Zina

Redakcja
Zina była prawdziwą kresowianką, Rosjanka z pochodzenia, związana z grupą "białych Rosjan", którzy po rewolucji schronili się w Polsce, zamieszkała z matką w Równem. Śliczna dziewczyna wyszła za mąż za równie przystojnego porucznika Wojska Polskiego. Stanowili wesołą, szczęśliwą parę. Mieszkali w Równem, ale często przyjeżdżali do Berezna. Żaden bal, żadna zabawa, wycieczka, polowanie nie mogły odbyć się bez Olszewskich. Na wycieczkach podziwiałam Zinę, skaczącą odważnie z kępy na kępę twardego gruntu wystającego z grząskiego bagna. Lubiła niebezpieczeństwo. Prawdziwa kozacka dusza. Zina nie była podobna do błękitnookich, płowowłosych, lirycznych Rosjanek, pięknie śpiewających dumki. Zina była brunetką o ciemnych, wiecznie roześmianych oczach. Przypominała urodziwą Ukrainkę. Pamiętam ją w białej, lnianej sukni, zdobionej czerwono-czarnym ukraińskim haftem. Temperament miała zaś iście kozacki. Jak się bawić, to się bawić, jak kląć - to kląć. Nie przebierała w słowach, czasem nawet bardzo "grubym" słowem rzuciła w eleganckim towarzystwie, co budziło grozę wśród delikatnych pań. Ale to nie Polka - usprawiedliwiały ją i w dalszym ciągu darzyły sympatią za jej pogodę ducha i wspaniały humor. Tam, gdzie Zina, tam nie było nigdy smutno. Nawet w tym liście, pisanym po trzydziestu latach, jej przyjaciółka Wiera wspomina o wciąż żywym humorze zmaltretowanej przez życie Ziny. Za ten wspaniały humor lubiano więc na kresach młodą porucznikową Olszewską i wybaczano jej niewyparzony język. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ten niewyparzony język uratuje Zinę od śmierci.

Irena Wierzbanowska-Kawalec

 Gdy wybuchła wojna, gdy w 1939 roku pojawiły się na Wołyniu wojska radzieckie, kto żyw, próbował się ratować. Nielicznym udało się uciec, większość zginęła od kuli lub została wywieziona na daleką północ albo na wschód. Pozostałe w Równem żony oficerów postanowiły uciec z miasta i przedrzeć się w głąb Polski - do Generalnej Guberni. Tam nieznane, byłyby bezpieczniejsze. Zorganizowały ucieczkę. Przebrane za robotnice i chłopki, miały późnym wieczorem wydostać się z miasta, dojść w umówione miejsce w lesie, gdzie mieli na nie czekać dobrze opłaceni przewodnicy. Owinąwszy się chustami, ruszyły w drogę. I nagle słyszą...
 - Stoj, kto idiot?
 I nagle Zina się decyduje. Głosem ordynarnej ruskiej baby wrzeszczy: Kto idiot... swoj, swoj... raboczyj narod. My raboczyje żeńszczyny. Wierniomsia damoj. Tam ditia nas żdiot, głodnyje oni, taka i taka wasza mać. - Tu seria wymyślań. Nie trzymajcie nas tu, bo spieszymy się do domu - a niech was pokręci, takie i takie syny. Zina bluznęła wiązanką takich ruskich przekleństw, że żołnierzom chyba uszy powiędły. Opuścili karabiny, a Zina darła się dalej:
 - Robotnice, biedne kobiety, tutejsze kobiety, ruskie kobiety zatrzymują, a tam dalej paniusie, oficerskie żony, uciekają! Oby je szlag trafił... i tu nowa wiązanka przekleństw pod adresem paniuś - oficerskich żon. Zina z przejęciem powiadomiła żołnierzy, że jakieś trzy godziny temu oficerskie żony na dwóch wozach wyjechały z miasta, i wskazała kierunek przeciwny do tego, w jakim sama z towarzyszkami niedoli zamierzała się udać. Żołnierze uwierzyli. Potulnie zrobili "w tył zwrot" i pomaszerowali do koszar organizować pościg. Zina i jej towarzyszki zyskały na czasie. W pośpiechu, ciemnymi ulicami i zaułkami, na skróty przez pola, dostały się na umówione miejsce. A stamtąd dalej. Ucieczka się udała. Zina dotarła w głąb Polski. Dobrzy ludzie dali jej schronienie, pracę. Przeżyła, przetrwała okupację. Po wojnie natychmiast rozpoczęła poszukiwania męża. Może Bóg dał, że przeżył, ocalał... Może się odnajdzie. Odnalazł się. Wywieziony na Syberię, do tajgi, dostał się do I Armii Ludowego Wojska. Przeszedł cały szlak bojowy od Lenino i dosłużył się stopnia majora. Zina zdobyła jego adres. Natychmiast wysłała do niego wielki, serdeczny list. Radosna, szczęśliwa, czekała na odpowiedź... a może przyjedzie od razu po swoją Zinoczkę... a jak nie może, to napisze - przyjeżdżaj natychmiast, moja ty droga... Czekała. Mija dzień, dwa, trzy... mija tydzień. Widocznie poczta jeszcze dobrze nie funkcjonuje. Trzeba cierpliwie czekać. I Zina czekała, z nadzieją, z ufnością. Wreszcie jest, jest list! Poznaje pismo na kopercie, poznaje każdą literkę skreśloną kochaną ręką. Rozrywa kopertę, czyta. Przybliża kartę do oczu... oddala ją, nie widzi liter, zamazują się. Przeciera oczy, łzy pod powiekami pieką. Czyta, wciąż czyta i nie może uwierzyć. Raz po raz czyta, kilkanaście oficjalnych zdań, w których mąż zawiadamia ją, że będąc pewnym, iż zginęła w Równem, tak jak wiele żon oficerów, uważając się za wdowca, poślubił inną kobietę, którą bardzo kocha i ma zamiar spędzić z nią resztę życia. Będzie wdzięczny Zinie, jeśli go zrozumie. Jeśli Zina chce się ujawnić jako jego żona, to przeprowadzi z nią oficjalny rozwód. Dostanie go bez trudu, bo oficer Ludowego Wojska nie może żyć z wrogiem, czyli "białą Rosjanką", która niegdyś uciekła przed rewolucją. Radzi więc jej, aby pozostała w cieniu i raz na zawsze zrezygnowała z niego. Zina doczytała list do końca, zmięła go i podarła na drobne kawałki. Osuszyła oczy i powiedziała na głos po swojemu - czort z tobą.
 Rozpoczęła samotne życie. Odszukała znajomych w Polsce i na Wołyniu. Odnalazła nas w Krakowie, a na Wołyniu Chołkowskich. Osiedliła się w Krakowie, odwiedzała nas bardzo często i jeździła do Równego. Dzięki niej i my nawiązaliśmy kontakt z Chołkowskimi, a przez nich odnalazła nas też nasza Ulana Chomicz z Teklówki.
 Zina pracowała i powoli odzyskiwała swój wspaniały humor.
 Po kilkunastu latach nagle odezwał się jej były mąż, major Olszewski. Przysłał długi list pisany na maszynie.
 "Zino moja kochana. Przekonałem się, że kochałem tylko ciebie. Chciałbym powrócić. Tylko ty będziesz moim oparciem w nieszczęściu, jakie mnie spotkało. Straciłem wzrok i potrzebuję opieki. Moja obecna żona odeszła ode mnie. Nie mam żalu, jest dużo młodsza i ma prawo ułożyć sobie życie. Jestem pewien, że ty, pamiętając o naszej młodzieńczej miłości, nie odmówisz mi na pewno swojej pomocy. A ja będę mógł udowodnić, że nie przestałem cię kochać".
 Może niedokładnie cytuję ten list, ale treść jego była właśnie taka. Zina nie wzruszyła się nawrotem miłości byłego męża. Odmówiła podjęcia wspólnego życia, odmówiła mu opieki. Ale miała wyrzuty sumienia. Była człowiekiem uczciwym i szlachetnym. Poszła do Związku Niewidomych w Krakowie i zaoferowała im swoją pomoc. Przyjęli ją chętnie. Dostała pod opiekę kilka niewidomych osób. Pomaga im w domu, w zakupach, towarzyszyła na spacerach.
 Odmówiła opieki swojemu byłemu mężowi, ale zaoferowała ją innym ociemniałym. Nie uchyliła się od obowiązku. Spełniała go do końca swojego życia.
 Umarła nagle, na ulicy. Nie wiedzieliśmy o jej śmierci. Nikt nas nie powiadomił. Zaniepokojona długą nieobecnością Ziny, moja mama, też już wówczas chora, wysłała do niej karteczkę z zapytaniem, co się z nią dzieje? Odpisała nam gospodyni, u której Zina wynajmowała pokój, informując, że pani Olszewska zmarła nagle i że zgodnie z jej wcześniej wyrażoną wolą zawiadomiła telefonicznie jakiegoś księdza, prawdopodobnie ruskiego, który zajął się pogrzebem. Gospodyni na pogrzebie nie była i nie wie, gdzie jej lokatorka została pochowana. Numer telefonu księdza wyrzuciła, nie może więc nam go pokazać.
 Nie wiem, gdzie jest grób Ziny. Smutno mi, że nie mogę zanieść jej kwiatów ani zapalić świec. Mogę dać jej serdeczną pamięć i modlitwę za duszę.
 Śpij Zino spokojnie w polskiej ziemi, która stała się twoją drugą ojczyzną. Dwa razy w życiu musiałaś uciekać w tragicznych okolicznościach. Spoczywaj teraz spokojnie, dzielna kobieto z kresów. Tobie przypadł spoczynek w cichym Krakowie. Inni kresowiacy, twoi krajanie, śpią w zmarzniętej ziemi Syberii, w gorącym piachu Kazachstanu i na górze Monte Cassino pod błękitnym niebem Italii. Śpijcie spokojnie. Zostały wspomnienia o was i o waszej pięknej krainie, której już nie ma. W rzeczywistości pozostał ten sam obszar geograficzny, są podobnie brzmiące nazwy, są te same rzeki... ale to już inny kraj. Inni tam ludzie mieszkają, inaczej mówią, inaczej żyją... Swobodna przyroda, tak jak wszędzie, ustąpiła przemysłowi, lasy nie takie gęste, łąki nie takie zielone, rzeki nie takie czyste i pachnące. Nie ma i nie będzie tamtej pachnącej Słuczy.
 Do szczęśliwej rzeki nie wejdziesz dwa razy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie