Zmarł Krzysztof Krawczyk. "Będę śpiewał dopóki publiczność zechce mnie słuchać". Sylwetka Krzysztofa Krawczyka

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Krzysztof Krawczyk koncertował do wiosny minionego roku, kiedy nastała pandemia. Jesienią zawiesił działalność artystyczną
Krzysztof Krawczyk koncertował do wiosny minionego roku, kiedy nastała pandemia. Jesienią zawiesił działalność artystyczną Archiwum Polska Press
W poniedziałek wielkanocny 5 kwietnia tuż przed godziną 17 menedżer Andrzej Kosmala poinformował na swoim Facebooku, że zmarł jego podopieczny - Krzysztof Krawczyk. Na razie nie wiadomo co było przyczyną śmierci. Piosenkarz w zeszłym tygodniu trafił do szpitala po zakażeniu koronawirusem. 3 kwietnia Krawczyk wrócił do domu. "Zdrowia wszystkim życzę, nie dajmy się wirusowi!" - napisał na swoim Instagramie. Dwa dni później zmarł.

FLESZ - Co czwarty Polak był już zakażony?

Idol w cepeliowym stylu

O jego miłości do muzyki przesądziło zapewne to, że urodził się w rodzinie o aktorskich i śpiewaczych tradycjach. Ponieważ matka i ojciec występowali w różnych teatrach powojennej Polski, przenosili się często z miasta do miasta. Chociaż w domu się nie przelewało, rodzice zadbali, aby syn podjął naukę śpiewu i gry na fortepianie. Niestety – przedwczesna śmierć ojca sprawiła, że chłopak musiał porzucić szkołę i zarabiać na utrzymanie siebie, brata i matki. Podczas pogrzebu krzyknął w rozpaczy: „Boga nie ma!”. I od tego momentu zaczął oddalać się od wiary, w której był wychowywany.

Początek lat 60. sprzyjał amatorskiemu muzykowaniu. Od Bałtyku do Tatr zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu pierwsze zespoły big-bitowe, które tworzyli młodzi zapaleńcy, często pozbawieni muzycznego wykształcenia i większych umiejętności. Młody Krzysztof szybko znalazł podobnych sobie – i tak narodził się zespół Trubadurzy. Ich pomysł na piosenkę spodobał się nie tylko młodzieży, ale i ówczesnym władzom. Trubadurzy łączyli bowiem energię rock’n’rolla z rodzimym folklorem o cepeliowym charakterze. Nic więc dziwnego, że grupa szybko zdobyła popularność, tworząc nawet optymistyczny hymn wszystkich poborowych – „Przyjedź mamo na przysięgę”.

- Naciski ze strony władz pojawiały się, kiedy zbliżał się festiwal piosenki radzieckiej w Zielonej Górze lub piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu. Większość popularnych wówczas artystów otrzymywała propozycję występu na którymś z nich - wiedzieliśmy, że jej odrzucenie spowoduje popadnięcie w niełaskę i zakaz prezentacji w radiu i telewizji. Choć sam nigdy nie znalazłem w sobie dość odwagi, aby się temu przeciwstawić, niektórzy moi koledzy i koleżanki, jak chociażby Danuta Rinn czy Piotr Szczepanik zbuntowali się, przypłacając swą decyzję załamaniem kariery. Cóż, większość z nas była zbyt przerażona - brakowało nam wiary w to, że komunistyczny system może kiedyś runąć – przyznawał otwarcie piosenkarz.

Szlaban za przegraną

Ponieważ był najbardziej charyzmatyczną postacią w Trubadurach, szybko został namówiony przez ówczesnych decydentów na rozpoczęcie kariery solowej. Jego mentorem stał się wtedy Andrzej Kosmala, rzutki menedżer, który wykorzystując szczeliny w peerelowskim systemie, przeszczepiał na polski grunt zachodnie wzory budowania kariery popowych gwiazd. I szybko zaczął odnosić sukcesy – jego podopieczny stał się wkrótce bożyszczem tłumów.

Łącząc w sobie męską zmysłowość w stylu Elvisa Presleya z uwodzicielską elegancją w rodzaju Toma Jonesa, Krzysztof Krawczyk rozkochał w sobie wtedy prawie wszystkie Polki. Tylko w ciągu jednego roku wystąpił aż osiemnaście razy w warszawskiej Sali Kongresowej i podczas każdego koncertu była ona wypełniona po brzegi. Fanki tłumnie szturmowały garderobę i piosenkarz, jak potem sam przyznał po latach, zmieniał kobiety jak rękawiczki. W ciągu jednej dekady dwa razy się ożenił i... dwa razy się rozwiódł. Kiedy nad Wisłą zrobiło się dla niego za ciasno, wyruszył na podbój bratnich krajów.

- Nie traktowałem tych koncertów jako przykrego obowiązku wobec ówczesnych władz. Śpiewałem dla zwykłych ludzi, a nie dla przedstawicieli reżimu. Podczas każdej z takich tras byłem przyjmowany przez publiczność jak prawdziwa gwiazda. Najbardziej spontaniczni i gościnni byli Rosjanie - każdy z występów pilnowała milicja, aby nie dochodziło do zbytnich wybuchów entuzjazmu – wspominał z uśmiechem.

Krawczyk sypał wówczas przebojami, jak z rękawa. Radio co chwilę emitowały kolejne jego piosenki: „Byłaś mi nadzieją”, „Parostatek”, „Rysunek na szkle”, „Byle było tak” czy „Pamiętam ciebie z tamtych lat”. Gościł niemal na każdym festiwalu, od Zielonej Góry i Kołobrzegu, po Opole i Sopot. Półki na meblościance w jego mieszkaniu uginały się pod ciężarem zdobytych trofeów. Aż w pewnym momencie coś zazgrzytało.

- To było jakoś pod koniec lat 70. Ówczesny prezes Radiokomitetu, Maciej Szczepański, obraził się na mnie za to, że nie wygrałem festiwalu w Sopocie. Zamiast mieć pretensje do jury, uznał że to ja nie zaśpiewałem wystarczająco dobrze. W wyniku jego interwencji zostałem... zawieszony w czynnościach i otrzymałem szlaban w radiu i telewizji – twierdził.

Chociaż nieszczęsna piosenka „Jak minął dzień” była przebojem, to faktycznie nigdzie w mediach nie można było jej usłyszeć. To sprawiło, że Krawczyk zaczął myśleć coraz poważniej o emigracji.

Kładąc papę na dachach

Był rok 1980. Sprytny menedżer załatwił piosenkarzowi trasę po klubach polonijnych w USA. Kiedy w Polsce wzbierało społeczne niezadowolenie, wokalista poleciał za ocean i po kilku koncertach szybko się zorientował, że 800 dolarów, które tam zarabiał za tydzień, to wręcz niewyobrażalna suma po przeliczeniu na ówczesne złotówki. Ponieważ musiał płacić alimenty, postanowił zarobić trochę grosza w twardej walucie.

- Początkowo koncentrowałem w klubach polonijnych. Potem występowałem także w kościołach, szkółkach parafialnych, na odpustach i piknikach... Musiałem zacisnąć zęby i zapomnieć o tym, że w Polsce byłem gwiazdą. W najtrudniejszych chwilach, kiedy nie było kontraktów na występy, chwytałem się nawet pracy fizycznej. Podobnie jak większość Polaków wyjeżdżających do Stanów, pracowałem na różnych budowach: jeździłem jako kierowca, kładłem papę na dachach i tynkowałem werandy. Choć moja duma ucierpiała, nauczyłem się pokory w przyjmowaniu wyroków losu – podkreślał.

Z czasem jednak stanął na nogi. Dzięki znajomym Polonusom udało mu się trafić z występami do najsłynniejszych kasyn w USA – w Las Vegas, Reno i Atlantic City. Przydały mu się wtedy umiejętność naśladowania Elvisa Presleya, którą nabył na peerelowskich estradach. Poza tym trafił w dobry moment – wybór Karola Wojtyły na papieża, rewolta Solidarności, wprowadzenie stanu wojennego sprawiły, że opinia publiczna na Zachodzie sprzyjała w tamtym czasie Polakom. Krawczyk postanowił się wtedy zrehabilitować za brak politycznego zaangażowania w latach 60. i 70. Wraz z polonijnymi przyjaciółmi zebrał aż półtora miliona dolarów, które zostały przekazane podziemnej opozycji kościelnymi kanałami.

- Aby przeżyć trudne chwile podczas pobytu w Ameryce, zacząłem zażywać mnóstwo leków: przeciwbólowych, antydepresyjnych i uspokajających. Miałem przyjaciela-lekarza, którzy przepisywał mi wszystko to, co tylko chciałem. W pewnym momencie zorientowałem się, że jestem lekomanem. Tak się złożyło, że poznałem wtedy moją obecną żonę Ewę - poczucie bezpieczeństwa, jakie mi zapewniła, pomogło mi wyzwolić się z nałogu – wyznał później.

Dzięki nowej miłości Krawczyk odzyskał też wiarę. Po raz pierwszy od wielu lat poszedł do Kościoła, zgiął kolana i wyspowiadał się. Tak zaczął się jego stopniowy powrót do Boga.

Z pomocą polonijnych sponsorów, Krawczyk nagrał w USA pierwszą płytę. Wysłał nawet jej egzemplarz Markowi Niedźwieckiemu z radiowej Trójki – ale ten nie odważył się jej zaprezentować w swoim programie. Drugi album piosenkarza za oceanem powstał w słynnej stolicy country – Nashville. Niestety, żaden z tych krążków nie odniósł sukcesu. To sprawiło, że wokalista zaczął zastanawiać się nad powrotem do kraju.

- Już w połowie lat 80. mój impresario Andrzej Kosmala zaczął wydzwaniać, próbując mnie przekonać, że powinienem wrócić do Polski, ponieważ mam tu nadal wielu fanów. Kiedy Nina Terentiew zaprosiła mnie na festiwal w Sopocie, postanowiłem pojechać i przekonać się osobiście, jak wygląda sytuacja. I rzeczywiście: występ został gorąco przyjęty, a następne koncerty, które idąc za ciosem zorganizował mój przyjaciel, Tadziu Drozda, sprzedały się znakomicie. Łezka mi się w oku zakręciła, powróciły wspomnienia i... postanowiłem wrócić - opowiadał.

Opluwany przez wszystkich

Krawczyk trafił już wtedy jednak do innej Polski. Nowa sytuacja polityczna sprawiła, że nad Wisłą zaczął się rodzić młody show-biznes. A zachodnie koncerny, które wkroczyły wtedy do naszego kraju, nie były zainteresowane wspieraniem przebrzmiałych gwiazd Peerelu. Nic więc dziwnego, że kiedy na listach przebojów królowały piosenki Kasi Kowalskiej i Edyty Bartosiewicz, Krawczyk został zepchnięty na boczny tor. Musiał jednak jakoś poradzić sobie w tej sytuacji.

- W połowie lat 90. ogromną popularnością cieszyło się w Polsce disco-polo. Wydawało mi się, że aby przetrwać na estradzie, powinienem śpiewać w tym stylu. Zacząłem więc pojawiać się w polsatowskim programie „Disco Relax”. Zostało to bardzo źle odebrane przez środowisko muzyczne. Wszyscy wielcy polskiego show-biznesu odwrócili się ode mnie plecami, a media zaczęły wyszydzać i opluwać. Do dziś muszę zdrapywać z siebie błoto, którym mnie wtedy obrzucono. Nikt nie spróbował spojrzeć na to z innej perspektywy: przecież musiałem zrobić wszystko, aby utrzymać swoją rodzinę i nie dać się zepchnąć w niepamięć. Bardzo to przeżyłem, ale znów zacisnąłem zęby i robiłem swoje. Nagrywałem dla małych wytwórni płytowych i koncertowałem, gdzie się dało – podkreślał potem.

Dziennikarze pierwszych polskich tabloidów z upodobaniem zaczęli penetrować jego życie prywatne, wyciągając mniej lub bardziej nieprzyjemne historie. Koledzy ze sceny oskarżyli go w prasie o skąpstwo, syn z pierwszego małżeństwa zarzucił mu publicznie brak zainteresowania swoją osobą, a żona wniosła sprawę o rozwód na podstawie rzekomych dowodów zdrady. Krawczyk zamienił się niemal w biblijnego Hioba – ale również i jego los odwrócił się w zaskakujący sposób.

- Postanowiłem niczego nie ukrywać i przyznać się do popełnionych błędów. Zrozumiałem, że wszystkie te problemy nabrzmiały w wyniku mojego przepracowania i długiej nieobecności w życiu najbliższych. Choć nie było to łatwe, postanowiłem uderzyć się w piersi. Udzieliłem kilku wywiadów, w których szczerze opowiedziałem o swoich kłopotach rodzinnych. Dzięki temu doznałem ulgi - wiem, że teraz mój wizerunek publiczny jest wiarygodniejszy: ludzie wiedzą, że nie jestem świętoszkiem i popełniam grzechy jak każdy człowiek. Nikogo nie udaję - po prostu jestem sobą – twierdził.

Ponowny sukces i ponowny ślub

Nowy rozdział w karierze Krawczyka otworzyła wspólna płyta z Goranem Bregovicem. Ta okazja trafiła mu się fuksem. Początkowo album ten miał nagrać Czesław Niemen. Bałkański kompozytor nie mógł jednak znaleźć wspólnego języka z ekscentrycznym piosenkarzem, a ostatecznie współpracę przekreśliła jego poważna choroba. Wtedy propozycję wykonania piosenek Bregovica złożono Krawczykowi.

- Początkowo nie uwierzyłem i myślałem, że robią sobie ze mnie żarty. Przecież cała „warszawka” była na mnie obrażona za śpiewanie disco polo! Okazało się jednak, że to prawda - wytwórnia BMG, która wydała album Bregovica z Kayah, postanowiła pójść za ciosem i zaproponowała Goranowi nagranie kolejnej płyty z polskim wykonawcą. Tym razem miał to być wokalista. Bregovic zgodził się, ale postawił warunek, że ma to być piosenkarz spoza Warszawy, którego słucha prowincjonalna Polska. Wybór padł na mnie. Niezwykle polubiłem tego „bałkańskiego kowboja”. To kompan do tańca i do różańca. W podziękowaniu za wspólną pracę obstalowałem dla niego cztery garnitury, które mój krawiec uszył dla niego w siedem godzin – śmiał się.

Dobrą passę Krawczyka podtrzymała zaskakująca współpraca z młodymi gwiazdami polskiego popu i rocka. Nową płytę wyprodukował mu Andrzej Smolik, a w duetach pojawili się Muniek Staszczyk i Edyta Bartosiewicz. Tym razem nawet krytycy nie szczędzili pochwał dla weterana. Przypieczętowaniem otwarcia nowego okresu w życiu piosenkarza był... ponowny ślub z żoną Ewą, która zdecydowała się wrócić do niego po tym, jak przekonał ją, że dowody rzekomej zdrady były fałszywe. W ostatnich latach Krawczyk wyspecjalizował się w śpiewaniu klasycznych szlagierów – polskich i zagranicznych.

- W moim zawodzie nie ma emerytury. Będę śpiewał dopóki publiczność zechce mnie słuchać. Kiedy zauważę, że na koncerty przychodzi coraz mniej widzów, a płyty rozchodzą się w coraz mniejszym nakładzie - wycofam się. Póki co - jest dobrze. Dlatego wierzę, że zaśpiewam jeszcze niejedną nową piosenkę - podkreślał przed pandemią.

Kiedy jesienią zeszłego roku ogłosił, że zawiesza karierę, fani byli niepocieszeni. Trudno mu się jednak dziwić: w ostatnich latach podupadł na zdrowiu. Cierpiał na uciążliwą arytmię serca, do tego przeszedł operację biodra i musiał się poruszać o lasce. Choć został zaszczepiony na koronawirusa, pod koniec marca zakaził się i trafił do szpitala. Po kilku dniach wrócił do domu i wydawało się, że niebezpieczeństwo jest zażegnane. 5 kwietnia po południu menedżer Andrzej Kosmala poinformował, że Krzysztof Krawczyk nie żyje.

Wideo

Materiał oryginalny: Zmarł Krzysztof Krawczyk. "Będę śpiewał dopóki publiczność zechce mnie słuchać". Sylwetka Krzysztofa Krawczyka - Gazeta Krakowska

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Myśleć, myśleć!

"Na razie nie wiadomo co było przyczyną śmierci. Piosenkarz w zeszłym tygodniu trafił do szpitala po zakażeniu koronawirusem."

Jak "nie wiadomo"? Skoro sprawy się tak miały, jak to wspomniano w zacytowanych dwóch zdaniach, to już wiadomo: przyczyną była zafundowana mu "kuracja". Gdyby leczył się amantadyną, zgodnie z zaleceniem dra Bodnara, powróciłby do zdrowia w ciągu 3-4 dni (i bez żadnych skutków ubocznych, czy "zespołów pokowidowych").

Dodaj ogłoszenie