Zbigniew Ziobro jest jak księżyc. Aby istnieć, potrzebuje słońca

Włodzimierz Knap
Czy uda mu się jeszcze zabłysnąć?
Czy uda mu się jeszcze zabłysnąć? fot. Grzegorz Mehring
Przywódca Solidarnej Polski samodzielnie nie znaczy niemal nic, bo nie ma przymiotów, by stać się wodzem, począwszy od głosu, mimiki, opanowania, charyzmy. Przed kamerami, a jeszcze bardziej na wiecach, jest nudny jak flaki z olejem. Lecz potrafi, jak mało kto, świecić odbitym światłem.

Zbigniewowi Ziobrze kilka razy wróżono koniec kariery politycznej. Nigdy jednak nie był tak jej blisko jak obecnie, po przegranych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wszystko wskazuje, że znalazł się na równi pochyłej, a na jej końcu czeka zapadnia prowadząca w polityczny niebyt. Ziobro ma 44 lata. Prawo do emerytury w wieku 63 lat zapewnił sobie, zasiadając przez pięć lat w Parlamencie Europejskim.

W niedzielny wieczór nie zachował się, jak przystało na przywódcę partii, i to w dodatku takiej, która w nazwie ma jego imię i nazwisko. To Jacek Kurski musiał przed mediami tłumaczyć się z klęski wyborczej, bo pierwszy sondaż powyborczy wskazywał, że Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry uzyskała zaledwie 3-procentowe poparcie. W poniedziałek Państwowa Komisja Wyborcza podała, że na SP oddano 3,98 proc. głosów. W Małopolsce stronnictwo Ziobry uzyskało ponad 10-procentowe poparcie.

Jak Mao Zedong
Lider Solidarnej Polski jednak „obudził się” na dobre dopiero w środę, informując, że szykuje się, niczym Mao Zedong, do długiego marszu po zwycięstwo; Mao sukces odniósł po ponad dwóch dekadach. Prezesa PiS-u Jarosława Kaczyńskiego przestrzegł, że nadal będzie szedł od porażki do porażki, przegrywając po raz ósmy, dziewiąty, dziesiąty..., jeśli nie zbuduje razem z nim koalicji. Ostra, a nawet brutalna walka między tymi stronnictwami jest nieuchronna, bo rywalizują o bardzo podobny elektorat.

Ten – generalizując – w sferze obyczajowej jest tradycjonalistyczny, wierny katolicyzmowi, znacznie bliższy o. Tadeuszowi Rydzykowi i abp. Józefowi Michalikowi niż ks. Adamowi Bonieckiemu czy kiedyś ks. Józefowi Tischnerowi, liczący na pomoc ze strony państwa, mający rdzeń na wsiach oraz miasteczkach.

Ziobro zapowiada, że Solidarna Polska nie zginie. I tak może się stać, lecz marne są szanse na to, by znaczyła cokolwiek. Już przestała w Sejmie funkcjonować jako klub poselski. Cierpi na brak przywódcy z prawdziwego zdarzenia. W dodatku może stracić swojego najsprawniejszego polityka, czyli Jacka Kurskiego. Ten już nawet nie ukrywa, że Ziobro na lidera stronnictwa kompletnie się nie nadaje. Wiele wskazuje na to, że Kurski wolałby nawet, aby na czele partii stanęła żona Ziobry Patrycja Kotecka, dziennikarka, niż były minister sprawiedliwości.

SP utraciła też już najinteligentniejszego polityka, bo Ludwik Dorn odszedł z klubu. Została przy Ziobrze, przynajmniej na razie, drużyna, która i tak nie ma dziś alternatywy, bo drzwi do PiS są zatrzaśnięte przed np. Arkadiuszem Mularczykiem, Beatą Kempą, Patrykiem Jakim.

Strach przed Ziobrą
Otwarcia drzwi bronią ci, którzy mają świadomość, że zwłaszcza Ziobry muszą strzec się bardziej niż ognia i powodzi. To m.in. Adam Hofman, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński czy Andrzej Duda, którzy cieszą się mniejszym lub większym zaufaniem Jarosława Kaczyńskiego. Wiedzą, że jedyną szansą na odrodzenie Ziobry jest jego powrót do PiS.

Szef Solidarnej Polski jest jak księżyc. Samodzielnie nie znaczy nic, bo nie ma przymiotów, by stać się wodzem, począwszy od głosu, mimiki, opanowania, umiejętności merytorycznej argumentacji, charyzmy. Przed kamerami, a jeszcze bardziej na wiecach, jest po prostu nudny jak flaki z olejem. Patrząc na niego, gdy występuje publicznie, trudno nie odnieść wrażenia, że strach nad nim góruje. Jest strzępkiem nerwów. Jednocześnie cały czas dba o pozory, starając się pamiętać o podstawach edukacji z zakresu tzw. mowy ciała. Efekty są jednak nieraz żałosne, gdyż gesty, mimika i słowa przeczą sobie.

Mistrz światła odbitego
Potrafi jednak, jak mało kto, świecić odbitym światłem. Przez lata umiał czerpać z blasku, jaki rzucali na niego bracia Kaczyńscy. W końcu uwierzył, że i on może być słońcem. Przeliczył się. Jednak Hofman, Błaszczyk, Duda i inni doskonale zdają sobie sprawę, że Ziobro jest w stanie łatwo ich pokonać, gdy dostanie taką możliwość.

Bo nie można też nie docenić Ziobry. Ma dokonania, choć w zasadzie wyłącznie wyborcze, jakimi niewielu polityków III Rzeczypospolitej może się pochwalić. W 2009 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego zebrał 336 tys. głosów, ustępując tylko Jerzemu Buzkowi. Pięć lat temu w okręgu krakowsko--kieleckim uzyskał o 30 tys. głosów więcej niż teraz cała lista PiS i o ponad 100 tys. więcej niż wszyscy kandydaci PO!

W wyborach do Sejmu w 2007 r. głosowało na niego prawie 165 tys. osób w okręgu krakowskim, co stanowiło ponad 85 proc. wszystkich głosów, jakie dostali kandydaci PiS, a wśród nich był polityk niebagatelny, czyli Zbigniew Wassermann. Równie duży wkład wniósł Ziobro w zwycięstwo swojej byłej formacji w wyborach w roku 2005 . Zdobył ponad 120 tys. głosów. Procentowo był to najlepszy wynik w kraju.

W wyborach tegorocznych też miał dobry rezultat (prawie 61 tys.). Zebrał prawie trzy czwarte głosów oddanych w okręgu małopolsko-świętokrzyskim na kandydatów Solidarnej Polski. W skali całego kraju dostał niemal 22 proc. wszystkich głosów uzyskanych przez jego ugrupowanie. Dla porównania: Janusz Korwin-Mikke zebrał 13 proc. głosów, jakie uzyskała Nowa Prawica w całej Polsce. Zdaniem dr. Jarosława Flisa, socjologa z UJ, Ziobro ucieleśnia to, co się wyborcom prawicy światopoglądowej podoba: bezkompromisowość.

Mocny Zbigniew
Nie można zatem machnąć ręką na Zbigniewa Ziobrę. Ci, którzy z nim rywalizowali, odczuli jego siłę. Wassermann poległ w konfrontacji z nim, choć w polityce grał w wadze superciężkiej. Pawłowi Kowalowi, Elżbiecie Jakubiak i innym politykom, którzy po wyborach prezydenckich w 2010 założyli formację Polska Jest Najważniejsza (już nie istnieje), też pokazał swoją moc. Przegrali z nim z kretesem, choć doprowadzili Jarosława Kaczyńskiego do znakomitego wyniku w wyborach prezydenckich. Nie miał litości dla nich.
Oni natomiast zapewne przyczynili się do jego wypchnięcia z PiS, głosząc, że Ziobrze nie na rękę było zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, bo sam chce zostać i szefem partii, i głową państwa. Prezes musiał zareagować. Widocznie przestraszył się, że delfin stanowi dla niego realne zagrożenie.

Ówczesny wiceprezes PiS nie krył zresztą, że partia jest rządzona w sposób despotyczny i autokratyczny, co ją niszczy. W Krakowie i Małopolsce Ziobro pokazał, że potrafi budować partię „pod siebie”, a na własnej skórze odczuł to właśnie m.in. Wassermann. Być może do działania sprowokował Ziobrę sam Kaczyński, który po wyborach prezydenckich w 2010 r. napisał w książce, że następcę prezesa PiS widział w Januszu Kurtyce, byłym prezesie IPN.

O Ziobrze pisał protekcjonalnie, publicznie ośmieszał go, np. uznając, że zamiast bawić się w robienie polityki krajowej z Brukseli, powinien uczyć się języka angielskiego.

Delfin nie wytrzymał
„Ziobryści” odłączyli się od PiS po wyborach do Sejmu w 2011 r. Dlaczego? Tłumaczyli, że mieli dość porażek, a na nie PiS jest skazane, gdy na jego czele stoi Jarosław Kaczyński. Eksperci przekonywali, że Zbigniew Ziobro od lat dążył do przejęcia władzy w PiS, ale nie od razu. Liczył na to, że prezes albo sam mu ją odda, albo w końcu straci ją po kolejnych przegranych wyborach. Jednak Ziobro po ostatnich wyborach parlamentarnych nie wytrzymał. Zaatakował Kaczyńskiego i powołał swoje ugrupowanie. Była jesień 2011 r.

„Ziobryści” za dobrą monetę wzięli popularność swojego lidera w twardym elektoracie PiS. Byli przekonani, że radiomaryjni wyborcy kochają go bardziej nawet niż Kaczyńskiego. Ale się przeliczyli. Po prostu Kaczyński jest lepszym politykiem. Ziobro od wielu lat ma też bardzo liczny negatywny elektorat. Niektóre wpływowe środowiska, w tym media tzw. głównego nurtu, prezentują go w niezwykle niekorzystnym świetle, niemal jako polityka „trędowatego”, „Dzierżyńskiego” III RP i „najgorszą twarz” złej IV RP, a także nieudacznika, któremu nic się nie udawało, gdy sprawował władzę, na czele z sądami 24-godzinnymi, czy staraniami o ekstradycyję do Polski z USA Edwarda Mazura, podejrzewanego o współudział w zamordowaniu gen. Marka Papały, byłego komendanta głównego policji.

Ci politycy natomiast, którzy dziś są blisko ucha prezesa PiS, jak Hofman, Błaszczak czy Brudziński, zdają sobie sprawę, że szef Solidarnej Polski nadal jest dla nich niezwykle groźny. W umiejętności uzyskiwania sympatii wyborców są przy Ziobrze niemal zerami. Ponadto muszą się liczyć z tym, podobnie jak sam prezes, że mógłby on zawiązać sojusz z Antonim Macierewiczem i o. Tadeuszem Rydzykiem. Taki triumwirat mógłby w przy-szłości zaszkodzić dość poważnie pozycji Jarosława Kaczyńskiego w PiS, zwłaszcza że działaliby w oparciu o zdobyte doświadczenie.

U szczytów władzy
Ale właśnie umiejętność zyskiwania wyborców i zdobywana dzięki niej popularność stanowiła jedną z przyczyn kłopotów lidera Solidarnej Polski. Zazdrościli mu jej nawet bracia Kaczyńscy. A złość ich musiała być pogłębiona, bo już w latach 2006–2007 plotka głosiła, że Ziobro chce być prezydentem Polski. Jego kandydaturę popierać miał o. Rydzyk, czego dyrektor Radia Maryja zresztą nie krył; tak samo jak tego, że zawiódł się na Lechu Kaczyńskim. W tym okresie bracia Kaczyńscy razem wzięci mieli mniejsze zaufanie społeczne niż sam Ziobro.

W latach 2005–2007 był jednym z najpotężniejszych polityków w Polsce. Część politologów i socjologów twierdziła, przesadzając, ale chyba niewiele, że realnej władzy ma więcej niż prezydent Lech Kaczyński, a może nawet i premier. Stał na czele aparatu sprawiedliwości i prokuratury. Bardzo blisko związani z nim ludzie kierowali tzw. instytucjami siłowymi, np. Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy Centralnym Biurem Antykorupcyjnym.

O sile Ziobry mogli przekonać się teoretycznie wtedy równie ważni jak on politycy, np. Ludwik Dorn, który prawdopodobnie został za jego sprawą odsunięty od kierowania MSWiA, czy Jarosław Marzec, szef Centralnego Biura Śledczego. Marzec miał „polecieć” za to, że w obecności premiera i innych osób z rządu zgromił Ziobrę za ujawnienie Andrzejowi Lepperowi, iż ówczesny wicepremier jest inwigilowany.

Janusz Kaczmarek posadę szefa MSWiA stracił także za przyczyną m.in. Ziobry. Kaczmarek w wywiadach i wspomnieniach twierdził, że Ziobrę mocno bronił wówczas i wspierał Jarosław Kaczyński. Lech Kaczyński miał natomiast powiedzieć, że „Ziobro kiedyś wywróci rząd”. O jego osobowości jako ministra sprawiedliwości ówczesny prezydent miał się wyrazić: „Czego się można było spodziewać po 35-letnim mężczyźnie o mentalności 25-latka?”. Rzecz w tym, że karierę polityczną Ziobro zawdzięcza przede wszystkim Lechowi Kaczyńskiemu. To on uczynił go swoim doradcą, a potem 30-latka mianował wiceministrem sprawiedliwości.

Po przegranych przez PiS wyborach w 2007 r. wydawało się, że Ziobro zamiast do Pałacu Prezydenckiego trafić może do więzienia za przestępstwa, jakich miał się dopuścić, gdy zajmował fotel ministra sprawiedliwości/prokuratora generalnego w rządach Kazimierza Marcinkiewicza oraz Jarosława Kaczyńskiego. Ten bronił się i broni, przekonując, że chciał zmienić wymiar sprawiedliwości. _– _Moje działania reformatorskie naruszają rozmaite interesy, przyzwyczajenia,a także przywileje– przekonywał. Do więzienia nie trafił, choć definitywnie od tego zagrożenia nie uwolnił się do teraz, gdyż nadal grozi mu Trybunał Stanu m.in. w sprawie śmierci Barbary Blidy.
Były Katon i szeryf
Prof. Jan Jerschina, socjolog z UJ, przed laty badał przyczyny popularności bądź niechęci do czołowych krakowskich polityków. Jego zdaniem, Ziobro jak żaden inny (spośród branych pod uwagę w badaniach) potrafił budzić zaufanie, zwłaszcza wśród osób słabo wykształconych. Dr Robert Sobiech, socjolog z UW, twierdzi, że Ziobro wiedział, jak przekonać i „przywiązać” do siebie wyborców. Kiedyś krakowski polityk cieszył się opinią szeryfa, a zyskał ją deklaracjami o konieczności zaostrzenia kar, surową walką z przestępczością.

Zbigniew Ziobro, gdy na przełomie stuleci był prezesem Stowarzyszenia „Katon” i doradcą ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, mówił: – Jest oczywiste, że problem przestępczości jest jednym z najważniejszych dla znakomitej większości rodaków i to pokazują wszelkie badania. Teoretyków prawa smagał: – Profesorowie obnażają swoją niewiedzę na temat najnowszych badań kryminologicznych. Dodawał: – Świat widziany z wysokości katedry uniwersyteckiej jest zgoła inny niż rzeczywistość, w której przychodzi żyć Polakom.

Marny prawnik
Całkowicie inną ocenę Ziobry jako prawnika i ministra sprawiedliwości prezentowała absolutna większość środowiska prawniczego. Prof. Andrzej Zoll, karnista z UJ, współautor mocno krytykowanego przez Ziobrę kodeksu karnego, wypominał mu, że nigdy nie był sędzią, adwokatem, prokuratorem, nie poświęcał się teorii prawa karnego. Radził mu, by nauczył się czytać kodeks karny, przede wszystkim postrzegając go jako całość, miast odwoływać się do pojedynczych artykułów. Podobną, niezmiernie krytyczną i mizerną ocenę kwalifikacji prawniczych byłemu ministrowi sprawiedliwości/prokuratorowi generalnemu wystawiali inni krakowscy profesorowie prawa, m.in. Stanisław Waltoś, Andrzej Gaberle czy Zbigniew Hołda.

Zbigniew Ziobro ukończył prawo na UJ ze średnią ocen 3,8. Na czwórkę zdał egzamin na aplikację prokuratorską w Krakowie. W 1999 r. założył w Krakowie stowarzyszenie „Katon” oraz Centrum Pomocy Ofiarom Przestępstw i Patologii Społecznych. Obie te instytucje udzieliły bezpłatnej pomocy prawnej wielu osobom. Rok później ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński powołał go najpierw na swojego doradcę, potem na stanowisko wiceministra sprawiedliwości. Ziobro w rządzie Jerzego Buzka był najmłodszym wiceministrem.

W 2001 r. został wybrany na posła z listy PiS w okręgu krakowskim. Uzyskał najlepszy wynik w samym Krakowie, drugi w całym okręgu (za Kazimierzem Chrzanowskim z SLD)– 36 tys. głosów. W 2002 r. kandydował na stanowisko prezydenta Krakowa, lecz poniósł porażkę.

Rywinowi sporo zawdzięcza
Ogólnopolską popularność przyniósł mu udział w komisji śledczej ds. afery Rywina. Zasłynął w niej utarczkami z ówczesnym premierem Leszkiem Millerem, który nazwał go „zerem”. Później Miller twierdził, że przeszacował Ziobrę. Ten boleśnie przeżył w pierwszych tygodniach nazwanie go „zerem”, lecz wkrótce przekonał się, że w oczach elektoratu urósł. Zyskał wówczas dużą popularność, choć męczył wszystkich, gdy godzinami zadawał pytania świadkom. Często te same. Jest też, choć przypadkowo, autorem raportu z prac komisji, który został przyjęty przez Sejm jako ostateczne stanowisko w tej sprawie.

Katolik, socjalista?
Od lat Zbigniew Ziobro przedstawia się jako polityk katolicki, a precyzyjnie mówiąc – bliski tzw. Kościołowi toruńskiemu, kierowanemu przez o. Tadeusza Rydzyka. W przeciwieństwie do Kaczyńskiego, sporadycznie zabiera głos na tematy gospodarcze, finansowe, społeczne czy dotyczące polityki zagranicznej, a jak zabiera, nie jest przekonujący, podobnie zresztą jak prezes PiS.

Ten ostatni jest twardym socjalistą, gdy idzie o poglądy na gospodarkę, ale na tle tego, co głosi lider SP, Kaczyński to niemal liberał. Ziobro w sprawach gospodarczych jest blisko poglądom wyznawanym przez teoretyków komunizmu. Jego stosunek do spraw gospodarczych w teorii powinien wykluczać sojusz jego formacji z Polską Razem Jarosława Gowina czy Nową Prawicą Janusza Korina-Mikkego. W praktyce, by mieć konfitury wynikające z udziału we władzy, nasi politycy bez wyjątku są gotowi na niemal każde rozwiązanie.

Ziobro zapowiada, że bierze pod uwagę start w wyborach prezydenckich, które odbędą się najpewniej późną wiosną 2015 r. Ostateczną decyzję ma podjąć na przełomie roku. Wcześniej, jesienią, planuje poprowadzić swoją partię do wyborów samorządowych. Nosi się również, jak twierdzi, z zamiarem napisania książki.

Z pewnością będzie robił wszystko, co w jego mocy, by pozostać na scenie politycznej, bo polityka była jego żywiołem przez większość dorosłego życia. Ma niespełna 44 lata. Teoretycznie wiele może dokonać. Problem w tym, że znowu musi znaleźć kogoś, kto przyda mu blasku, pozwoli ponownie zajaśnieć.

***

– Zbigniew Ziobro zapowiada, że Solidarna Polska nie zginie. I tak może się stać, lecz marne są szanse na to, by znaczyła cokolwiek. Już przestała w Sejmie funkcjonować jako klub poselski. Cierpi na brak przywódcy z prawdziwego zdarzenia. W dodatku może stracić swojego najsprawniejszego polityka, czyli Jacka Kurskiego. SP utraciła już najinteligentniejszego polityka, bo Ludwik Dorn odszedł z klubu.

– W latach 2005–2007 był jednym z najpotężniejszych polityków w Polsce. Część politologów i socjologów twierdziła, przesadzając, ale chyba niewiele, że realnej władzy ma więcej niż prezydent Lech Kaczyński, a może nawet i premier.

– Umiejętność zyskiwania wyborców i zdobywana dzięki niej popularności stanowiła jedną z przyczyn kłopotów lidera Solidarnej Polski. Zazdrościli mu jej nawet bracia Kaczyńscy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie