Zbrodniarz?

Redakcja
Akta liczą kilka tysięcy stron, trzeba wysłuchać ponad 400 świadków Na środku polany, nawet w czasach, gdy o Łambinowicach nie mówiono głośno, niemieckie wycieczki spontanicznie składały kwiaty. Dziś w tym miejscu stoi niewielki obelisk. Napis w językach niemieckim i polskim głosi: "Niemcom i Polakom ofiarom obozu Łambinowice 1945-1946".

BOGDAN WASZTYL

BOGDAN WASZTYL

Akta liczą kilka tysięcy stron, trzeba wysłuchać ponad 400 świadków

Na środku polany, nawet w czasach, gdy o Łambinowicach nie mówiono głośno, niemieckie wycieczki spontanicznie składały kwiaty. Dziś w tym miejscu stoi niewielki obelisk. Napis w językach niemieckim i polskim głosi: "Niemcom i Polakom ofiarom obozu Łambinowice 1945-1946".
 - Jakim ofiarom? To niemieckie wymysły - Czesław G., pierwszy komendant tzw. obozu przejściowego dla Niemców w Łambinowicach, który w lipcu 1945 roku powstał na terenie hitlerowskiego oflagu Lamsdorf, mówi to samo od 54 lat. - Zastrzelono najwyżej trzech Niemców.
 Heinz Esser, niemiecki lekarz obozowy, który miał potajemnie prowadzić statystykę zgonów, w swej książce "Piekło Łambinowic", wydanej w Niemczech już w połowie lat pięćdziesiątych, pisze o ponad sześciu tysiącach ofiar. Edmund Nowak z Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach na podstawie dostępnych dokumentów oszacował liczbę zmarłych na tysiąc do półtora. 48 z nich zginęło
4 października 1945 roku podczas gaszenia pożaru baraku. Z polecenia komendanta pożar wzniecili obozowi strażnicy.
 - Tylko o to mogliśmy oskarżyć Czesława G. - tłumaczy Paweł Nowosielski z Prokuratury Okręgowej w Opolu, który przez ostatnie dwa lata prowadził śledztwo w tej sprawie. - Ten wątek śledztw i procesów przeciw byłemu komendantowi w latach czterdziestych i pięćdziesiątych został umorzony. Z pozostałych zarzutów G. uniewinniono. A wiadomo, że człowiek nie może być sądzony dwa razy za to samo przestępstwo.
 Akt oskarżenia, który wpłynął w lipcu do opolskiego sądu, jest wyjątkowy. To pierwszy w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości przypadek zarzucenia obywatelowi polskiemu zbrodni przeciwko ludzkości. - Sporządzając akt oskarżenia - mówi prokurator Nowosielski - opierałem się na kodeksie karnym z 1932 roku, który obowiązywał także w okresie popełnienia zbrodni, oraz na międzynarodowych konwencjach obejmujących ściganie zbrodniarzy wojennych.
 - Akt oskarżenia to jest efekt działania niemieckiego rewizjonizmu - uważa oskarżony.
- Niemieckiej antypolskiej propagandy.
V
 Maj 1997 roku. Stara kamienica w centrum Katowic przy ulicy Warszawskiej. Aktywiści Ligi Republikańskiej, Ruchu Autonomii Śląska i Związku Ludności Narodowości Śląskiej organizują pikietę pod domem "kata" Łambinowic: dzwonią domofonem, krzyczą, przed bramą zapalają znicze. Sąsiedzi są oburzeni: - Czego chcecie od tego człowieka? To taki spokojny, kulturalny pan. Dajcie mu spokój.
 Grupie dziennikarzy udaje się wejść do mieszkania na ostatnim piętrze. - Mąż jest ciężko chory, po dwóch zawałach i wylewie, proszę go nie denerwować - apeluje żona G. Dwupokojowe mieszkanie przypomina muzeum komunizmu. Kolekcja odznaczeń: Krzyż Oficerski, Krzyż Kawalerski, dwa Krzyże Zasługi, dwa Krzyże Virtuti Militari, medal "Zasłużonym na Polu Chwały", mnóstwo odznaczeń resortowych, dyplom za odwagę przyznany przez prezydenta Czechosłowacji, proporczyk z okazji 40-lecia PZPR, talerz z okazji 100-lecia urodzin Lenina...
 G. siedzi w fotelu, odziany w szlafrok i pali fajkę. Bardzo wolno i niewyraźnie wypowiada słowa, zaprzeczając wszystkiemu, co się o nim mówiło i pisało. - Jakie ja mogę mieć wyrzuty sumienia? Głupstwa o tysiącach ofiar w Łambinowicach można było opowiadać do listopada 1992 roku, kiedy to odnaleziono archiwum obozu. Tam są szczegółowe dane o każdym Niemcu: kiedy przybył, co się z nim stało.
 Tamtego dnia G. czuł się jeszcze pewnie. Opowiedział nawet co nieco o sobie. Był partyzantem w Armii Ludowej. Niemcy więzili go w Mysłowicach. Z transportu do Oświęcimia odbił go oddział "Czarnego". W czasie wojny stracił brata, ojciec wyszedł z obozu po czterech latach jako inwalida, tuż po wojnie zmarła matka. 21-letni G. został komendantem obozu w Łambinowicach. - Nie mściłem się. Nikogo nie zabiłem, wszystko to jest niemiecki wymysł - powtarzał nieustannie.
 - Bez powodu pikietujący nazywają Pana katem?
 - Nie bez powodu. Dla pieniędzy. To krzykacze opłaceni przez Niemców.
V
 Ponura sława Łambinowic ciągnie się od czasów wojny prusko-francuskiej w latach 1870-1871, podczas której na pruskim poligonie zorganizowano obóz jeniecki dla około 3 tysięcy ludzi. W czasie pierwszej wojny światowej przez ten obóz przeszło prawie 90 tysięcy żołnierzy państw ententy, a w czasie drugiej wojny ponad 300 tysięcy. Tuż po wojnie w pobliżu tego kompleksu - nie wiadomo, na jakiej podstawie - zlokalizowano polski obóz pracy, w którym przetrzymywana była ludność niemiecka przeznaczona do wysiedlenia w głąb Niemiec. - Ten obóz łączył cechy obozu pracy i obozu izolacyjnego
- twierdzi Edmund Nowak, autor książki "Cień Łambinowic"
- w którym zabroniony był kontakt między członkami rodzin i w którym dochodziło do brutalnych incydentów wskutek niekontrolowanej działalności jego komendantów. Więźniami i ofiarami byli zarówno Niemcy, jak i Polacy.
 Świadkowie zapamiętali głód, choroby, gwałty, zabójstwa kobiet w ciąży i dzieci, tortury. "Jak każdego z nas obrabowano ze wszystkiego, co cenne, i pobito, milicja zapędziła nas do baraku. To był ten sam barak, w którym leżeli chorzy na tyfus. Nie zmieniono nawet zgniłej słomy spod ich wychudzonych ciał"
- zanotowała jedna z więźniarek.
Jerzy Kuboń trafił do obozu jako jedenastolatek wraz z całą rodziną: dziadkiem, matką, czterema braćmi. - Dziadka strażnicy zatłukli kolbami już drugiego dnia. Matka zmarła z powodu braku opieki medycznej. Nam namalowano na plecach swastyki. Dorosłych bito i torturowano
- wspomina.
 O tym, co w Łambinowicach wyprawiali Czesław G. i podlegli mu strażnicy, krążyły legendy. W październiku 1945 roku, po rzezi wywołanej pożarem baraku z siennikami, G. został aresztowany, a Wydział do spraw Funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach wszczął przeciwko niemu dochodzenie. Będąc formalnie aresztowanym, G. uczestniczył jednak w komisji weryfikacyjnej oficerów rezerwy jako przedstawiciel WUBP w Katowicach (!). W lutym 1946 roku na zlecenie Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej w Łambinowicach przeprowadzono inspekcję. W raporcie kapitan Gutman z katowickiej komendy MO stwierdził, że obóz istniał bez żadnej podstawy prawnej.
 "Straż obozowa - raportował Gutman - nie otrzymała żadnego wynagrodzenia za pracę i żyje z rabunków, których dokonuje na więźniach oraz miejscowej ludności. Pijatyki i gwałty są w obozie na porządku dziennym". Komendantowi G. inspektorzy zarzucili nieludzkie znęcanie się nad więźniami oraz przyczynienie się do zamordowania 46 osób podczas pożaru baraku.
 Raport inspektorów nie miał widocznie wpływu na postępowanie prowadzone przeciwko G., ponieważ w marcu 1946 roku dochodzenie umorzono. Rok później wojskowy prokurator rejonowy w Katowicach zatwierdzając umorzenie dochodzenia, napisał: "Czesław G., będąc komendantem obozu w Łambinowicach, działał w myśl istniejących przepisów".
V
 Jesień 1998. Kamienica przy Warszawskiej. Sąsiedzi się poróżnili. Jedni nadal twierdzą, że G. to spokojny i miły starszy pan, inni - że to taki trochę dziwak, gburowaty. - Boję się go z powodu jego przeszłości - mówi jedna z mieszkanek.
 To samo mieszkanie na ostatnim piętrze. Ta sama fajka, ta sama laska, ta sama nerwowa gestykulacja, gdy pada pytanie o Łambinowice.
 Obojętność: - Mam gdzieś, co ludzie mówią i co o mnie piszą. To wszystko bzdury.
 Obawa: - O sobie nic nie będę mówił. Pan wie, że Niemcy znowu chcą mi przy..., więc mogliby to wykorzystać przeciwko mnie (kilka miesięcy wcześniej prokuratura wznowiła śledztwo przeciwko G. - przyp. BW).
 Współczucie: - Żal mi Salomona, bo to był dobry i uczciwy chłop. Zgubiła go uczciwość. Listę zmarłych z obozu Zgoda zaniósł do Urzędu Stanu Cywilnego, zamiast zniszczyć. A teraz chcą z niego zrobić mordercę - mówi o Salomonie Morelu, byłym komendancie obozu Zgoda w Świętochłowicach, któremu prokuratura zarzucała przyczynienie się do śmierci 1,5 tysiąca więźniów. Morel żył sobie spokojnie w Katowicach. Gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych prokuratura chciała postawić go w stan oskarżenia, uciekł do córki do Izraela. Polska bezskutecznie zabiega o jego ekstradycję.
 Ta sama bezkompromisowość: - U mnie siedzieli tylko Niemcy, w tym dużo gestapowców. Sami podpalili barak, bo chcieli uciec. Ani trochę mi ich nie żal. Wykonywałem tylko rozkazy. Wiernie służyłem Polsce.
 G., podobnie jak Morel, do emerytury dosłużył w policji. Odszedł w stopniu podpułkownika.
V
 Gdyby nie naiwność Antoniego Końca, burmistrza Niemodlina, Czesław G. mógłby uznać połowę lat pięćdziesiątych za najlepszy okres w życiu. Awansował, był doceniany. Na jego pierś sypały się medale: "Za Bohaterstwo", "Za X lat w Służbie Narodu", za zasługi z okazji X-lecia Polski Ludowej... Ale burmistrz Koniec, ośmielony zapowiedzią zwrotu w polityce władz komunistycznych wobec ludności autonomicznej, w listopadzie 1956 roku złożył w Ministerstwie Sprawiedliwości i opolskiej prokuraturze doniesienie o zabójstwach popełnionych na mieszkańcach Kuźni Ligockiej w latach 1945-46 w Łambinowicach.
 Oprócz konkretnych morderstw prokurator zarzucał G. między innymi wydanie rozkazu, by mordować codziennie
10 osób; umorzył jednak postępowanie w sprawie podpalenia baraku. Proces toczył się przy drzwiach zamkniętych. W tym czasie, przez 22 miesiące, były komendant siedział w areszcie. W kwietniu 1959 roku G. został uniewinniony. Sędziowie, nie przesłuchawszy byłych więźniów zamieszkałych w Niemczech, uznali, że zeznania pozostałych świadków są pełne sprzeczności. Sąd zauważył też, że "świadkowie mogli się znajdować pod wpływem rewizjonistycznej propagandy, obliczonej na wywołanie zbiorowej psychozy". Ministerstwo Sprawiedliwości zakazało prokuratorowi wnosić rewizję.
 W 1957 roku zwierzchnicy z MO wydali G. następującą opinię: "Był zdyscyplinowanym, zdolnym, oddanym oficerem, który od 1945 roku brał aktywny udział w likwidacji kontrrewolucyjnego podziemia zbrojnego. W ciężkiej i trudnej walce z kontrrewolucyjnym podziemiem nie szczędził sił, wyrzekając się często życia osobistego, niejednokrotnie snu i wypoczynku. Dzięki bezgranicznemu oddaniu sprawie socjalizmu zaskarbił sobie pełne zaufanie i uznanie przełożonych".
 Czesław G. wrócił więc do służby w organach bezpieczeństwa. Wystąpił z pozwem przeciwko skarbowi państwa o odszkodowanie za straty moralne i materialne. Żądał 200 tysięcy złotych. Przegrał, gdyż Sąd Najwyższy uznał, że rozprawa nie rozwiała wątpliwości co do jego winy.
V
 Wrzesień 2000. Kamienica przy Warszawskiej. Ostatnie piętro. Mniej zdecydowany niż dawniej głos, jeszcze większa nieufność. G. nie otwiera drzwi. Nie chce rozmawiać. W jego głosie można wyczuć gorycz. Niedawno zmarła jego żona, wyrzucono go ze związku kombatantów. Prokuratura zatrzymała mu paszport i wydała zakaz opuszczania kraju. - Mam już dość tego niemieckiego spisku, jestem zmęczony - żali się przez drzwi. - Najbardziej boli mnie to, że Polacy wysługują się Niemcom, szkalują naszą historię.
 Sąsiedzi mówią, że coraz rzadziej wychodzi. Prawie z nikim nie rozmawia. - Jak chcą, to niech mnie wsadzą do aresztu, bo na żaden proces nie będę jeździł. Nie stać mnie na to - rzuca na koniec.
 Czesław G. otrzymuje
1700 złotych emerytury.
V
 W 1990 roku, gdy zaczęto głośno mówić o Łambinowicach i zbrodniach na Niemcach, Czesław G. nie wytrzymał i publicznie zabrał głos: - To wszystko kłamstwa. Sądy badały te sprawy i zostałem uniewinniony. Możecie mnie pocałować w...
 W następnych latach już się publicznie nie wypowiadał. Jego nazwisko zostało zapomniane. Nie wiedział, że w 1990 roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu otrzymała komplet akt z jego procesu. Przez kilka lat w zaciszu gabinetów prokuratorzy z komisji uważnie analizowali dokumenty i przesłuchiwali mieszkających jeszcze
na Opolszczyźnie świadków. W 1994 roku komisja podjęła formalne śledztwo w sprawie przestępstw obozowych w Łambinowicach. Śledztwo toczyło się opornie, było dwa razy umarzane. Dopiero po postanowieniu Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu (lipiec 1998) o jego ponownym wznowieniu, nabrało tempa.
 Korzystając z pomocy prawnej prokuratur niemieckich, opolscy prokuratorzy dotarli do ponad 400 świadków i wielu unikatowych archiwaliów. Na podstawie zebranych materiałów stwierdzili, że pożar baraku był prowokacją zorganizowaną przez Czesława G., który kierował się chęcią zemsty oraz dążył do ukrycia śladów grabieży mienia osadzonych. To G. miał kazać strażnikom podpalić pusty barak, a potem zapędzić więźniów obojga płci do jego gaszenia, nie dając im żadnych narzędzi. Gdy ci próbowali odsunąć się od ognia, Czesław G. i strażnicy zaczęli strzelać. - Udało nam się ustalić z imienia i nazwiska 48 ofiar, które zginęły od kul i uderzeń kolbami. Ponadto nieustalona liczba osadzonych zginęła, gdyż wepchnięto ich do środka. Ostrzałem uniemożliwiono im zejście z dachu płonącego baraku. Wpadli do środka i zginęli w płomieniach - podkreśla prokurator Nowosielski.
V
 Czesław G. wydaje się spokojny. Musi sobie zdawać sprawę z tego, jak gigantycznym przedsięwzięciem będzie proces przeciwko niemu. Sędzia już trzeci miesiąc zapoznaje się z 37 tomami akt. - Jeśli rozprawa rozpocznie się pod koniec listopada, to będzie oznaczało tempo ekspresowe - mówi sędzia Krawczyk, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Opolu, jakby nie wierząc w realność tego terminu. - Proszę pamiętać, że akta liczą kilka tysięcy stron, że trzeba wysłuchać ponad 400 świadków. Wobec faktu, że oskarżony nie przyznaje się do winy, bardzo prawdopodobne jest, iż strony będą sobie życzyły bezpośrednich przesłuchań świadków w sądzie. To leciwi ludzie. Wielu mieszka w Niemczech, wielu może chorować. Zapowiada się proces gigant.
 O tym wszystkim dobrze wie Czesław G. - Mam 76 lat. Przeszedłem dwa zawały i wylew. Mam astmę, nadciśnienie, chory żołądek i chorą wątrobę - wylicza skrupulatnie i z taką lubością, jakby miał nadzieję, że śmierć będzie szybsza niż sprawiedliwość.
 Do stycznia 1999 roku Główna i Okręgowe Komisje Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu skierowały do prokuratur 158 wniosków o przedstawienie zarzutów ustalonym sprawcom przestępstw stalinowskich. Do sądów powszechnych i wojskowych trafiło 51 aktów oskarżenia. Zapadło 15 wyroków pozbawienia wolności.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie