasze dobre imię i natychmiast reagować w przypadku fałszowania historii - podkreśla Leon Kieres, prezes IPN.

Dobrzy Niemcy, źli naziści

   Ewa Nasalska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego przeprowadziła analizę ponad 30 niemieckich podręczników do nauki historii i doszła do wniosku, że przez wiele lat (w NRD i RFN) Niemców przedstawiano przede wszystkim jako ofiary, nie zaś jako sprawców zbrodni popełnionych podczas drugiej wojny światowej. Lansowano też tezy o oszukanym narodzie niemieckim i o tym, że zwykli Niemcy nic nie wiedzieli o dokonywanych zbrodniach.
   W ostatnich latach (po zjednoczeniu Niemiec) w nauczaniu historii zaszły pewne zmiany, jednak wciąż odpowiedzialnością obarczani są prawie wyłącznie nazistowscy przywódcy. Nasalska zauważa jednak inną charakterystyczną tendencję - do ograniczania kręgu ofiar obozów koncentracyjnych. Wśród nich nie wymienia się więźniów narodowości polskiej. W przeciwieństwie do mordowania Żydów i Romów za drutami kolczastymi obozów koncentracyjnych, głód i śmierć robotników przymusowych trudna była do przeoczenia w społeczeństwie niemieckim - czytamy w podręczniku "Geschichte und Geschehen" a w podręczniku "Anno" Polacy jako ofiary zbrodni pojawiają się jedynie w zadaniu domowym: Sformułujcie list dawnego sowieckiego lub polskiego robotnika przymusowego, który żąda od niemieckiej firmy finansowego odszkodowania za dawną pracę przymusową.
   Socjolog Zdzisław Krasnodębski, profesor Uniwersytetu w Bremie, w tekście "Polskie milczenie" na łamach "Rzeczpospolitej" zauważa, że Niemcy zapomnieli o zbrodniach popełnionych wobec Polaków: Ubolewając nad zniszczoną różnorodnością Europy Środkowej, mówi się jednym tchem: "Żydzi zostali zabici, Niemcy wypędzeni". Te dwie kategorie ofiar wyraźnie wybijają się na plan pierwszy, reszta zaczyna tonąć w anonimowości (wspomina się jeszcze Romów i homoseksualistów). (...) Tak i dzisiaj wszyscy są ofiarami - zbombardowano i Drezno, i Warszawę, i wszyscy są sprawcami - jedni mordowali w Auschwitz, inni w Jedwabnem, a jeszcze inni w Brnie (...). Niestety, Polacy milczą.
   Czy więc można dziwić się Niemcom, że nie pamiętają o polskich ofiarach, skoro Polacy im tego nie przypominają, skoro w polskim podręczniku do nauki historii pod redakcją prof. Andrzeja Garlickiego nie wymienia się Polaków nawet w bilansie ofiar KL Auschwitz, mimo że stanowili drugą po Żydach grupę ofiar tego obozu?
   W styczniu 2000 roku podczas międzynarodowej konferencji w Sztokholmie kanclerz Niemiec Gerhard Schröder w swym długim wystąpieniu o Auschwitz wymieniając ofiary tego obozu - Żydów, Cyganów, świadków Jehowy, niepełnosprawnych i homoseksualistów - nie wspomniał ani słowem o Polakach. Mimo obecności na tej konferencji prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, Władysława Bartoszewskiego, przewodniczącego Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej i przedstawicieli Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, nikt oficjalnie nie upomniał się o pamięć o Polakach. W maju 2004 roku Johannes Rau, prezydent Niemiec, również zapomniał o Polakach jako ofiarach KL Auschwitz. O pamięć o nich upomniało się jedynie Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich. Przed czterema laty kanclerz natychmiast przesłał na adres ChSRO stosowne wyjaśnienia. Kancelaria prezydenta Niemiec już nie odpowiedziała.
   - Protestujemy, gdyż uważamy, że nie można zapominać o żadnej z ofiar Auschwitz - mówi Grzegorz Rosengarten, prezes stowarzyszenia. - Nie możemy się też zgodzić, by fałszowano historię.

Przywrócić pamięć

   Mirosław Ganobis doprowadził kiedyś do spotkania młodzieży oświęcimskiej, działającej w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Izraelskiej, z rówieśnikami z Izraela. Omal nie doszło do bójki, gdy Żydzi zaczęli zarzucać Polakom, że ich rodzice żyli sobie tutaj spokojnie i patrzyli na Holocaust. - Nie potrafiliśmy im wyjaśnić, że tak nie było - mówi Ganobis. - Nie mogliśmy ich zaprowadzić do żadnej placówki, bo nikt nie udokumentował prawdy o tamtych dniach.
   We wrześniu polska frakcja Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów wystąpiła z inicjatywą deklaracji w sprawie II wojny światowej. - Tą deklaracją wyrażamy troskę o prawdę historyczną, która bywa fałszowana. Chodzi tu o używanie określenia "polskie obozy koncentracyjne", podczas gdy pomysłodawcami, organizatorami i wykonawcami Holocaustu na terenie Polski byli Niemcy, a Polacy, razem z przedstawicielami innych narodów, w tych obozach ginęli - wyjaśniał Janusz Wojciechowski, prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego.
   W tych samych dniach Stanisława Gąskowa, była więźniarka KL Auschwitz nr 7556, w imieniu ChSRO zaapelowała do prezydenta Oświęcimia, by ten zwrócił się do rządu o utworzenie na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau stałej ekspozycji poświęconej losom mieszkańców ziemi oświęcimskiej w czasie okupacji hitlerowskiej. - Ponad połowa odwiedzających muzeum przybywa z krajów, gdzie mówi się o polskich obozach koncentracyjnych - tłumaczy Stanisława Gąskowa. - Tu, na miejscu, powinni się oni dowiadywać o męczeństwie i bohaterskiej postawie Polaków.
   Mimo że apel byłej więźniarki poparli jednogłośnie radni miejscy i powiatowi, premier nań nie odpowiedział. Czy apel ów podzieli los apelu o ustanowienie 14 czerwca (dzień deportacji do KL Auschwitz pierwszego transportu polskich więźniów) dniem pamięci o polskich ofiarach hitlerowskich obozów koncentracyjnych, który byli więźniowie co roku od czterech lat bezskutecznie ponawiają do prezydenta Kwaśniewskiego?
BOGDAN WASZTYL

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie