reklama

Zanurzona w rynsztoku

RedakcjaZaktualizowano 
Nawet jeśli powstałaby ustawa zakazująca używania wulgaryzmów w miejscach publicznych, to kto wymierzyłby mandat? - Przecież nie policjant, który klnie tak samo jak ten, kto miałby być ukarany.

MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ

MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ

Nawet jeśli powstałaby ustawa zakazująca używania wulgaryzmów

w miejscach publicznych, to kto wymierzyłby mandat? - Przecież nie policjant,

który klnie tak samo jak ten, kto miałby być ukarany.

   Wulgaryzacja języka polskiego zatacza coraz szersze kręgi. Tak zwane brzydkie wyrazy rozpleniły się na szkolnych i uczelnianych korytarzach, znalazły miejsce w polityce, za ich pośrednictwem filmowcy charakteryzują środowiska marginesu, a literaci i poeci przekazują swoje widzenie świata.
   -Na to, że coraz częściej brzyd-
ko się wyrażamy, zwracają uwagę nie tylko językoznawcy, ale również zwykli ludzie, którzy się po prostu językiem posługują, a nie patrzą na niego z punktu widzenia zawodowego - mówi prof. dr hab. Bogusław Dunaj z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przewodniczący krakowskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego.
   Pojawiają się nowe, niecenzuralne słowa, których przedtem nie było. Jest wśród nich przymiotnik - "zaj...". Zrobił zawrotną karierę jako synonim wszystkiego. Nikogo nie dziwi, że taka jest i pogoda, i książka, i dziewczyna, i spódnica, i sztuka teatralna.
   Za to nawet uczeń szkoły podstawowej dostałby kolki ze śmiechu, gdyby usłyszał słowa piosenki Krzysztofa Klenczona, w której to: - bosman zaklął szpetnie: "tam, do czorta". Zwłaszcza że niemal każdy z tych młodych ludzi zetknął się z twórczością estradową: Kazika, Pawła Kukiza czy Kuby Sienkiewicza, w których trafiają się znacznie mocniejsze słowa. Ten ostatni na przykład jedną z piosenek zatytułował: "Wszystko ch..." i nie omieszkał rozszyfrować tego skrótu w tekście swojego utworu.
   Jednak w przypadku wymienionych artystów ważniejsza niż wulgarność niektórych prezentowanych utworów okazała się ich klasa muzyczna, którą mimo wszystko prezentują, więc wiele zostało im darowane.
   Granice tolerancji dla wulgarności przekroczył natomiast znany w niektórych kręgach słuchaczy Liroy, zwany "Scyzorykiem z Kielc", który zwracając się ze sceny do ojców, opisywał za pomocą obscenicznych tekstów piosenek, co zrobi ich córkom. Jeszcze dalej posunęli się raperzy bodaj z grupy "Nagły atak spawacza", którzy uznali obietnice Liroya jedynie za chwyt komercyjny, więc napisali utwór "Antyliroy", w którym wyśpiewali, ze wszystkimi wulgarnymi szczegółami, co myślą o Scyzoryku.

\\\*

   Od ulicznego standardu wulgaryzacji nie odbiegają czasami w swych utworach także uznani pisarze, jak np. Waldemar Łysiak, używając w "Dobrym" m.in. czasownika: "wku...", czy też Roman Bratny, który w "Roku w trumnie" umieścił na przykład takie zdanie: A o ludzi pozamykanych z nieprzytomnymi wyrokami... żaden k... się nie upomni.
   Ale i tak bardziej wyrafinowane pod względem literackim przykłady niż te z "Dobrego" i "Roku...", które znaleźć można w "Słowniku polskich przekleństw i wulgaryzmów" Macieja Grochowskiego, wywodzą się z literatury zagranicznej, na przykład z "Ptaśka" Williama Whartona, "Paragrafu 22" Josepha Hellera czy ze "Świata według Garpa" Johna Irvinga.
   Także Tomek Tryzna, skądinąd autor "Panny Nikt", którą komplementował nawet noblista Czesław Miłosz, a sfilmował Andrzej Wajda, ma też na swoim koncie (wspólnie z Ryszardem Janikowskim) "Syloe Kinomisterium". Zagęszczenie słów wulgarnych jest tam tak wielkie, że książka nie byłaby bez szans, gdyby zgłosić ją do Księgi rekordów Guinnessa.
   Za równie skandalizującą autorkę, jeśli chodzi o wykorzystywanie brzydkich słów jako artystycznego środka wyrazu, uważana jest Manuela Gretkowska, autorka m.in. "Światowidza". Dla niektórych grup poetyckich zaś wulgaryzmy stały się z czasem po prostu sztandarem, pod którym występują. Nawet najbardziej liberalnych odbiorców bulwersował, a może nawet napawał niesmakiem język "bruLionu" i wywodzącej się z Gdańska grupy poetyckiej "Zlali mi się do środka".
   Zdaniem profesora Dunaja, natłok wulgaryzmów w tzw. dziedzinach kulturalnych spowodowany jest między innymi tym, że twórcy próbują czy to realistycznie oddawać w nich rzeczywistość, czy to za pośrednictwem języka kreować świat pewnych kręgów społecznych, przesycony takim słownictwem.
   Duże zasługi w popularyzowaniu wulgaryzmów mają filmowcy, chociażby z tego powodu, że zasięg rażenia filmów jest bez porównania większy niż literatury, po którą w Polsce sięga się coraz rzadziej.
   Jeszcze parę lat temu słynne "k... mać", będące w "Seksmisji" Juliusza Machulskiego tajnym zaklęciem uruchamiającym windę, wywoływało - przynajmniej u niektórych widzów - rumieniec zakłopotania, a dzisiaj brzmi niemal swojsko. Zwłaszcza że parę lat później pokazano nam "Psy" Władysława Pasikowskiego, w których roi się od przekleństw wszelkiego autoramentu, a wypowiedziane przez Bogusława Lindę słowa: "Co ty, k..., wiesz o zabijaniu" - wchłonął jak swoje język młodzieżowych subkultur.
   Filmowcy tłumaczą, że ich produkcje odzwierciedlają tylko brutalną rzeczywistość, a nawet najordynarniejsze przekleństwa stanowią środek artystycznego wyrazu. Należy zatem mniemać, że gdyby powstał film o Kazimierzu Kutzu czy nieżyjącym już Kazimierzu Dejmku, i pewnie jeszcze paru innych wybitnych postaciach polskiej kultury, ekranowa prawda o nich roiłaby się od przekleństw, którymi sypali lub sypią jak z rogu obfitości na planie reżyserowanych przez siebie filmów czy sztuk teatralnych.
   Nie można także umniejszać znaczącej roli, jaką w popularyzacji brzydkich wyrazów odegrała i odgrywa telewizja - mimo że czasami chce uchodzić za medium "dobrze wychowane i kulturalne". To dlatego podczas programów rozrywkowych nie pozwala się opowiedzieć na wizji np. góralskiego kawału z ostrą puentą czy też zagłusza się mocne słowa bohaterów reportaży. Tyle tylko, że zaraz potem pokazuje się filmy nasycone przekleństwami. Jednak ani filmowcy, ani reżyserzy, ani literaci, posługujący się w swej sztuce, a także w życiu prywatnym wulgaryzmami, nie myślą o sobie jako o kimś niekulturalnym czy wręcz chamskim.

\\\*

   Tymczasem za pośrednictwem mediów wszechobecna tam wulgaryzacja języka przeniknęła do wielu tzw. porządnych domów. Dawniej, wychowując dzieci, strofowało się je: nie mów brzydko, to niekulturalne, nikt się nie będzie z tobą zadawał. Teraz brzydkie wyrazy spowszedniały, przestały być postrzegane jako coś nagannego, a dzięki środkom masowego przekazu zyskały nawet pewną nobilitację. Dlatego jak na dziwaków patrzy się nie na tych, którzy klną, ale na tych, których wulgarność razi.
   - Zjawisko wulgaryzacji języka wiąże się także z brutalizacją życia. Język wulgarny jest przecież językiem brutalnym - podkreśla profesor Dunaj. - Trzeba też pamiętać, że wulgaryzmy pojawiające się w poezji czy w prozie to tylko odpryski tej brutalności. W ostatnich latach w szkołach przeprowadzano badania i zaobserwowano intensyfikację używania coraz mocniejszych przekleństw. Podkreślano ten fakt również na Forum Kultury Słowa, a wcześniej w "Polszczyźnie 2000", w tomie sumującym polszczyznę końca XX wieku. Słowa typu: "k...", "pie... się" - są coraz mniej ekspresywne. A dla młodzieży pewne ich formy przestają być wulgarne, bo są zbyt powszechne. Używa się ich jako wyrazów niemal neutralnych w swej wymowie. Stąd obserwujemy zjawisko, którego przedtem nie było - mówi profesor Dunaj.
   - Oto na równi z chłopakami klną dziewczyny. Nie tak dawno, tu, na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Instytucie Polonistyki, słyszałem przypadkiem rozmowę dwóch studentek. Słowo: "poje... się" używane było bez żenady, niemal jak przerywnik. Parę lat temu nie do pomyślenia było, żeby tak wyrażały się studentki. Dzisiaj przesunęły się granice tego, co wypada, a co nie. Bez względu na płeć, używa się słów z rynsztoka w każdej możliwej formie i w znacznie większym zakresie.

\\\*

   Czy zatem nad tym procesem postępującej wulgaryzacji życia można zapanować? Czy można przewidzieć granicę, której cywilizowane społeczeństwo nie przekroczy?
   Wszak dzieci słuchając wulgaryzmów w domu, w szkole, czytając książki upstrzone takimi słowami, oglądając filmy - przyjmą brzydkie wyrazy za swoje i przekażą następnemu pokoleniu, a to jeszcze następnemu. Przecież brutalne filmy trafiają do wypożyczalni wideo czy do programu telewizyjnego, a młody człowiek XXI wieku wychowany "na telewizji" i w dużej mierze "przez telewizję" widząc na ekranie przeklinających idoli - będzie się z nimi identyfikował i usprawiedliwiał, chociażby podświadomie, taki styl bycia. Nie będzie miał innych wzorów, więc nie przyjdzie mu nawet do głowy, że zachwyt można wyrazić inaczej niż za pomocą wulgarnego słowa. Nie czytał wszak "Pana Tadeusza", nie słyszał o Elizie Orzeszkowej czy Wisławie Szymborskiej. A jeśli nawet słyszał, to dla niego lansowane przez tych twórców kultury wzory są marginesem życia, a nie jego treścią. Są czymś obcym, niezrozumiałym, co omija z daleka.
   Już teraz w tramwaju, na ulicy spotyka się grupy młodych ludzi, nie tylko z tzw. marginesu społecznego, ale i wykształconych, pochodzących z dobrych domów, którzy posługują się wulgaryzmami bez żadnych oporów. Można odnieść wrażenie, że nawet nie bardzo zdają sobie sprawę z tego, co mówią i co dane słowo znaczy.
   - Moim zdaniem młodzież zdaje sobie sprawę ze stopnia wulgarności słów, chociaż trzeba przyznać, że nader częste używanie niektórych wulgaryzmów powoduje, iż tracą one w niektórych sytuacjach swoje silne nacechowanie - twierdzi profesor Dunaj. - A łagodniejsze wulgaryzmy typu: "co ty piep..." stają się zupełnie neutralne, nikomu nie przychodzi nawet do głowy, żeby wzdragać się przed ich użyciem.

\\\*

   Przekleństwa opanowały także Internet. Wypowiedzi internautów aż roją się od słów prosto z rynsztoka, bez względu na to, czy piszą o miłości, Bogu albo fizyce kwantowej. Wulgaryzmy, które w jakiś sposób zostały nobilitowane przez literaturę i szeroko rozumianą sztukę, przeniknęły również do języka oficjalnego. Jakiś czas temu, aby obrzydzić palaczom tytoń, wydrukowano plakaty, na których napisano, że "papierosy są do d...".
   Aktorzy, politycy, dziennikarze i inne osoby publiczne bez skrupułów używają słów takich, jak: "suk...", "k...", "piep... bez sensu". Ten ostatni zwrot przyjął się też wśród członków polskiego parlamentu, którzy pewnie nawet nie zauważyli nagannego nacechowania tego wyrażenia. Ostatnio prasa podchwyciła określenie sprzedane jej przez posłankę Samoobrony Renatę Beger, która przyznała, że miewa w oczach "kurwiki", posłance Anicie Błochowiak z SLD wypsnęło się określenie "pedały" w homoseksualnym kontekście, a nie tak dawno gazety na pierwszych stronach pisały o tym, jak to marszałek Sejmu Józef Zych rzucił "k..." na sali sejmowej.
   Jednak już parę lat temu o języku, którym posługują się politycy i parlamentarzyści, można się było dowiedzieć z "Erotycznych immunitetów" Anastazji P. Prawie nikt nie czuł się też urażony sformułowaniem, którego użył Jarosław Kaczyński, publicznie oświadczając, że najsilniejszym ugrupowaniem w AWS jest TKM ("Teraz k... my"). Natomiast tzw. Biała Księga sprawy premiera Józefa Oleksego jest dowodem na to, że oficerowie kontrwywiadu przeklinają co najmniej tak soczyście, jak to robili aktorzy w serialu "Ekstradycja".
   Zdaniem profesora Dunaja, ludzie tracą rozeznanie, co i kiedy wypada powiedzieć. Dotyczy to także polityków. Na przykład erotyczne aluzje premiera Leszka Millera, że: "Mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy" - sprawiły, że polityka zeszła do poziomu wcześniej nie spotykanej frywolności i wulgarności. Także i to, że "nerwy puściły" identyfikującemu się z prawicą Markowi Rymkiewiczowi po wybraniu Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta (1995 r.) też ma swoją wymowę. Otóż ceniony eseista i poeta stwierdził wówczas, że postkomunistyczny elektorat Kwaśniewskiego zasługuje na potraktowanie słowami, które nie mieściły się w pisanej wersji pieśni "My I brygada", czyli: "Jebał was pies".

\\\*

   Czy warto zatem szukać sposobu, by proces wulgaryzacji zatrzymać? - Język jest odbiciem kultury społeczeństwa - mówi profesor Dunaj. - Jeśli ona się poprawi, zmieni się też język. Człowiek kulturalny zazwyczaj unika pewnych form. Ewentualne restrykcje są tylko środkiem doraźnym. Nawet jeśli powstałaby ustawa zakazująca używania wulgaryzmów w miejscach publicznych, to kto wymierzyłby mandat i dał upomnienie? - Przecież nie policjant, który klnie tak samo jak ten, kto miałby być ukarany.
   Wulgaryzmy występują w każdym języku. Kwestią jest tylko zakres ich używania. Dotąd był on wąski, chociaż zdarzało się zakląć nawet ludziom kulturalnym. "Cholera jasna" - w sytuacji, gdy zamiast w gwóźdź, uderzamy młotkiem w palec, wydaje się do zaakceptowania. Natomiast szerzenie pewnych wzorców kulturalnych może być tym, co spowoduje, że wulgarność przestanie być polskim wyróżnikiem, bo w tej materii bijemy wszelkie rekordy w Europie.
   Potwierdził to w jednym z wywiadów profesor Jan Miodek, przytaczając przykład, kiedy to sprzedający w centrum Paryża pieczone kasztany Murzyn, słysząc polski język, z uśmiechem powitał przybyszów z naszego kraju: "Pologne, k...". To był dla niego - zdaniem profesora Miodka - znak rozpoznawczy Polski.

\\\*

   Brzydkie wyrazy zostały również zauważone przez językoznawców. Dwanaście lat temu w suplemencie do "Słownika Języka Polskiego" po raz pierwszy umieszczono ponad trzydzieści haseł uznanych za wulgarne. Trzy lata później PWN wydał "Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów" Macieja Grochowskiego, który wyodrębnił wulgaryzmy bardzo ciężkie, średnie i lżejszego kalibru. A w 1996 r. "Nowy słownik ortograficzny" też uwzględnił pisownię słów nieprzyzwoitych.
   - To, że słowniki rejestrują wulgaryzmy, nie jest niczym złym, jeśli autor słownika odpowiednio je oznakuje i zakwalifikuje. Czytelnik musi wiedzieć, że ma do czynienia z brzydkim wyrazem. Przecież pominięcie tych słów w słownikach nie będzie wcale oznaczało, że one znikną, rozpłyną się we mgle. Nadzieja tkwi w tym, że przesyt wulgarności w końcu spowoduje jej odrzucenie - konstatuje profesor Dunaj.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3