Zawór bezpieczeństwa

Redakcja
60 proc. wędrujących na saksy Polaków wyjeżdża do Niemiec. Na dalszych miejscach znalazły się: Belgia, Włochy, USA, Francja, Austria, Grecja, Szwajcaria, Szwecja i Holandia W wielu domach odbył się prawdziwy taniec radości, gdy nad Wisłę dotarła wiadomość, że Polacy, po prawie pięciu latach przerwy, znów będą mogli wziąć udział w amerykańskiej loterii wizowej. Cieszono się na Podhalu (m.in. w Białce Tatrzańskiej i Czarnym Dunajcu, gdzie na 100 gospodarstw przypada 40 emigrantów), fetowano powrót loterii w Tarnowie i Rzeszowie. Radości nie było końca w okolicach Białegostoku. W położonych 42 km od tego miasta Mońkach niemal w każdym domu jest ktoś, kto przebywał w USA, mieszkał w Stanach lub wybiera się tam. Amerykański sen staje się coraz bardziej realny nie tylko dla tych, którym poszczęści się w loterii. Z informacji docierających zza oceanu wynika, że tamtejszy Urząd ds. Imigracji zmienił taktykę działania i coraz mniej interesuje się nielegalnymi imigrantami. Jeszcze dwa lata temu agenci INS zatrzymali i natychmiast deportowali prawie 22 tys. nielegalnych pracowników. W ub. roku liczba osób zatrzymanych w miejscu pracy, a następnie wydalonych z USA spadła do 8600. Do zmiany sposobu postępowania zmusił urzędników INS boom gospodarczy i brak rąk do pracy w zawodach, w których wynagrodzenie wynosi mniej niż 8 dolarów za godzinę. A profesje te stanowią ok. 25 proc. amerykańskiego rynku pracy. Loteria wizowa, w której jest miejsce dla 3,5 tysiąca Polaków, ma złagodzić ten niedobór. Podczas tej edycji może się jednak okazać, że Polacy już nie tak tłumnie, jak przed laty, ustawią się w kolejce po wizę, zapewniającą legalny pobyt i pracę. Ameryka wciąż jest co prawda na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o emigracje zamorskie, ale głównym kierunkiem wyjazdów zarobkowych Polaków są Niemcy. W Republice Federalnej, gdzie od ręki ma szanse zatrudnienia polski informatyk, ale również inżynierowie innych specjalności (np. specjalista w zakresie górnictwa podziemnego), odżyły ostatnio dyskusje na temat wprowadzenia, wzorem USA,

GRAŻYNA STARZAK

GRAŻYNA STARZAK

60 proc. wędrujących na saksy Polaków wyjeżdża do Niemiec. Na dalszych miejscach znalazły się: Belgia, Włochy, USA, Francja, Austria, Grecja, Szwajcaria, Szwecja i Holandia

W wielu domach odbył się prawdziwy taniec radości, gdy nad Wisłę dotarła wiadomość, że Polacy, po prawie pięciu latach przerwy, znów będą mogli wziąć udział w amerykańskiej loterii wizowej. Cieszono się na Podhalu (m.in. w Białce Tatrzańskiej i Czarnym Dunajcu, gdzie na 100 gospodarstw przypada 40 emigrantów), fetowano powrót loterii w Tarnowie i Rzeszowie. Radości nie było końca w okolicach Białegostoku. W położonych 42 km od tego miasta Mońkach niemal w każdym domu jest ktoś, kto przebywał w USA, mieszkał w Stanach lub wybiera się tam. Amerykański sen staje się coraz bardziej realny nie tylko dla tych, którym poszczęści się w loterii. Z informacji docierających zza oceanu wynika, że tamtejszy Urząd ds. Imigracji zmienił taktykę działania i coraz mniej interesuje się nielegalnymi imigrantami. Jeszcze dwa lata temu agenci INS zatrzymali i natychmiast deportowali prawie 22 tys. nielegalnych pracowników. W ub. roku liczba osób zatrzymanych w miejscu pracy, a następnie wydalonych z USA spadła do 8600. Do zmiany sposobu postępowania zmusił urzędników INS boom gospodarczy i brak rąk do pracy w zawodach, w których wynagrodzenie wynosi mniej niż 8 dolarów za godzinę. A profesje te stanowią ok. 25 proc. amerykańskiego rynku pracy. Loteria wizowa, w której jest miejsce dla 3,5 tysiąca Polaków, ma złagodzić ten niedobór. Podczas tej edycji może się jednak okazać, że Polacy już nie tak tłumnie, jak przed laty, ustawią się w kolejce po wizę, zapewniającą legalny pobyt i pracę. Ameryka wciąż jest co prawda na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o emigracje zamorskie, ale głównym kierunkiem wyjazdów zarobkowych Polaków są Niemcy. W Republice Federalnej, gdzie od ręki ma szanse zatrudnienia polski informatyk, ale również inżynierowie innych specjalności (np. specjalista w zakresie górnictwa podziemnego), odżyły ostatnio dyskusje na temat wprowadzenia, wzorem USA,

instytucji "zielonej karty".

 O potrzebie złagodzenia przepisów dotyczących zatrudnienia cudzoziemców mówi się coraz częściej także w Wielkiej Brytanii, która, jeśli chodzi o rynek pracy, była dotąd najbardziej hermetycznym krajem w Europie Zachodniej.
 Wędrówki Polaków za granicę w poszukiwaniu pracy socjolodzy uznali za trwały element współczesnego życia. Na pytanie zadane przez ankieterów OBOP: Co radziłbyś bliskiemu sobie młodemu człowiekowi, aby zrobił po ukończeniu szkoły - 21 proc. uznało za najlepsze rozwiązanie, wyjazd za granicę i powrót do kraju po dorobieniu się.
 Jak wynika z badań krakowskich socjologów, co trzeci Polak deklaruje, że byłby gotowy wyjechać za granicę. Do wyludnienia kraju nad Wisłą nie powinno jednak dojść - uspokajają specjaliści - gdyż 76 proc. zdecydowanych na wyjazd pragnie przebywać na obczyźnie nie dłużej niż trzy miesiące. Na stałe chce opuścić kraj jedynie 3 proc. ankietowanych. - _Polskę należy traktować jako poważnego eksportera siły roboczej na międzynarodowe rynki pracy. W sytuacji, gdy na rodzimym rynku pracy z roku na rok przybywa bezrobotnych, emigracja może stanowić swego rodzaju zawór bezpieczeństwa - _twierdzi dr Krystyna Slany, socjolog z UJ.
 Z szacunków Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych (IPiSS) wynika, że w ciągu ostatnich 25 lat co najmniej półtora miliona Polaków pracowało legalnie za granicą (nie licząc tych, którzy zdecydowali się emigrować na stałe i nie wrócili do kraju). Liczba wszystkich wyjazdów na zarobek była

co najmniej dwukrotnie wyższa.

 Najczęściej wyjeżdżano na kilka lub kilkanaście tygodni.
 Według IPiSS, legalnie za granicą pracuje ok. 400 tys. rodaków. Najbardziej masowa jest migracja sezonowa do Niemiec. W tym roku, do października, legalnie podjęło pracę sezonową w Niemczech 250 tys. osób, z tego 80 proc. pracowało u bauerów, na prowincji. Historia zatoczyła koło. Analiza sezonowych wyjazdów zarobkowych do Niemiec przypomina określenie z końca ub. stulecia: "obieżyświatstwo" (po niemiecku Sachsengangerei). Tak nazywano proces wędrówek polskich robotników znajdujących zatrudnienie w niemieckich posiadłościach ziemskich. Stąd używany pod dziś dzień termin saksy. Do dzisiaj pozostały też pewne ślady sposobu zaciągu polskich robotników sezonowych oraz podobne miejsca ich pracy. Tak jak przed laty zatrudniają się oni przede wszystkim w rolnictwie i w winnicach. Oczywiście, inny jest skład wyjeżdżających. Przed wojną byli to głównie chłopi z przeludnionych wsi i bezrolni bezrobotni. Dzisiaj na zarobek wyjeżdżają ludzie różnych zawodów - pisze prof. Antoni Rajkiewicz w podsumowaniu badań na temat emigracji zarobkowej prowadzonych na zlecenie KBN.
 We wspomnianym raporcie przytoczono zwierzenia jednego z respondentów, który już siedem razy wyjeżdżał do Niemiec, zatrudniając się przy zbiorze chmielu. Mężczyzna ok. czterdziestki, magister prawa i administracji z dobrą znajomością języków obcych, w Polsce zatrudniony na stanowisku ekonomisty, uzyskuje niezbyt satysfakcjonujące go zarobki. Informację o pracy w Niemczech otrzymał od znajomych, którzy na te pracę

trafili przypadkowo.

 Wspomniany magister praw miał szczęście, bo akurat zwolniło się miejsce w stałej, kilkuosobowej grupie pracowników najemnych z Polski. Grupę tworzy sześć osób: dwóch inżynierów metalurgów, prawnik, inżynier rolnik, technik rolnik i inżynier sanitarny. Razem z Polakami zatrudnione są dwie Turczynki i dwie Niemki. Przez siedem lat pracy sezonowej w Niemczech (3-4 tygodnie w roku) nasz prawnik zarobił tyle, że mógł kupić dwa samochody, wyremontować mieszkanie, urządził wesele córki i jeszcze co nieco odłożył. Ten człowiek jest typowym przedstawicielem sporej grupy inteligencji, która otrzymując niezbyt satysfakcjonujące zarobki w kraju, dorabia sobie sezonowo za granicą.
 Liczba podpisanych umów na wykonywanie prac sezonowych w RFN wynosiła w latach 1991-96 ogółem ponad 800 tysięcy. Były to

głównie umowy imienne,

zaledwie niecały 1 proc. przypadało na umowy bez wskazania nazwiska zapraszanego. Jak wynika z danych przygotowanych przez wojewódzkie urzędy pracy, ok. 65 proc. wyjeżdżających na saksy do Niemiec czyni to kilka razy, rok po roku. Mniej więcej jedna trzecia wyjeżdżających na kontrakty legalne to bezrobotni zarejestrowani w urzędach pracy.
 Najwięcej umów o zatrudnienie sezonowe w Niemczech w stosunku do ilości bezrobotnych przypada na woj. wrocławskie, śląskie, opolskie, i małopolskie.
 Wraz ze wzrostem liczby legalnych umów o pracę maleje liczba Polaków zatrudnionych w Niemczech nielegalnie. Strona niemiecka szacuje ich liczbę na ok. 100 tysięcy.
 Wyjazdy zarobkowe do Niemiec stanowią od 60 proc. wszystkich wyjazdów na saksy. Na dalszych miejscach są: Belgia, Włochy, USA, Francja, Austria, Grecja, Szwajcaria, Szwecja i Holandia. Mieszkańcy niektórych regionów kraju utrzymują

stałe więzi z pracodawcami

jednej określonej narodowości. Wiadomo np. że mieszkańcy Siemiatycz (woj. białostockie) jeżdżą do Belgii, Budzowa (woj. małopolskie) do Niemiec, Jabłonki Orawskiej (małopolskie) do Austrii, a wsi podhalańskich i powiatu tarnowskiego do USA.
 Najbardziej spektakularny jest tutaj przykład gminy Siemiatycze (woj. białostockie). Jeszcze w latach 80. mieszkańcy przeludnionej, ubogiej wsi podlaskiej szukali chleba w USA. W Chicago np. osiedliła się znaczna grupa Podlasiaków z okolic Siemiatycz. Pogarszająca się sytuacja na czarnym rynku pracy w Stanach Zjednoczonych i spadek kursu dolara zniechęcił do tego kierunku emigracji. Pierwsze wyjazdy zarobkowe z Podlasia do krajów Europy Zachodniej rozpoczęły się w latach 80. Wówczas jednak Europa broniła się przed nielegalnymi pracownikami przepisami wizowymi i brakiem sprawnej komunikacji z Polski na Zachód. Jeszcze w 1990 r. wizę do Belgii zdobywało się, stojąc w długiej kolejce, a samolot do Brukseli kosztował milion złotych, przy miesięcznych zarobkach 120 tys. zł. Gdy zniesiono wizy, PKS w Siemiatyczach uruchomiła regularną komunikację autobusową na trasach zagranicznych. Kursują one wahadłowo kilka razy w tygodniu. Przewożą pasażerów na trasie Siemiatycze-Bruksela, Londyn, Breda. W okresie świąt, wakacji, ruch na tych trasach jest tak duży, że PKS podstawia nawet siedem autokarów. Pojawili się też prywatni przewoźnicy, którzy oferują przewóz

pod wskazany adres.

 Coraz większa część podróżnych jeździ do Belgii własnymi samochodami. Jak obliczyli eksperci, w jednej tylko miejscowości - w Drohiczynie - jest już tyle samochodów osobowych, ile miało być według prognoz w 2010 roku!
 W Siemiatyczach prawie 80 proc. rodzin podreperowuje domowy budżet, pracując sezonowo w Belgii. Jan Ludwiczuk, lokalny ekspert w sprawach emigracji, podkreśla, że wyjazdy te nie wymagają podejmowania decyzji ani trudnych ani dramatycznych.Ten, którego dopadnie chandra i zatęskni za krajem, w każdej chwili może telefonicznie porozumieć się z rodziną, w niedzielę przekazać kierowcy mikrobusu kopertę z listem i tygodniowym zarobkiem, a gdy zabraknie pracy, może wrócić do domu i czekać na telefon z ofertą zatrudnienia. _Zdaniem Ludwiczuka, wyjazdyte bardziej przypominają atrakcyjną delegację niż ryzykowną emigrację_.
 Efekty ekonomiczne wyjazdów zarobkowych są na wsi podlaskiej, ale i małopolskiej, widoczne gołym okiem. Gdy w kraju z roku na rok pogłębia się regres w budownictwie mieszkaniowym, tu nastąpiło nagłe przyspieszenie. W Siemiatyczach można kupić wszystko to, co do budowy i wyposażenia domów oferuje zagraniczny rynek: szwedzkie i kanadyjskie pokrycia dachów, amerykańskie "sajdingi", luksusowe wanny, zawory kulowe w kranach łazienkowych za 900 zł. Wykończenie i wyposażenie domów nierzadko przekracza przeciętny standard mieszkań w Europie Zachodniej.
 Więzi pomiędzy Wallonami i Flamandami z Belgii a Podlasiakami są tak silne, że być może w niedługim czasie zacznie się ruch w odwrotnym kierunku - z Zachodu ku tzw. ścianie wschodniej. W Belgii, jak pisze Jan Ludwiczuk - autor artykułu na temat zarobkowych wyjazdów Podlasiaków - budzi się zainteresowanie Polską i Podlasiem. Belgowie są zapraszani do Polski na wakacje i na wesela (dla 300 osób!). Będąc na miejscu, dziwią się, że domy i obejścia na wysoki połysk są własnością polskich gastarbeiterów. Niektórzy decydują się na inwestycje w Polsce. Jeden z Belgów, który wespół z Podlasiakiem wybudował w Drohiczynie piekarnię, twierdzi, że w Belgii nie byłoby możliwe

tak szybkie wzbogacenie się

jak w Polsce.
 Na podstawie wyników sondażu socjologicznego można wskazać pewne cechy charakterystyczne dla pracujących za granicą. Osoby w wieku 20-25 lat wyjeżdżają najczęściej na góra dwa, trzy miesiące, najmując się do prac domowych, jako pomoc kuchenna i przy remontach mieszkań. Zarobione pieniądze przeznaczają głównie na zwiedzanie, edukację i przyjemności. Pracują z reguły bez zezwolenia. Są to głównie studenci, mieszkańcy Warszawy i innych miast wojewódzkich. Sondaż przeprowadzony w ub. roku wśród studentów SGGW, którzy wyjeżdżali w celach zarobkowych za granicę, wykazał, że przebywali oni na saksach przeciętnie 7 tygodni, zaś ich zarobek uzyskany podczas jednego wyjazdu wahał się od 700 dolarów w Niemczech do 3520 dol. w USA.
 Wyjeżdżający na saksy w grupie wieku 30, 40 lat to zazwyczaj technicy z małych miast, żonaci, z dwójką dzieci. Za granicą wykonują głównie prace budowlane. Zarobione pieniądze inwestują w budowę domu, w jego wyposażenie, w kupno samochodu.
 Wśród emigrantów w wieku 35-45 lat znajdują się pracownicy umysłowi wykonujący różne prace, począwszy od remontowych, poprzez zbieranie winogron i pracę w barach, kończąc na wykonywaniu pracy salowych w szpitalach. W tej grupie są też oficerowie pracujący na morzu, osoby zatrudnione na kontraktach zagranicznych. Ta grupa przeznacza uzyskane dochody na podwyższenie standardu życia, zakup komputera, akcji, obligacji, na turystykę.
 Kobiety z niższym wykształceniem i mężczyźni po szkole zawodowej, mieszkańcy małych miast i wsi, rejestrowani jako bezrobotni, wyjeżdżają do prac sezonowych z reguły w ramach umowy sporządzonej przez urząd zatrudnienia. Zarobione pieniądze przeznaczają na potrzeby bieżące.
 Oblicza się, że

indywidualne transfery pieniężne

przyniosły Polsce w ciągu ostatnich 10 lat - ok. 10 mld dolarów. Na podstawie danych zebranych przez Edwarda Marka, można przyjąć, iż jedna osoba zatrudniona za granicą przywozi lub przekazuje do kraju oszczędności wynoszące ok. 2 tys. dolarów. Roczny transfer wszystkich pracujących legalnie (ok. 350 tys. osób) wynosi ok. 650-700 mln dolarów. Badacze niemieccy obliczają, że w ciągu ostatnich 5 lat tylko z tytułu pracy sezonowej w Niemczech Polacy przywieźli do kraju 3,5 mld marek. Jedna trzecia zarobków idzie na jedzenie i spłatę długów, 24 proc. na remont mieszkania lub domu, 41 proc. na zakup dóbr trwałych (domu, samochodu, sprzętu elektronicznego), 18 proc. na kupno akcji, obligacji i wyjazdy turystyczne. 7 proc. zarobionych pieniędzy przeznacza się na naukę i kształcenie. Tylko 4 proc na uruchomienie własnego biznesu.

Grażyna Starzak

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie