Żeglowanie i burłaczenie

Redakcja
W Krainie Tysiąca Jezior

Migocząca w słońcu tafla wody, wiatr szumiący w żaglach i rozwiewający włosy, a na brzegu płonące ogniska, wspólne biesiady i śpiewanie żeglarskich pieśni - tak wyobrażałam sobie wyprawę na Mazury, w Krainę Tysiąca Jezior.

   Wraz z grupą znajomych postanowiłam przeznaczyć część studenckich oszczędności na tygodniowy rejs po mazurskich jeziorach. Łódkę wypożyczyliśmy w Giżycku - niestety, bez silnika. Nie była tak duża, jak początkowo sądziłam. Również kabina nie sprawiała wrażenia na tyle okazałej, by pomieścić 6 osób, a do tego bagaże, prowiant...
   Wejście na kołyszący się jacht także nie było łatwe. By dostać się na pokład, musiałam najpierw wysoko unieść nogę, potem przytrzymać się relingu, a drugą nogą mocno odbić się od pomostu. Na szczęście część pokładu wyłożona była materiałami antypoślizgowymi.
   Do kabiny prowadziła mała drewniana drabinka. Na dziobie odnalazłam dwa materace, a po bokach "jaskółki", czyli półki na ubrania. Na prawej i lewej burcie było jeszcze miejsce dla trzech osób. Szósty pasażer musiał spać na rufie w tzw. trumnie - po wsunięciu się do środka jest się zewsząd otoczonym przez ścianki, tylko głowa wystaje na zewnątrz (można nabawić się klaustrofobii). Na środku kabiny znajdował się jeszcze mały, rozkładany, stoliczek.
   Gdy po postawieniu masztu i wciągnięciu żagli wreszcie wypłynęliśmy, poczułam się jak na huśtawce. Nie mogłam utrzymać równowagi, zwłaszcza na dziobie - tam najbardziej kołysało. Na dodatek nie rozumiałam poleceń kapitana. Nie wiedziałam, która linka jak się nazywa, a na okrzyki "odknaguj to" (czyli odwiąż - przy. autorki) lub "trzeba zrobić klar" (uporządkować osprzęt - przyp. autorki) stawałam bezradnie.
   Uczyłam się jednak szybko. Oprócz osprzętowania jachtu i zasad jego funkcjonowania musiałam poznać także zasady bezpiecznego pływania. Dowiedziałam się też, że po jeziorach z reguły nie pływa się nocą (najwyżej 2 godziny po zmroku). Wśród żeglarzy obowiązuje etykieta, wedle której na łodzi nie wolno gwizdać, ani wieszać prania na relingach. Nie powinno się także pływać równocześnie na silniku i na żaglach.

\\\*

   Opuściwszy port w Giżycku wpłynęliśmy na jezioro Kisajno. Silne wiatry i "strome" fale, z których miało słynąć, dały nam się we znaki, gdy... gotowaliśmy makaron.
   Nasza "Sasanka" przechylała się niebezpiecznie to na jedną, to na drugą stronę, sztućce i talerze latały, po całej kabinie, a garnek z makaronem - żeby uratować obiad trzeba było mocno przytrzymywać. To wtedy po raz pierwszy zobaczyłam niepokój w oczach Piotrka, naszego kapitana. Od razu sprawdził, czy starannie założyliśmy "kapoki". By zaś zmniejszyć ryzyko przewrócenia łodzi podczas zwrotów, polecił "zaciągnąć" jeden z żagli. Choć niektóre łódki wracały do portów, my płynęliśmy dalej.

\\\*

   Pierwszą noc spędziliśmy przy brzegu jeziora Dargin. Był to tak zwany "dziki" nocleg. Na zaimprowizowanym biwaku towarzyszyło nam kilka innych jachtów. Wieczór był pogodny, a woda w jeziorze ciepła, więc można było zmyć z siebie trudy minionego dnia.
   Rano obudził nas deszcz. Łódki podskakiwały na sporych falach. Kiedy jedliśmy śniadanie, koledzy z sąsiedniego jachtu próbowali wypłynąć na jezioro. Po półtoragodzinnej walce z żywiołem - zrezygnowali. Przy takiej pogodzie, bez silnika, praktycznie nie można było opuścić naszej zatoczki.

\\\*

   My również próbowaliśmy zmierzyć się z wiatrem, ale nawet wejście do wody i wypychanie łódki nic nie dało. Deszcz zacinał, a podmuchy wiatru spychały nas to do brzegu, to w stronę pobliskich trzcin. Dopiero, gdy kapitan jednej z łódek - wyposażonej w silnik - wziął nas na hol, mogliśmy wypłynąć.
   Wtedy postawiliśmy żagle i popłynęliśmy na północ, - na jezioro Mamerki - aby obejrzeć poniemieckie bunkry. Keja kosztowała nas po 10 zł, ale było miejsce na ognisko, wieczorem mogliśmy się zajadać pieczonymi kiełbaskami. Bunkry rozsiane w pobliskim lesie nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Wszystkie były betonowe, półokrągłe i obrośnięte mchem. Do środka wchodziło się przez niewielkie drzwi. Nie było w nich nic oprócz wody i śmieci.
   Płynąc na południe, w stronę Mikołajek zahaczyliśmy o Jezioro Dobskie. Choć jest głębokie (około 20 m - przyp. autorka), to jednak jest na nim sporo płycizn. Kiedyś o ich istnieniu można było dowiedzieć się jedynie od innych żeglarzy, dziś na szczęście większość z nich zaznaczona jest na mapach.
   Na Jeziorze tym jest wiele wysp, a najbardziej znana - Wysoki Ostrów - jest ścisłym rezerwatem kormoranów. Łatwo ją rozpoznać po koronach drzew pozbawionych liści oraz... nieprzyjemnym zapachu.

\\\*

   Mikołajki to najbardziej znany port na Mazurach (prawa miejskie w 1726 r. z nadania Fryderyka I). Gdy tylko pogoda sprzyja rejsom, miasteczko tętni życiem. Wtedy stali mieszkańcy giną w tłumie żółtych przeciwdeszczowych żeglarskich kurtek - sztormiaków.
   Smakołyki oferowane przez liczne knajpki i tawerny były wielką pokusą dla naszych zapełnianych ostatnio makaronem żołądków. W Mikołajkach nareszcie można było też wziąć prysznic (5-6 minut w strugach gorącej wody kosztowało 6 zł, skorzystanie z umywalki - 3 zł, zaś z toalety - 1 zł).

\\\*

   By dopłynąć z powrotem do Giżycka, musieliśmy pokonać 5 jezior i 4 kanały. Niestety, do pierwszego kanału dotarliśmy, gdy zaczynało się już ściemniać. Większość łódek, które mogły wziąć nas na hol, kotwiczyła więc w portach.
   Musieliśmy więc "burłaczyć". Po złożeniu masztu i zdjęciu żagli jedno z nas, idąc po wąskim murku wzdłuż kanału, ciągnęło łódź za cumę od strony dziobu. W tym czasie druga osoba chroniła burtę przed obiciem, odpychając ją, gdy ta zbliżała się do brzegu. Szybko zrobiło się ciemno, latarki dawały mało światła, a murek po którym szłam, był śliski i dziurawy, więc musiałam bardzo uważać, aby nie wpaść do lodowatej wody.
   Choć przeprawa przez kanały oraz jeziora trwała do późnych godzin nocnych - nie było wiatru, więc musieliśmy wiosłować pagajami (małymi wiosłami), nie czułam zmęczenia, ani chłodu. Gdy z dziobu obserwowałam księżyc odbijający się w wodzie, zrozumiałam, że i mnie urzekło żeglowanie.
ANNA KOZIOŁ
Fot. autorka

"SASANKA"

Łódka 6-osobowa typu "sasanka" z silnikiem - około 190 zł od osoby za 7 dni; bez silnika - około 170 zł od osoby za tydzień.
Kaucja 500 zł za łódkę.

Słowniczek wybranych terminów:

binduga - przestrzeń wodna przy brzegu, przeznaczona do wiązania i zbijania tratw;
cofka - zmiana kierunku nurtu, powstała w wyniku odbicia się mas wody od zapory lub od dna;
ławica - piaszczysta wyspa wyłaniająca się z wody;
oczerety - przybrzeżna roślinność;
prądowiny - gałęzie i pnie drzew niesione przez nurt;
szypoty - wystające z wody kamienie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie