Zmierzch polityki po krakowsku

Redakcja
Politycy z Krakowa niewiele znaczą na ogólnopolskiej scenie. Nie ma ich wśród partyjnych liderów, coraz słabiej są też słyszalni w dyskusjach, które przykuwają uwagę.

Z żadnym z nich nie wiąże się nadziei na wprowadzenie na partyjną arenę nowych inicjatyw. Słowem - Kraków jako turystyczne i kulturalne centrum Polski ma się dobrze, ale politycznie spadł do drugiej ligi. Nie zanosi się też na to, aby rychło mógł znów zasadnie aspirować do ekstraklasy. Gdyby jednak prześledzić losy krakowskich polityków w III RP, trudno mówić, że to sytuacja bezprecedensowa. Jest to raczej prawidłowość, z której wyłamał się jedynie okres 2005-2007.
Nigdy na topie
Gdyby znaczenie polityczne poszczególnych ośrodków w skali kraju oceniać przez pryzmat tego, ilu polityków z nimi związanych zajmowało najważniejsze urzędy w państwie, bilans dwudziestolecia 1989-2009 w przypadku Krakowa wypadłby blado. Mieliśmy premierów z Warszawy (Jan Olszewski, Jarosław Kaczyński), Łodzi (Leszek Miller, Marek Belka), Białostocczyzny - Włodzimierz Cimoszewicz, Poznania (Hanna Suchocka), Trójmiasta (Jan Krzysztof Bielecki, Donald Tusk), Śląska (Jerzy Buzek), Białej Podlaskiej (Józef Oleksy), Gorzowa (Kazimierz Marcinkiewicz) i Ziemi Płockiej (Waldemar Pawlak). Nigdy z Krakowa. Owszem, pierwszy premier III RP - Tadeusz Mazowiecki, w 1997 roku trafił do Sejmu z krakowskiej listy UW, ale stało się to już po tym, jak dwukrotnie kandydował z Poznania, zaś dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że jest politykiem warszawskim. Z największych polskich miast tylko Wrocław wypada równie źle.
Krakusi nie bywali marszałkami Sejmu i Senatu, ani tym bardziej prezydentami RP. Co więcej, nigdy nie byli nawet przez krótki czas głównymi faworytami w wyborach prezydenckich. Owszem, wymieniano w tym kontekście prof. Andrzeja Zolla, ale w realnej rywalizacji politycznej był on pozbawiony szans. Gdyby chociaż krakowscy politycy sprawowali władzę dyskrecjonalną, ale realną, jako tzw. szare eminencje. Niestety, tego typu pozycję przypisywano jedynie Janowi Rokicie przy premier Hannie Suchockiej.
Dawniej nie lepiej
Gdyby sięgnąć pamięcią jeszcze bardziej w przeszłość, okazałoby się, że w skali całej Polski potęga polityczna Krakowa skończyła się już w I RP. W dobie zaborów krakowianie przegrali walkę o rząd dusz Polaków, co spowodowało, że ich wpływy polityczne załamały się wraz z kresem Galicji jako prowincji Habsburgów. Przesądziło to - jeśli takie uproszczone sądy wolno formułować bez dokładniejszego wywodu - o słabej, w gruncie rzeczy, pozycji Krakowa w polityce kolejnych dziesięcioleci po roku 1918. Nie pochodzili stąd ani liderzy II RP, ani - z czego zresztą czyni się raczej powód do chluby - przywódcy PRL. Owszem, czy to w II RP (Ignacy Daszyński), czy w PRL (Józef Cyrankiewicz) bywały ważne postacie polityczne, które miały z Krakowem znaczące związki, niemniej nie przeszły one do historii jako osoby z tym miastem utożsamione.
Owa, lekko licząc, dwustuletnia mało imponująca pozycja polityczna Krakowa jest tym ciekawszym zjawiskiem, że zarazem przez cały ten czas miasto to zasłużenie cieszyło się opinią wpływowego ośrodka intelektualnego, wykuwającego idee, o których dyskutowała cała Polska. Być może - po raz kolejny ryzykując duże uproszczenie - wytłumaczeniem tego paradoksu jest właściwa krakowskim politykom nieumiejętność porywania mas. Jakoś brak w dziejach tego miasta - rozpatrując czasy, gdy polityka się umasowiła, a więc od schyłku XIX wieku - charyzmatycznych przywódców ludowych formatu Józefa Piłsudskiego czy Lecha Wałęsy. Co ciekawe jednak, rzadko też zdarzało się, aby krakowscy politycy potrafili nadrobić braki w popularności ogólnopolskiej umiejętnością takiego prowadzenia gry politycznej, dzięki któremu zostaliby wyniesieni na piedestał mimo wąskiego zaplecza społecznego, a przecież takich postaci w historii Polski, wywodzących się z innych ośrodków, dałoby się wymienić wiele.
Krótki okres prosperity
Nie wdając się w kolejne uproszczenia i nie ryzykując dogłębniejszą analizę ewolucji krakowskiej psychiki politycznej w ciągu wieków, warto zwrócić uwagę, że na tle ogólnej posuchy w III RP, zdarzyło się znaczące odstępstwo od normy. Oto bowiem jeszcze niedawno - w latach 2005-2007 - krakowscy politycy stanowili o sile swoich formacji, a przynajmniej sądzono, że tak się dzieje. Przy czym uwaga ta dotyczy centrum i prawej strony sceny politycznej; lewica z Krakowa nie odgrywa bowiem istotnej roli w ogólnopolskich rozgrywkach już od wielu lat.
Apogeum swoich wpływów Krakusi - z urodzenia i z wyboru - osiągnęli w 2005 roku. Zbigniew Ziobro i Zbigniew Wassermann objęli w rządzie PiS eksponowane i wpływowe stanowiska ministerialne. Prof. Ryszard Legutko został wicemarszałkiem Senatu, Marek Kotlinowski pełnił analogiczną funkcję w Sejmie. Jan Rokita od czasów komisji śledczej tropiącej aferę Rywina stanowił twarz Platformy Obywatelskiej, a hasło "Premier z Krakowa" wcale nie było takie nierealne. Bodaj nigdy w III RP krakowscy politycy nie osiągnęli tak dużych wpływów jak wtedy.
Nie można było, co prawda, mówić o żadnej wyraźnej "krakowskiej" linii politycznej, skoro wymienieni ministrowie, marszałkowie i posłowie wywodzili się z różnych środowisk i reprezentowali partie, które weszły ze sobą w zasadniczy spór. Po rozpadzie koalicji PiS/LPR/Samoobrona była to już regularna wojna wszystkich ze wszystkimi. Warto jednak zauważyć, że krakowscy politycy na ogół nie wiedli w niej prymu. Być może dlatego, że łączył ich z grubsza dość konserwatywny typ uprawiania polityki, nieoparty na medialnych fajerwerkach.
Na tym tle inaczej prezentował się Zbigniew Ziobro, który najczęściej pojawiał się w mediach. Funkcja, jaką spełniał, przy nacisku PiS na kwestie wymiaru sprawiedliwości i walki z przestępczością, siłą rzeczy czyniła go bohaterem licznych konferencji prasowych, dyskusji i wywiadów. Faktem jest też jednak, że polityk ten po prostu lubił medialną aktywność i budował na niej poparcie społeczne. Wynik wyborów w 2007 roku potwierdził skuteczność jego strategii. Sądzono niekiedy, że podobną rolę mógłby spełniać Jan Rokita, który dzięki występom w komisji rywinowskiej awansował do grona najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiej polityki i znacznie wzmocnił pozycję PO. Apogeum znaczenia osiągnął przed wyborami 2005 roku i tuż po nich, gdy należał do głównych kandydatów na premiera i architektów niedoszłego do skutku "POPiSu". Fiasko tego projektu oznaczało kres jego szans na odgrywanie wiodącej roli we własnej partii. W kadencji 2005-2007 był w Platformie marginalizowany, nie podporządkowując się - ani ideowo, ani politycznie - jej ortodoksji definiowanej przez Donalda Tuska i jego otoczenie. Obecnie komentuje polską politykę z niezależnych pozycji, bez większych szans na powrót do jej partyjnego wydania.
Bezowocna zmiana warty
Nie tylko Jan Rokita wypadł z gier politycznych o najwyższą stawkę. Od 2007 roku postępuje proces słabnięcia w ogólnopolskiej rywalizacji większości krakowskich polityków. Powodów, dla których ustąpili oni pola konkurentom z innych ośrodków, jest kilka. Pierwszy, to zmiana układu sił na scenie partyjnej. PiS znajduje się w defensywie, zaś Platforma nie promuje zbytnio swoich krakowskich członków. Owszem, na początku rządów Donalda Tuska, sięgnął on po dwóch ministrów z Krakowa: Zbigniewa Ćwiąkalskiego i Bogdana Klicha. Z pewnością jednak nie odgrywali oni aż tak znaczącej roli jak poprzednio Zbigniew Ziobro i Zbigniew Wassermann. Świadczy o tym chociażby fakt zdymisjonowania Ćwiąkalskiego - w kuriozalnych jak na praktykę rządów Tuska okolicznościach - i powtarzające się swego czasu pogłoski o możliwej dymisji także Klicha.
Platforma nie namaściła swoich krakowskich parlamentarzystów na fotele wicemarszałków Sejmu i Senatu. Najwyraźniej ich rola w partii jest ograniczona. Co więcej, poza Jarosławem Gowinem - który był wszak znany i ceniony w kręgach intelektualnych, zanim związał się z PO - żaden z posłów i senatorów PO nie jest widoczny w ogólnopolskich debatach. Gdyby ktoś miał wątpliwości, co centrala sądzi o swych krakowskich strukturach, powinna rozwiać je nominacja Róży Thun na jedynkę krakowskiej listy w eurowyborach. Co prawda, pochodzi ona z Krakowa, jednak od dawna w nim nie mieszka i z tutejszą PO nie miała nic wspólnego.
Sięgnięcia po Różę Thun nie należy traktować wyłącznie jako dowodu na słabość lokalnych kadr Platformy. Wszak PO nie skorzystała z możliwości wystawienia na pierwszym miejscu swej listy Bogusława Sonika, cieszącego się powszechnie opinią jednego z najlepszych eurodeputowanych obecnej kadencji. Najwyraźniej został on uznany za polityka zbyt konserwatywnego i niechętnego poddaniu się panującej w PO twardej dyscyplinie, podporządkowującej niemal całą jej działalność zwycięstwu za rok Donalda Tuska i ostatecznemu pogrążeniu PiS.
Oni nie walczą
Siły przebicia krakowskiej PO nie wzmacnia brak wyrazistego, powszechnie akceptowanego lidera i konflikty wewnętrzne, rozgrywające się na rozmaitych płaszczyznach: starzy-młodzi, konserwatyści-liberałowie, ludzie związani z politykiem X - ludzie związani z politykiem Y, itp. Choć przykład PiS sprzed czterech lat wskazuje, że bynajmniej wcale nie musi być tak, iż wewnątrzpartyjne spory w strukturach lokalnych zamykają drogę ich liderom na szczyty władzy. Mówiono przecież nawet niekiedy - z przesadą, choć niezupełnie gołosłownie - że Jarosław Kaczyński obsadził obu zantagonizowanych przywódców PiS w Krakowie w roli ministrów, aby żaden z nich nie zdominował zupełnie rywala.
O sporze Ziobro-Wassermann ostatnio właściwie się nie mówi. Niemniej krakowski PiS również znalazł się w niełatwej sytuacji, gdyż jego najpopularniejsza postać - Zbigniew Ziobro - już niebawem zmieni ławy poselskie warszawskie na brukselskie. Zarazem w ostatnich miesiącach wycofał się w znacznej mierze z pierwszej linii walki partyjnej. Nie widać na niej także Zbigniewa Wassermanna. Prof. Ryszard Terlecki skupia się na inicjatywach medialnie znacznie mniej nośnych, bo związanych z takimi dziedzinami życia jak nauka i edukacja, które przyciągają uwagę mediów jedynie wtedy, gdy wybucha jakiś skandal. To nie krakowscy posłowie PiS dają więc odpór Stefanowi Niesiołowskiemu i Januszowi Palikotowi - najbardziej medialnym - poza samym premierem - twarzom PO z ostatnich miesięcy; dodajmy, nie wywodzącym się, oczywiście, z Krakowa.
Stąd nie będzie rewolucji
Nieobecność krakowskich polityków w pierwszym szeregu eksponowanych w telewizji partyjnych harcowników, przy obecnej jakości polskiej debaty publicznej może zresztą świadczyć na ich korzyść. Niechęć do brania udziału w pyskówkach to raczej oznaka rozsądku niż niezrozumienia, czym jest polityka kreowana w mediach. Nie bądźmy jednak zbytnio naiwni; zapewne niejeden działacz PiS, PO, SLD, Libertas itd. - zwłaszcza młody - z wielką radością wystąpiłby w każdej awanturze medialnej, byle się tylko przebić, tyle że ich partie wolą wysyłać na front innych, może sprawniejszych w bijatykach słownych, może po prostu znacznie bliższych rozdającym karty w ugrupowaniach liderom.
Żaden z krakowskich polityków nie jest też nadzieją na przełom w polskiej polityce, na wyciągnięcie jej z kolein, w jakie wpadła wskutek ostrego konfliktu PO z PiS. A przecież co pewien czas różni liderzy lokalni i regionalni są w takiej roli obsadzani. Dotyczy to przede wszystkim prezydentów dużych miast. Wciąż mówi się zwłaszcza o możliwej próbie wejścia do ogólnopolskiej polityki Rafała Dutkiewicza z Wrocławia, wymienianego jako potencjalnie silnego kandydata na urząd prezydenta. Co prawda sondaże tego nie potwierdzają, ale być może erozja poparcia dla PO i ewentualne dalsze tąpnięcia w PiS pozwolą mu nabrać wiatru w żagle. W podobnym kontekście raczej nie mówi się teraz o prezydencie Krakowa - Jacku Majchrowskim, choć spekulowano w przeszłości, że może zechcieć spróbować wejść na scenę ogólnopolską jako kandydat lewicy.
Porzucono również mrzonki, że sanację moralną i intelektualną polskiej polityki przeprowadzi się pod światłym przewodem jakiś autorytetów ze świata nauki czy kultury, a takich Kraków ma na podorędziu zawsze kilka. Chyba wreszcie zrozumiano, że kwalifikacje artystyczne czy naukowe nie przekładają się automatycznie na sprawność polityczną, a ponadto coraz rzadszym jest złudzenie, że akademicy i ludzie sztuki są w politycznych sądach i działaniach bardziej stonowani niż obecni aktorzy walki partyjnej.
Może kiedyś
O tym, że Kraków nie jest dobrą odskocznią do sięgnięcia po władzę w Polsce, świadczy cała historia lat 1989-2009, bo też nawet w okresie największego znaczenia wywodzący się stąd politycy nie sięgnęli po najwyższe urzędy w państwie. Mimo wszystko, taka pozycja, jaką zyskali w poprzedniej kadencji parlamentu, nie powinna być czymś wyjątkowym, lecz normą. Tymczasem dzieje się inaczej. Wygląda na to, że obecny marazm polityki po krakowsku potrwa jeszcze przynajmniej do kolejnych wyborów parlamentarnych. Być może wówczas - na fali wewnątrzpartyjnych rozliczeń po przegranej i entuzjazmu po zwycięstwie, niezależnie komu będą pisane - dojdzie do nowego rozdania kart na polskiej scenie politycznej. Wtedy krakowscy politycy, obecnie zmarginalizowani w swych ugrupowaniach względnie skupieni na nieprzyciągającej uwagi mediów stronie polityki, otrzymają kolejną szansę na awans.
Jacek Kloczkowski
Autor jest politologiem, członkiem zarządu Ośrodka Myśli Politycznej (www.omp.org.pl). Pod jego redakcją ukazały się ostatnio praca zbiorowa "Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki" i antologia "Realizm polityczny. Przypadek polski".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie